|

Współpraca bez harmonii. O twórczym tarciu i lęku przed utratą społecznej czytelności

Zawsze dziwił mnie brak większego zainteresowania Kursem Cudów ze strony środowiska psychologicznego i psychiatrycznego, bo przecież nie powstał on na marginesie tych dziedzin.

Powstał raczej na ich wewnętrznym obrzeżu: oficjalnie i nieoficjalnie zarazem.

Jego spisywaniem zajmowała się psycholog kliniczna, funkcjonująca w środowisku akademickim, a sam proces rozgrywał się tuż obok instytucjonalnej psychologii, nie poza nią.

Tym bardziej zaskakuje mnie, jak niewielu specjalistów zajmujących się zdrowiem psychicznym w ogóle po ten tekst sięgnęło.

Sama zaczęłam interesować się psychologią między innymi dlatego, że zrozumiałam, jak już samo opracowywanie tych treści wpływa na mój sposób myślenia (wyjściowo nienajlepszy) a pisanie po prostu bardzo pomaga wiązać strukturę psychiczną i chronić przed rozpadem.

Nie każdy musi rozpaść się całkowicie, żeby coś w sobie „przekroczyć”, i nie każdy może sobie pozwolić na utratę funkcjonowania oraz rolę współczesnego Osho.

Tak jak nie każdy, kto przechodzi przez głęboką przemianę, musi zostać mistykiem, przewodnikiem duchowym albo terapeutą. Dla wielu osób taka droga może być czymś naturalnym, sensownym i naprawdę potrzebnym.

Własne doświadczenie może przecież dojrzewać do konkretnej formy, do nowej, ważnej roli, która realnie służy innym: do leczenia, towarzyszenia albo tworzenia przestrzeni dla cudzego procesu. To jest naprawdę piękne.

Być może jednak czytają to osoby, które mają podobny dylemat, może wiedzą, że łatwo porzucić jedną maskę i natychmiast założyć następną – bardziej duchową, świadomą albo użyteczną społecznie. Chętnie bym to zrobiła.

Ale można też, przez jakiś czas nie stawać się nikim nowym.

Można nie budować z własnej przemiany kolejnej tożsamości, tylko nauczyć się chodzić bez maski i zobaczyć, co rzeczywiście chce z tego procesu wyrosnąć.

Wracając do Kursu Cudów;

Gdybym jednak była psycholog albo psychiatrą i dowiedziała się, że moją koleżankę po fachu nawiedził Głos, który przedstawił się jako Jezus, a następnie przez siedem lat dyktował jej książkę, przeczytałabym ją choćby z czystej zawodowej ciekawości.

Ja przeczytałam i myślałam, że po lekturze będę jak ten królik. A jednak się wkręciłam.

Gdybym jednak była kimś w tej „branży”. Nie musiałabym od razu w nic wierzyć. Chciałabym po prostu zobaczyć, co właściwie wydarzyło się w psychice tej kobiety, jaką strukturę ma ten przekaz i dlaczego przybrał właśnie taką formę.

Być może zadałabym sobie również mniej wygodne pytanie: co zrobiłabym, gdyby taki Głos pojawił się w moim własnym doświadczeniu i zaprosił mnie do ścisłej współpracy?

Nagle może się okazać jak bardzo boimy się innych ludzi i ich oceny.

Helen Schucman być może nie należała do osób najłatwiejszych we współpracy, ale trudno oczekiwać szczególnej bezkonfliktowości od wyrazistej indywidualistki i intelektualistki.

Ludzie „tego typu” często chyba sami dobrze wiedzą, że nie są prostymi partnerami do współpracy, dlatego wiele rzeczy robią samodzielnie i najlepiej funkcjonują we własnym rytmie.

Ktoś, kto przez większość czasu pracuje sam – na przykład prowadząc badania – może nadal tworzyć wartościowe relacje zawodowe, o ile współpraca nie wymaga od niego rezygnacji z autonomii i opiera się na wzajemnym uznaniu kompetencji.

Tak rozumiem wartość relacji: nie jako przymus ciągłego dostosowywania się do drugiej osoby, lecz jako możliwość wejścia w kontakt, w którym obie strony wnoszą coś, czego żadna z nich nie mogłaby wytworzyć samodzielnie.

Czasem pomiędzy dwojgiem ludzi rzeczywiście tworzy się „trzecie pole” – przestrzeń, w której odsłania się myśl, rozwiązanie albo kierunek niedostępny wcześniej dla żadnej ze stron. Wtedy relacja nie ogranicza autonomii, lecz ją poszerza. Nie odbiera człowiekowi własnego głosu, tylko pozwala mu usłyszeć coś, czego sam nie byłby w stanie wydobyć.

To wszystko brzmi dobrze, kiedy się o tym pisze. W praktyce jednak taka współpraca jest trudna w moim uniwersum – szczególnie w relacjach z mężczyznami.

Od pięciu lat mam wrażenie, że próby wejścia w prawdziwą współpracę po obu stronach kończyły się znacznym wzrostem lęku. Być może chodziło o lęk przed niekontrolowanym uwolnieniem energii popędowej, a być może o coś bardziej podstawowego: o utratę kontroli, autonomii albo dotychczasowego układu obron.

Jeśli tego lęku nie było, pojawiał się inny problem. Czasem mówi się, że kobieta jest szyją, a mężczyzna głową.

Moje doświadczenie jest takie, że gdybym chciała zastosować tę radę w swoich relacjach, musiałabym za każdym razem skręcić mężczyźnie kark. Jego głowa nie zamierza bowiem podążać za moją szyją, a moja szyja nie ma szczególnej ochoty udawać, że nie wie, dokąd chce się obrócić.

Prawdziwa współpraca wymagałaby od obu stron znacznie więcej delikatności, elastyczności i zdolności do pozostawania w napięciu bez natychmiastowego przejmowania kontroli nad sytuacją.

Oznaczałaby też rezygnację z części obron, a ponieważ większość z nich działa nieświadomie, próba wspólnego tworzenia szybko staje się pracą nie tylko nad „projektem”, lecz także nad całą mechaniką relacji, która żyje własnym życiem.

W tych warunkach praca zdalna nadal wydaje się jednym z bezpieczniejszych osiągnięć cywilizacji.

Jeśli jednak wyjść poza standardowe programowanie społeczne, to musimy zauważyć, że może przecież istnieć współpraca gładka, uprzejma i całkowicie bezowocna.

Może też istnieć taki rodzaj tarcia, z którego – nie bez bólu – wyłania się coś naprawdę wartościowego. Nie chodzi o to, żeby dążyć do konfliktu ale rozumieć, że czasami konflikty są elementem pracy ze świadomością, bo dużo się w nas podnosi, kiedy tę świadomość zachowujemy, a nie wtedy kiedy bronimy się przed każdym wewnętrznym poruszeniem.

Schucman i Thetford nie należeli do ludzi szczególnie łatwych we współpracy.

Zaryzykuję, że być może gdyby nie jej persona „pani doktor”, jego pozycja akademicka i cały ten instytucjonalny sztafaż, po opadnięciu warstwy uprzejmości mogliby się po prostu wzajemnie pozabijać.

Z czasem oni przestali nawet silić się na uprzejmość wobec siebie. Nie oglądałam filmu o powstaniu Kursu, ale z dostępnych opisów można odnieść wrażenie, że ich współpraca opierała się właściwie na trwałym konflikcie, a momentami wręcz na otwartej wrogości.

Mimo to potrafili przez lata pracować nad wspólnym przedsięwzięciem. Być może więc nie byli dobrym przykładem harmonijnej współpracy, ale z pewnością byli przykładem tego, że współpraca nie zawsze wymaga zgodności charakterów ani … serdecznej relacji…

because I’m the devil who’s searching for redemption.

Czasem wydaje mi się, że mury uczelni, tytuły naukowe i akademickie konwenanse jakoś ich oboje cywilizowały.

Być może jednak ich konflikty nie były wyłącznie przeszkodą. Mogły po prostu stanowić część tarcia, bez którego żadne z nich nie przekroczyłoby własnych granic. I takie spotkania też są bardzo potrzebne w naszym życiu.

Na zakończenie mogę napisać, ze ostatnio mam coraz więcej refleksji nad zachowaniem własnych przekonań w obliczu innych ludzi.

Myślę, że mój Przewodnik, który faktycznie chyba chce mi partnerować a nie „przewodzić” – właśnie dlatego umieścił mnie w takim punkcie życia, w którym celowo nie ma wokół mnie prawie nikogo.

Po to, żeby pokazać mi, jaka jestem wtedy, gdy nie robię sobie Boga z innych ludzi. Gdy nie szukam ich potwierdzenia, aprobaty, akceptacji, ani nie domagam się głasku.

Rozumiem jednak, że nie każdy ma taki komfort.

Ludzie żyją w grupach, środowiskach i hierarchiach. Teoretycznie zależą od opinii innych, od miejsca, które zajmują, i od tego, czy nadal są uznawani za rozsądnych.

Lęk przed tym, że zostanie się uznanym za śmiesznego, głupiego albo dziwacznego, potrafi być ogromny.

Pisząc tego bloga, mam pod tym względem wyjątkową swobodę. W dużej mierze nie muszę liczyć się z nikim poza sobą. Nie zajmuję żadnego stanowiska, nie reprezentuję instytucji, nie jestem też „kimś” w tym potocznym sensie: osobą znaczącą w określonym środowisku, mającą pozycję, autorytet albo coś do stracenia.

Ten komfort bycia nikim daje mi dużą wolność. A jednak nawet z tej pozycji rozpoznaję w sobie lęk i niepewność. Widocznie obawa przed ośmieszeniem nie potrzebuje ani stanowiska, ani prestiżu. Wystarczy, że człowiek próbuje powiedzieć coś naprawdę własnym głosem.

Nie, że nim mówi, ale że chociaż próbuje.

Nie zawsze wypowiadam się dostatecznie rzetelnie. Rzetelność argumentacji nie jest jednak tym samym co prawdziwość wniosku.

Można dojść do prawdziwego rozpoznania w sposób nieuporządkowany, intuicyjny albo metodologicznie niedoskonały lub nawet wątpliwy – choć oczywiście znacznie trudniej wtedy przekonać kogokolwiek, że nie trafiło się na swoje rozpoznania przypadkiem.

Święty Tomasz zapewne widzi, co czasem robię z logiką. Być może właśnie na tym polega ten paradoks: mówię albo piszę coś, co może być prawdziwe, używając argumentacji, od której wielu ludziom lekko … drży powieka.

Myślę też, że bardzo głęboko nosimy w sobie lęk przed tym, co mogłoby się wydarzyć, gdybyśmy naprawdę zaczęli przypominać sobie własną naturę. Trudno oczekiwać, że pod wpływem jednego rozpoznania nagle puszczą nam wszystkie warstwy programowania społecznego, nie mówiąc już o indywidualnych obronach, lękach i mechanizmach przystosowania.

Osobowość jest strukturą, która będzie dążyć do zachowania siebie. Trudno ignorować wiedzę, nawet wierząc w cuda.

Dochodzi do tego jeszcze społeczny dowód słuszności, czyli fundamentalna zasada rządząca ludzkim zachowaniem: skoro wszyscy coś uznają, musi to być prawdziwe, rozsądne albo przynajmniej bezpieczne.

Wyjście poza ten układ nie grozi więc wyłącznie utratą aprobaty. Grozi utratą społecznej czytelności. „Ten człowiek jest dla mnie nieczytelny” automatycznie skutkuje; „ten człowiek mi zagraża”.

Kiedy Jezus powiedział, że jego Królestwo nie jest z tego świata, również założono mu specyficzny rodzaj korony. Zapewne dla żartu. Trudno o bardziej dosłowny obraz tego, co grupa potrafi zrobić z człowiekiem, który przestaje mówić językiem wspólnego uznania.

Podobne wpisy