Samoakceptacja i przebaczanie

Przekaz Jeszuy w wersji tekstowej: Błogosławieństwo przebaczenia

O samoakceptacji

Można powiedzieć, że prawdziwe przyzwolenie innym na bycie takimi, jacy są, nieuchronnie prowadzi do zwiększenia samoakceptacji.

Trudno bowiem konsekwentnie uznawać czyjąś niedoskonałość, złożoność i prawo do własnej drogi, a jednocześnie sobie odmawiać tego samego prawa.

Jeżeli drugi człowiek nie musi najpierw stać się idealny, albo „wystarczająco dobry”, aby zasługiwać na moją życzliwość, przebaczenie i szacunek, to ja również nie muszę w specjalny sposób na nic zasługiwać.

Mogę być taka jaka jestem i zasługiwać na dokładnie to samo czym obdarzam innych ludzi.

W tym sensie samoakceptacja jest logiczną konsekwencją rezygnacji z osądu. Kiedy przestajemy domagać się, aby inni byli inni niż rzeczywiście są, wcześniej czy później musimy zapytać, dlaczego wobec siebie nadal stawiamy taki warunek? Że musimy być inni niż jesteśmy?

To jacy jesteśmy zawsze ma swoje konsekwencje, ale na ogół to nie są konsekwencje nie do udźwignięcia. Chyba, czasem nawet lepiej zrezygnować z przywileju „bycia szanowanym” na rzecz bycia bardziej autentycznym.

Być „szanowanym”, jak mówi samo słowo, to pozwolić, by nas widziano; szanowana osoba to taka, która spełnia powszechne oczekiwania, która nosi idealną maskę, czyli w skrócie, oszust.

„Dobre maniery” nie są oszustwem, lecz gdy powszechny szacunek tłumi psychikę, istotę człowieka, która dał mu Bóg, wówczas człowiek staje się tym, co Chrystus nazwał pobielanym grobem.

. C.G. Jung, Dzieje gnozy

Główne tezy przekazu Jeszuy;

  • Świat jest przeniknięty lękiem, poczuciem winy i niegodności, dlatego bardziej niż kolejnego osądu potrzebuje przebaczenia.
  • Przebaczenie nie oznacza pobłażliwości. Wynika z rozpoznania wspólnego człowieczeństwa – tego, że drugi człowiek nie jest kimś zasadniczo od nas innym.
  • To, co dajemy innym, zaczynamy rozpoznawać również w sobie.
  • Przebaczając, uczymy się, że sami zasługujemy na przebaczenie; błogosławiąc innych, odkrywamy własną wartość, jest pewien paradoks, który znamy z Kursu Cudów czyli im więcej dajesz tego co masz, tym więcej tego dostajesz.
  • Osąd innych i osąd siebie mają to samo źródło. Obydwa opierają się na przekonaniu, że człowiek powinien być kimś innym, niż jest.
  • Nie można uzdrowić ani przekroczyć tego, czego wcześniej się nie przyjęło.
  • Zmiana zaczyna się więc nie od walki ze sobą, lecz od uznania miejsca, w którym rzeczywiście jesteśmy.
  • Samoakceptacja nie oznacza przekonania, że każde nasze zachowanie jest dobre. Oznacza zdolność zobaczenia własnych myśli, reakcji i słabości bez natychmiastowego potępienia siebie.
  • Nawet pojawienie się „złej” czy niechcianej myśli nie musi prowadzić do poczucia winy. Można ją zauważyć, uznać jako część doświadczenia i nie budować na jej podstawie całej definicji siebie.
  • Miłość do siebie nie jest nagrodą przyznawaną dopiero po naprawieniu wszystkich wad. Jest warunkiem, dzięki któremu jakakolwiek trwała zmiana staje się możliwa.

Osąd, a opinia

Nie da się żyć bez oceniania w sensie rozeznania i rozpoznania. Układ nerwowy i ego stale coś rozpoznają: bezpieczne–niebezpieczne, zgodne ze mną–niezgodne, wartościowe–szkodliwe, mądre-głupie, czytelne-nieczytelne itd.

Próba całkowitego wyłączenia tego procesu byłaby raczej utratą orientacji niż duchowym osiągnięciem. Ego, które jest dobrze zorganizowane OCENIA, ale fakt, że ego ocenia, nie musi wiązać się z automatycznym osądem, bo;

Opinia/rozeznanie mówi: „To zachowanie jest dla mnie krzywdzące”, „Nie zgadzam się z tym”, „Nie chcę w tym uczestniczyć”, „Ta relacja nie jest dla mnie dobra”.

Osąd idzie dalej: „Ten człowiek jest zły”, „Nie powinien taki być”, „Muszę go ukarać, przekonać albo pokonać”.

Nie zawsze możemy wybierać w tym względzie, ale często możemy.

W praktyce ta granica między opinią i osądem nie zawsze jest idealnie czysta. Choć osąd służy zasileniu reakcji, a opinia rozeznaniu, to przecież brak konfrontacji nie zawsze jest pokojem.

Może być lękiem, zamrożeniem, podporządkowaniem albo dawnym skryptem: „nie wolno mi się sprzeciwić”, „muszę akceptować to jak jest”.

Z kolei konfrontacja nie zawsze jest oznaką siły. Może być przymusem reagowania i niemożnością odpuszczenia.

Dlatego wolność mierzyłabym nie konkretnym zachowaniem, ale zakresem dostępnych reakcji.

Człowiek bardziej wolny potrafi: odpowiedzieć i nie odpowiedzieć, postawić granicę, odejść, może wrócić do rozmowy później, możne uznać, że pomylił się w ocenie, może się zreflektować, może cieszyć się, że posiada rację, tak jak potrafi też uznać swój błąd i ego mu się od tego nie rozpada.

Jednak nawet świadomość wyboru nie zawsze oznacza wolność. Dobrym sprawdzianem może być pytanie: czy naprawdę mogłabym teraz zrobić również coś innego?

Jeżeli odpowiedź brzmi „nie, muszę odpowiedzieć”, „muszę pokazać”, „nie mogę tego zostawić”, to prawdopodobnie reakcję nadal w dużej mierze prowadzi skrypt. Jeśli zaś potrafię zdecydować, co zrobię z pojawiającymi się emocjami i jak je ukierunkuję, to wtedy pojawia się autonomia.

„Wszyscy w życiu potrzebujemy trochę frustracji”

Niekoniecznie „potrzebujemy frustracji” w świadomym sensie. Myślę, że żeby dobrze funkcjonować potrzebujemy wyzwań, a co do frustracji to częściej, nasz układ nerwowy jest z nią zaznajomiony czyli rozpoznaje ją jako coś znanego i dlatego dłużej pozostajemy w relacjach czy sytuacjach, które ją produkują.

Nie dlatego, że świadomie tego chcemy, tylko dlatego, że nieświadomie to właśnie znamy. Głęboki wzorzec jest na ogół nieuświadomiony.

Możemy też nieświadomie wybierać ludzi niedostępnych, niespójnych albo krytycznych, bo taki układ pasuje do naszego wcześniejszego doświadczenia. Nie dlatego, że lubimy cierpieć, być krytykowani itd., lecz dlatego, że nasz system zna tę konfigurację i wie, jak się w niej poruszać.

Kiedy konflikt zostaje przepracowany, związana z nim energia objęta, a my bierzemy za nią odpowiedzialność, kilka rzeczy zmienia się jednocześnie. Inaczej wybieramy ludzi, szybciej rozpoznajemy niepokojące sygnały, krócej tolerujemy to, co nam nie służy, i przestajemy odczuwać przymus, by za wszelką cenę „doprowadzić” relację do określonego punktu.

Jeśli przyjmujemy, że ludzie pojawiający się wokół nas mówią również coś o nas samych, to wraz ze zmianą wewnętrzną zmienia się także krajobraz naszych relacji.

Wtedy zaczynają pojawiać się inni ludzie, ale również my sami stajemy się inni wobec tych samych ludzi.

Zgodnie z tym przekazem nie jest tak, że „przestaję spotykać ludzi, którzy mnie frustrują”, ile: „przestaję organizować swoje życie wokół frustracji” czy innego motywu.

Każdy z nas ma swój motyw.

Coś lub ktoś nadal może nas „przyciągnąć”, ale nie przyciąga nas w ten sam sposób, nie zatrzymuje nas na tak długo.

Zawsze to jakaś oszczędność czasu.

Podobne wpisy