Żart o wyborze wcielenia
Żart jest raczej niszowy, ale mnie bawi.
Jest o „wyborze wcielenia”, bo podobno wszystko jest dobrowolne. Nikt z nas nie musiał się wcielać, a jednak – z jakiegoś powodu – wszyscy się zgodziliście.
Są skrypty, tysiące skryptów, jest ogólny scenariusz i jest Plan. Czyli chyba musiał istnieć jakiś casting na wcielenia?
Powiedzmy, że „narratorzy z zaświatów” – w żarcie – brzmią jak zmęczony dział castingu, który próbuje obsadzić rolę, na którą nikt rozsądny nie chce się zgodzić. Dlatego „oni” też są już zmęczeni. Gra ciągnie się przecież odkąd powstał czas.
Na początku obsadzali głównie role niezbyt rozbudowane:
— Kto zostanie pożarty przez tygrysa?
— Kto zamarznie zimą i osieroci dzieci?
— Kto będzie „robił nic” i umrze z nudów?
— Kto przez trzydzieści lat będzie nosił wodę, a potem spadnie ze skały?
Nikt nie marudził, bo scenariusze były na ogół krótkie, a wymagania aktorskie niewielkie albo żadne. Ale przynajmniej coś się działo.
Najwyraźniej istnieją dusze, które zamiast siedzieć u Pana Boga za piecem, wolą przez trzydzieści lat nosić wodę, tylko po to, żeby ostatecznie spaść ze skały.
— A jaka tu właściwie była lekcja do odrobienia?
— Noszenie wody.
— Przez trzydzieści lat?
— Eeee… Miał bardzo słabe podstawy.

Z czasem jednak fabuła zaczęła się komplikować. Doszły skrypty rodzinne, coraz więcej zamieszania robiło się między duszami. Ludzie byli też coraz to mądrzejsi. Generowali więcej myśli, te myśli tworzyły nowe wibracje itd.
Dodatkowo nieświadomość, przeniesienia, kompleksy, coraz więcej projekcji, wojny światowe, międzygalaktyczne i obowiązek rozwoju całej ludzkości.
I to jest dodatkowa praca dla „działu castingu”.
Nic więc dziwnego, że kiedy przyszło do obsadzenia roli Freuda, dział był już na skraju wypalenia zawodowego.
— Jest do zagrania ważna rola. Trudna, ale przełomowa. Zygmunt Freud. Kto bierze?
Cisza.
— Ktokolwiek. Serio. Będziemy tu siedzieć i nie wyjdziemy stąd, dopóki ktoś się nie zgłosi. Niestety również nas, obowiązuje ten nieszczęsny kejs wolnej woli.
Cisza.
— Zygfryd? Może ty?
— Co tam się będzie działo?
— Dzieciństwo, śmierć rodzeństwa, skomplikowane relacje rodzinne, dużo cygar, rak szczęki i … konieczność wynalezienia psychoanalizy, więc … wiesz co to znaczy.
— Jesteście chorzy. Nie ma mowy.
— A jeśli zaaranżujemy to tak, że będziesz mógł … przelecieć siostrę swojej żony? Powiedzmy, że… dla dobra nauki?
— Pokażcie mi ją. Jak wygląda w grze?
— …
— Dobra, zagram. Jezusa też tak skusiliście?
— Jezus akurat nie był od nas. Ale strasznie namieszał i od tamtej pory, na mocy tego całego „zamieszania”, musimy niestety współpracować również z tym cholernym Królestwem.
— A wy właściwie czym się zajmujecie? Tak konkretnie?
— Koordynacją wcieleń, kontrolą ciągłości fabularnej, obsługą karmy i zarządzaniem ryzykiem.
— Czyli?
— Pilnujemy, żeby właściwi ludzie spotkali się we właściwym czasie, uruchomili sobie nawzajem odpowiednie skrypty i doprowadzili historię mniej więcej tam, gdzie powinni. Dużo szkoleń trzeba przejść i finalnie trudno to dokładnie wyjaśnić.
— „Mniej więcej” tam, gdzie powinni?
— Jest wolna wola. Utrudnia pracę, ale nie jest to też opcja wybierana często.
— A karma?
— Dział rozliczeń.
— I wy nie jesteście tym wszystkim zmęczeni?
— Gra trwa od powstania czasu. Jak myślisz?
— Nie możecie zrobić sobie przerwy?
— Próbowaliśmy. W czasie naszej ostatniej integracji ludzkość założyła 2 nowe religie, rozpętała dwie wojny i wynalazła coś takiego jak coaching manifestacji. Od tamtej pory urlopy wymagają zgody zarządu.
— Jakiego zarządu?
— Nie możemy ujawnić struktury organizacyjnej.
— A Jezus?
— Jezus kompletnie nie przestrzegał żadnych procedur. Zabili go i … ożył. Kilka głów za to poleciało i … nie tylko za to.
— Co zrobił?
— Wszedł do systemu, zaczął mówić ludziom, że nie muszą dalej grać w karmę, a potem uruchomił Plan Pojednania bez konsultacji z działem prawnym. On nie rozumie jak to działa na Ziemi, bo On się „kierował sercem”.
— I co teraz?
— Teraz musimy równolegle obsługiwać dwa porządki: stary scenariusz i ten jego Plan.
— To chyba dobrze? Że Plan nie niszczy scenariusza, którym się zajmujecie? Nie macie konfliktu interesów.
— Pomijając kwestie, których nie zrozumiesz, dla nas to podwójna sprawozdawczość.
— I dlatego jesteście tacy zmęczeni?
— Nie. Chociaż może trochę też. Powiem ci szczerze, najbardziej jesteśmy zmęczeni Jezusem, bo od dwóch tysięcy lat ludzie deklarują, że idą za Nim, ale potem składają wnioski o kolejną rundę odwetu, winy i kary. I to jest masa, naprawdę masa dodatkowej roboty.
— I co z tym robicie?
— Poza zmaganiem się z piętrzącą papierologią to odsyłamy ich do poprawy.
— Wracają?
— W następnych wcieleniach.
— Jesteście dobrzy czy źli?
— Jesteśmy administracją.
— To nie jest odpowiedź.
— To jest jedyna odpowiedź zgodna z procedurą.
— Czyli nie jesteście dobrzy?
— Dobro i zło to kategorie obowiązujące głównie na poziomie, powiedzmy, że rozgrywki. My zajmujemy się ciągłością procesu.
— Brzmi podejrzanie.
— Wszystko brzmi podejrzanie. Jak ma nie brzmieć podejrzanie, kiedy ktoś od tysięcy lat przydziela role typu: „straci wszystko, ale rozwinie współczucie”, „będzie bogaty, ale nie będzie miał nikogo, kto naprawdę go zobaczy”, „całe życie będzie ratował innych, żeby nie musieć zająć się sobą” albo „osiągnie dokładnie to, czego chciał, i dopiero wtedy odkryje, że wcale tego nie chce, albo że teraz chce zupełnie czegoś innego”.
— Czyli jednak źli.
— Nie. Ale faktycznie prostu mamy bardzo niekorzystny PR.
— A Jezus?
— Jezus uważa, że nawet administracja może zostać pojednana.
— I co wy na to?
— Wypełniliśmy formularz sprzeciwu.
— A Jezus naucza, że „nie ma nic na zewnątrz ciebie”.
— Na szczęście ludzie go nie słuchają.
— Dlaczego „na szczęście”?
— Bo gdyby zaczęli, połowa naszych działów przestałaby być potrzebna.
To brzmi jak śmiech tłumu z filmu Oppenheimer.
