Przemyślenia o Anneliese Michel
Wstęp
Historię Anneliese Michel traktuję przede wszystkim jako punkt odniesienia do szerszej refleksji nad pracą z cieniem oraz nad miejscami styku i napięcia między;
- psychologią,
- psychiatrią
- i mistyką.
Doświadczenie mistyczne rozumiem jako: bezpośrednie, egzystencjalne doświadczenie rzeczywistości przekraczającej ego i pojęcia, które nie polega na wierzeniach, nauce ani rytuałach, lecz na przeżyciu jedności, sensu lub obecności – i które domaga się integracji w życiu psychicznym i relacyjnym.
Jest to trudne bo forma doświadczenia wewnętrznego przekracza paradygmaty, a jednak podmiot przeżywa rzeczywistość jako bezpośrednio daną i bez pośrednictwa standardowych struktur poznawczych.
Moim celem nie jest hierarchizowanie tych obszarów, ani odnajdywanie na siłę ich punktów stycznych – chodzi bardziej o uczciwe rozpoznanie, jakie role i odpowiedzialności niesie każda z tych pozycji.
Nie po to, by te obszary sobie przeciwstawiać, lecz by zobaczyć, gdzie się rozchodzą, a gdzie – potencjalnie – mogą się spotkać.
Dlatego różnice, na które wskazuję nie służą podziałom, lecz raczej są zaproszeniem do refleksji nad rolą, jaką każdy z nas – w swoim kontekście i odpowiedzialności – może odegrać w czyimś życiu.
Nie wiemy dokładnie, co złożyło się na dramat Anneliese Michel – i dobrze byłoby tę niepewność zachować. Wiemy jednak z dużym prawdopodobieństwem, co jej nie pomogło: brak dystansu, brak regulującej obecności oraz całkowity brak poczucia humoru wobec tego, co się działo.
W przekazach mistycznych obecne jest przekonanie, że śmiertelna powaga stanowi domenę ego. Zbieżne stanowisko pojawia się także w refleksji niektórych psychiatrów, zgodnie z którą śmiech jest przeciwieństwem rozpaczy (Berne 2025 [1964]).
Tekst ten nie stanowi próby rekonstrukcji „prawdy” o Anneliese ani moralnej oceny osób zaangażowanych w jej historię. Ma charakter rozważań prowadzonych z perspektywy nieklinicznej, osadzonych w kontekście relacyjnym i miejscami posługujących się językiem klinicznym.
Rozważaniom towarzyszy refleksja nad tym, jakie formy realnej pomocy mogłyby być możliwe w podobnej sytuacji w ramach kompetentnej psychoterapii, w odróżnieniu od interwencji o charakterze religijnym.
Terapeutę rozumiem nie jako osobę legitymującą się tytułem czy formalną funkcją, lecz jako osobę zdolną do kontenerowania, regulacji i zachowania kontaktu z człowiekiem będącym po drugiej stronie.
Nie jest to tekst o winie ani o prostym rozróżnieniu na „dobrze” i „źle”.
Historia psychoterapii, tak jak praktyka egzorcyzmu i jak każda interwencja w ludzką psychikę – nie poddaje się łatwym ocenom retrospektywnym.
Gdyby na terapię, do psychiatry lub do egzorcysty trafiła osoba o skrajnie destrukcyjnym potencjale – historia zna takie przypadki – a kontakt z Prawdą doprowadziłby ją ostatecznie do autodestrukcji, nie bylibyśmy w stanie jednoznacznie orzec, czy mielibyśmy do czynienia z porażką terapeuty, egzorcysty, czy z granicą, której nie dało się przekroczyć bez katastrofy.
Dlatego istotą rozważań nie jest osąd osób, lecz pytanie o warunki bezpieczeństwa procesu.
Pytanie więc brzmi czy historia Anneliese mogła potoczyć się inaczej – zanim proces, który mógł mieć wymiar rozwojowy, przeobraził się w patologię?
Patologia to identyfikacja.
Proces rozwojowy – rozpoznanie.
(…) podążając w tym roku tą ścieżką nauczysz się jak uścisnąć dłoń diabłu i wykonać z nim mały taniec, rozpoznając, że jego oblicze jest twoim własnym. Gdy bowiem potrafisz zatańczyć z wytworzoną przez siebie ciemnością, ciemność ta zostaje przemieniona w anioła.
Jeszua (Jezus), Przekaz Drogi Serca, Lekcja 1
I tak Światło obcuje ze Światłem. (🤍 przyp. red.)
Copyright by Jayem
Tłumaczenie: Maria i Rafał Wereżyńscy
www.DrogaMistrzostwa.pl
Droga Mistrzostwa pozostaje w dużej mierze nieobecna zarówno w dominujących nurtach duchowości, jak i w obowiązujących ramach medycznych. Rozpoznania, które się na tej drodze pojawiają, bywają więc niepopularne lub marginalizowane – nie dlatego, że są nieautentyczne, lecz dlatego, że wykraczają poza przyjęte modele rozumienia, diagnozy i bezpieczeństwa poznawczego.
Brak uznania ze strony autorytetów duchowych czy świata nauki nie musi zatem świadczyć o fałszywości danego wglądu; może jedynie wskazywać, że nie znajduje on jeszcze miejsca w dostępnych mapach pojęciowych.
Ronald David Laing wskazywał, że ludzie często rezygnują z uczciwego mierzenia się z własnym doświadczeniem – nie z powodu jego „patologii”, lecz dlatego, że system społeczny, który miałby je pomieścić, nie może tego zrobić i odpowiada na nie redukcją i diagnozą.
Największym psychopatologiem był Freud. Był bohaterem. Zstąpił do piekieł i napotkał tam coś przerażającego. Występował ze swoją teorią jakby niósł głowę Meduzy, obracającą w kamień owe piekielne lęki. Freud przetrwał. I my musimy się przekonać czy uda nam się przetrwać, gdy porzucimy teorię będącą – w pewnym stopniu – naszym narzędziem obrony.
Laing, R. D. (1999) Podzielone „ja”. Egzystencjalistyczne studium zdrowia i choroby psychicznej. Przeł. M. Karpiński. Wydanie II (poprawione). Poznań: Dom Wydawniczy Rebis.
Kilka zdań Ronalda Davida Lainga odsłania właściwie całą ambiwalencję „myślenia psychologicznego”. Psychologia jako nauka ma swoje granice, w efekcie przyjęcie społecznie akceptowalnej „normalności” bywa strategią przetrwania, a nie oznaką zdrowia, co częściowo wyjaśnia, dlaczego tak wielu ludzi szuka dziś form wsparcia poza oficjalnymi ramami medycyny systemowej.
(…) zdaję sobie sprawę, że istnieją inni ludzie, potocznie uważani za zdrowych, których umysły są moim zdaniem z gruntu wypatrzone (…)
Laing, R. D. (1999) Podzielone „ja”. Egzystencjalistyczne studium zdrowia i choroby psychicznej. Przeł. M. Karpiński. Wydanie II (poprawione). Poznań: Dom Wydawniczy Rebis.
Społeczeństwo nie uznaje ich jednak za osoby psychotyczne – za ludzi, którzy w istocie powinni znaleźć się w domu dla obłąkanych (…) spękany umysł schizofrenika może być otwarty na światło, które nie ma dostępu do umysłu ludzi zdrowych psychicznie, lecz zamkniętych w sobie. Wszak Ezechiel był według Jaspersa schizofrenikiem.
Nie chodzi o „brak akceptacji cienia” w sensie moralnym, tylko o to, że: doświadczenia wewnętrzne stają się niewyrażalne w danym kontekście relacyjnym i kulturowym, a próba ich wypowiedzenia grozi unieważnieniem osoby, nie tylko jej „krytyką”.
„Udawanie normalności” nie jest wyborem ani strategią, lecz formą adaptacji, przetrwania, ochroną spójności ja w świecie, który nie toleruje egzystencjalnej prawdy, a jedynie funkcjonowanie.
(…) będziemy budować to, czemu teraz nadaję nazwę Drogi serca. To ścieżka nieznana światu.
Jeszua (Jezus), Przekaz Drogi Serca, Lekcja 1
Copyright by Jayem
Tłumaczenie: Maria i Rafał Wereżyńscy
www.DrogaMistrzostwa.pl
Może system reaguje agresją na każdy przejaw Prawdy, nie dlatego, że ktoś ma do niej „obiektywny dostęp”, bo pewnie tak nie jest, ale dlatego że każda próba zmierzenia się z tym co kolektywne, dziedziczone i demonizowane od pokoleń oraz próba wypowiedzenia tego na głos – odsłania kruchość struktur, na których opiera się zbiorowe poczucie bezpieczeństwa.
System (w tym medycyna) nie reaguje może agresją na Prawdę jako taką, lecz: reaguje patologizacją na doświadczenie, które nie mieści się w jej języku, a więc przemoc jest strukturalna, nie intencjonalna.
Stąd ruch ku pozasystemowym formom wsparcia: nie z powodu „duchowej mody”, lecz z powodu braku miejsca na bycie osobą w doświadczeniu granicznym. Nie każdy psychiatra operuje jungowską świadomością granic w interpretowaniu doświadczeń, które nie są mu bezpośrednio dostępne.
Jestem przekonany, że niemała liczba wyleczeń „psychotyków” pochodzi stąd, że pacjenci ci decydowali się po prostu udawać zdrowego umysłowo. (…)
Laing, R. D. (1999)
Jeśli kiedyś zaprzestanie on udawania kogoś kim nie jest, to ukaże się on nam jako całkowicie inna osoba, podobnie jak Chrystus, jak duch, lecz nie jak człowiek: existing with no body, he is nobody. (…) Cena jaką będzie musiał zapłacić za przewartościowanie prawdy powszechnie uznanej, będzie uznanie go za szaleńca, gdyż jedyną prawdziwą śmiercią, jaką my uznajemy, jest śmierć ciała.
Paradoks polega na tym, że właśnie to, co mogłoby być zalążkiem uzdrowienia, bywa gaszone jako objaw choroby. I nie przeczę temu, że to jest systemowo zasadne. Jednak istnieje Rzeczywistość poza tym systemem.
I to jest kontrowersyjne, ale podobno prawdziwe rozpoznanie.
Dla twojego świata zdaje się to szaleństwem, ponieważ twój świat jest szalony. Jest on całkowitym odwróceniem Chrystusowej Świadomości. Świat przedstawia całkowite przeciwieństwo Nieba. Jest on postawiony do góry nogami i wywrócony na lewą stronę.
Niebo na Ziemi
Copyright by Jayem
Tłumaczenie: Maria i Rafał Wereżyńscy
www.DrogaMistrzostwa.pl
Ronald David Laing, miał sposób widzenia zaburzeń psychicznych zasadniczo odmienny od podejścia psychiatrii systemowej. Nie interesowało go przede wszystkim kategoryzowanie objawów ani ich normalizacja, lecz sens doświadczenia, które te objawy wyrażały.
Zamiast pytać, jak przywrócić jednostkę do funkcjonowania w systemie, pytał, co w tym systemie sprawia, że określone doświadczenia stają się nie do zniesienia? Choroba nie była dla niego defektem do usunięcia, lecz często dramatyczną próbą zachowania integralności ja w warunkach relacyjnego lub egzystencjalnego nacisku.
Eric Berne (2015 [1972]), zwracał uwagę, że autentyczne próby własnego, samodzielnego myślenia bywają w psychiatrii czy współczesnej terapii redukowane do „intelektualizowania”. Co gorsza, takie próby najczęściej spotykają się z ostrą krytyką ze strony personelu szpitali psychiatrycznych.
Współcześnie powiedzielibyśmy, że Laing opisuje coś w rodzaju traumy rozwojowej i rozszczepienia na self prawdziwe i fałszywe (blisko Winnicotta). Psychoza w jego rozumieniu bywa próbą integracji, a nie degeneracją – procesem bolesnego rodzenia się nowego, prawdziwego „ja”, która to próba może się udać, jeśli tylko człowiek nie zostanie zgnieciony przez systemem „opieki” lub „wyjaśnienia religijne”.
Ta gra słów „existing with no body, he is nobody” nie oznacza ducha w sensie religijnym, tylko brak ucieleśnionego podmiotu. Istnieje rola, jest jakieś zachowanie, toczy się narracja, więc historia się pisze – ale nie ma kogoś, kto naprawdę tego doświadcza od środka.
Biedny diabeł
Figura diabła pełni w kulturze funkcję psychologiczną: stanowi zbiorczy ekran projekcyjny dla tego, czego jednostki i wspólnoty nie potrafią rozpoznać ani unieść w sobie.
Agresja, okrucieństwo, seksualność, pragnienie władzy, impulsy destrukcyjne – wszystko to może zostać przeniesione na zewnętrzny obiekt, który „nosi winę” w imieniu ludzi.
W tym sensie powinniśmy być mu wdzięczni.
Diabeł nie tyle kusi, ile zostaje obsadzony w roli. Umożliwia nam zachowanie moralnej spójności bez konieczności konfrontacji z realnym źródłem tych impulsów.
Pytanie nie brzmi więc, czy diabeł istnieje, lecz: na kogo ludzkość projektowałaby te treści, gdyby ta figura zniknęła? I czy byłaby w stanie unieść je bez pośrednika?
Pytanie otwarte.
Zauważmy, że Kościół w swoim rytuale chce usunąć zło – czyli zrobić coś, co psychologicznie równa się: wyrzucić „poza nawias” część psyche, która nie pasuje do obrazu „dobrej osoby”.
To nigdy się nie udaje, bo psyche nie daje się „oczyścić” z własnych treści.
One zawsze wracają – często w sposób jeszcze bardziej dramatyczny, niż gdyby od początku pracować z nimi świadomie, albo … wracają w sposób bardziej podstępny.
Z uznaniem diabła czy „ciemności” w sobie, jest dokładnie tak, jak ze zwiększaniem kompetencji. Można to robić w każdej dziedzinie. Rytuał egzorcyzmu działa nie jak integracja, ale jak podwójne zaprzeczenie;
- nie wolno ci czuć tego, co czujesz,
- jeśli to czujesz, to nie jesteś „ty”, tylko jakiś „demon” albo „diabeł” albo „obcy”, albo „cokolwiek”.
To odcina człowieka od własnego wnętrza, od swojej głębi i niszczy spójność doświadczenia bycia sobą, ale żeby być sobą – nie w sensie deklaratywnym – lecz naprawdę głębokiego przeżywania własnego istnienia, to pewnie trzeba wiedzieć kim się jest.
A egzorcyzm zamiast wspierać integrację, pogodzić się wewnętrznie tylko wzmacnia lęk przed własną psychiką.
Ilu psychiatrów było rzeczywiście gotowych zrobić to, czego – idąc tokiem rozumowania Junga – oczekiwali od swoich pacjentów? Wejść w bezpośrednią konfrontację z nieświadomością, bez gwarancji kontroli, sensu i pozytywnego wyniku?
Jung należał do nielicznych, którzy nie tylko opisywali ten proces, lecz sami w nim uczestniczyli – z pełną świadomością ryzyka rozpadu, dezorientacji i utraty dotychczasowej tożsamości. W co wierzył Jung? Nie w Boga, bo nie musiał w Niego wierzyć, wiedział, że istnieje.
Wierzył natomiast w to, że SENS przeważy i że WYGRA bitwę, w której – paradoksalnie -nie trzeba chyba walczyć.
Problem współczesnej psychiatrii nie polega na braku przekonujących teorii, lecz na tym, że operują nią często osoby, które znają ją wyłącznie z poziomu pojęć. Uczą się od autorów, którzy tworzyli swoje koncepcje jako odpowiedź na własny krzyk i sposób ratowania swojej psychicznej integralności w obliczu chaosu doświadczenia – ale często nie mają bezpośredniego dostępu do tego, co ci autorzy realnie przeżyli.
Komunikat jaki dostaje pacjent to często: „coś jest z tobą fundamentalnie nie tak” a to nie służy osiąganiu analitycznego zdrowienia, choć pewnie – idąc tokiem rozumowania Lainga – może zachęcić do przekonującego „udawania normalności”.
W efekcie teoria przestaje być mapą pochodzącą z doświadczenia, a staje się narzędziem porządkowania, klasyfikowania i oceniania. Jest to gra, która zamiast służyć rozumieniu procesu, zaczyna pełnić funkcję ochronną – zabezpiecza przed kontaktem z tym, co nieprzewidywalne, ambiwalentne i egzystencjalnie wymagające.
Laing postulował odrzucenie tarczy pojęciowej, którą zostawili „myśliciele wybitni”, bo wtedy pozostaje pytanie: czy potrafisz być z człowiekiem, i pozostać z nim z własnym przerażeniem bez tarczy, która chroni najczęściej tego, który miał pomagać, a nie tego, który potrzebuje pomocy?
U Berna szczególnie istotne jest to, że wprost zaznaczał, iż psychiatrzy również – prędzej czy później – trafią do kwatery głównej. Nie był to jego gest ostrzegawczy ani polemiczny, lecz raczej próba skierowania uwagi środowiska na realną możliwość pomocy.
Decyzje dotyczące zdrowia psychicznego podejmowane są często przez osoby, które nie musiały same przejść przez poziom dezintegracji będący warunkiem głębokiej przemiany osobowości. Bez tej konfrontacji trudno w pełni rozróżnić, czym jest kryzys rozwojowy, a czym patologia, oraz gdzie przebiega granica między integracją psychiki a jej rozpadem.
Kiedy Eric Berne pisał o „Marsjanach”, którzy mieliby być w stanie wyeliminować pewne nieszczęścia, nie miał zapewne na myśli istot pozaziemskich (choć kto wie). Chodziło raczej o ludzi zdolnych widzieć to, co rzeczywiście się dzieje – i unieść konsekwencje tego widzenia – bez ochronnych filtrów konwencji, ideologii i zawodowej lojalności.
Takie widzenie bywa niewygodne, bo podważa nie tylko teorie, lecz także pozycje, role i autorytety. Dlatego Berne przekornie zauważał, że akademickich wrót strzegą czujne psy – nie po to pewnie, by chronić prawdę, lecz by pilnować obecnego porządku.
Gdy mechanika procesu staje się widoczna, wielu ludzi wybiera regulację i integrację zamiast narracji – czy to tej o „demonie”, czy tej biologicznej, redukującej doświadczenie psychiczne, sprowadzając je do reakcji neurochemicznych.
Nie chodzi o to, że demony i diabły nie istnieją. Bo niezależnie od tego, jak kto rozumie ontologię tych figur, klinicznie liczy się to, czy narracja zwiększa sprawstwo i integrację, czy podtrzymuje projekcję.
Kościół traktuje te figury jak zewnętrzne zło, a terapeuta (prędzej) jak odciętą część własnej natury i potrafi wstrzymać osądy, nie udając, że nie ma opinii.
To jest duża wartość.
Istnieją również ludzie, którzy nie chcą iść w tanią sensację ani „spisek”, tylko chcą zwrócić uwagę na lęk środowiskowy przed doświadczeniem, które wymyka się kontroli paradygmatu.
Księża natomiast – często z konieczności osadzeni w teologii, ale nie w psychologii czy psychiatrii – musieliby w pewnym momencie skonfrontować się z własnym cieniem w doświadczeniu, zamiast wypierać go w imię doktryny.
Nieważne jaka to doktryna.
Wypieranie często dokonuje się nie pomimo „prawdy”, lecz właśnie w jej imię. Paradoks. Doktryna – jakakolwiek by była – porządkuje rzeczywistość kosztem jej złożoności.
Gdy zaczyna zastępować bezpośrednie doświadczenie, zawęża percepcję i sprzyja błędom poznawczym, w których interpretacja wyprzedza obserwację. Zaczyna działać jak filtr poznawczy, który nie tyle wyjaśnia, co systematycznie pomija to, co nie pasuje do wyuczonej koncepcji czy zdobytej wiedzy.
A to może mieć poważne konsekwencje dla człowieka w procesie.
Dla jasności: ramy pojęciowe są potrzebne. Bez nich język doświadczenia – także duchowego – szybko się rozmywa, traci precyzję i bywa redukowany do uproszczeń, które spłycają lub wręcz infantylizują to, co przeżywane.
Nie chodzi o odrzucenie ram ani o postulat „czystego doświadczenia” pozbawionego języka. Chodzi raczej o zachowanie otwartości: o gotowość do tego, by ramy pozostały narzędziem opisu, a nie filtrem, który z góry decyduje, co wolno nam zobaczyć i nazwać.
Wiele systemów religijnych wymaga od swoich przedstawicieli jednak właśnie wypierania własnego człowieczeństwa.
Rola i funkcja nie dopuszcza ani ambiwalencji ani cienia; nie ma w niej miejsca na złość, seksualność, słabość czy wahanie. W takiej relacji spotykamy nie człowieka, lecz maskę – konstrukcję, która ma przykryć wszystko, co żywe – ale wyparte – pod spodem.
Cienie jako asystenci światła
One nie są „złe” – są posłańcami z miejsc, których nie chcemy widzieć.
Próbują przyciągnąć uwagę do tego, co domaga się integracji, a nie do tego, co należy „usunąć”.
I jeśli miałabym to ująć żartobliwie, ale precyzyjnie: diabeł pracuje w modelu B2B – z biznesu do biznesu, z piekła do Królestwa, z nieświadomości do świadomości. Współpracuje z nami, choć wcale nie musi nam się to podobać.
Niesie światło.

Jezus i Diabeł
Ciekawe, że „usługa” obu archetypów polega na tym samym, na naciskaniu tam, gdzie ego udaje, że nic nie ma. Cień nie przychodzi, by kogokolwiek zniszczyć; przychodzi, by prędzej czy później doprowadzić ludzi do Prawdy.
I Anneliese może nikt tego nie powiedział, tak „normalnie”.
Wiedza nie jest jedynym warunkiem, żeby przejść przez rozpad, ale jest warunkiem. Jednym z wielu.
Prawda jej nie wyzwoliła. Ona ją zniszczyła. Anneliese nie była przecież „tym”. Tylko tym. Nikt jej nie wytłumaczył, że żyje w świecie materii – czyli, mówiąc metaforycznie wpadła w odwiedziny do Lucyfera po swoje lekcje i że musi się ogarnąć.
Bo kiedy przychodzisz do kogoś w odwiedziny, to robisz to po to, żeby powrócić do siebie więc w pierwszej kolejności orientujesz się, jakie zasady panują w miejscu, w którym się znalazłeś.
W co się tu gra?
POTEM DOPIERO, jak już wiesz w co grają ludzie, i skąd u nich taka awersja do długowłosych mężczyzn w sandałach – uczysz się poruszać w tym miejscu tak, żeby nie zagubić swojej własnej osi.
Pozwalasz Światłu oświetlać ciemność. Ufasz procesowi. Przyjmujesz swoją lekcję, ale nie oddajesz już siebie.
Pamiętasz, że jest taka modlitwa:
„Ryan Gossling, Ty się tym zajmij”.
I Ryan Gossling się tym zajmuje. †
Co robi dziewczyna na teledysku? Nic. Jestem przekonana, że cieszy się, że to nie ona prowadzi ten samochód.
Dlatego warto – dla własnego komfortu – skorzystać z Jego usług, bo trzeba wiedzieć, że:
Kiedy diabeł pozwala się złapać to jest głupi, a ty przecież, nie miałbyś żadnego pożytku z tego, że masz głupiego diabła.
C.G. Jung, Czerwona Księga, s. 228
Laing, patrzył na psychopatologię nie z perspektywy systemu, lecz doświadczenia. To, co dla psychiatrii było zaburzeniem wymagającym korekty, on traktował jako znaczący komunikat o relacji jednostki ze światem.
I jednocześnie nie romantyzował szaleństwa.
Czy egzorcyzmy pomagają?
Musielibyśmy najpierw odpowiedzieć na pytanie „czym jest opętanie”?
Mefistofeles jest Szatanem przebranym w moją wężowość.
C.G. Jung, Czerwona Księga, s. 487
W pewnym sensie „opętanie” jest więc pierwotną i gwałtowną próbą zbliżenia się do Prawdy o sobie więc tak, egzorcyzmy pomagają … przyjąć narrację, w której zło lokowane jest „na zewnątrz”.
Już sama ta projekcja, może pozwolić poczuć się lepiej, w osobnym podrozdziale wyjaśniam jaki jest koszt tego „czucia się lepiej” – w moim przypadku.
Warto zauważyć, że zwracanie się ku figurom wyższym – takim jak Jezus – nie jest domeną osób nieracjonalnych. Często sięgają po nie również ludzie z natury logiczni, wykształceni, krytyczni poznawczo, a nawet – co ciekawe – niewierzący.
Bywa, że jest to akt rozpaczy, gdy inne sposoby regulacji zawiodły, a bywa, że akt poddania – oddania kontroli w momencie, gdy własne „ja” nie jest w stanie już unieść ciężaru doświadczenia.
Narracja opętania nadaje sens temu, co chaotyczne – szczególnie wtedy, gdy człowiek nie dysponuje narzędziami do pracy z intensywnymi energiami psychicznymi.
Miałam rzadkie doświadczenie pracy z osobą, która potrafiła w sposób uważny i kompetentny nauczyć mnie, jak regulować i „kontenerować” intensywne stany wewnętrzne, bez przeciążania układu nerwowego.
To umiejętność możliwa do zdobycia, realna i kluczowa, a jednocześnie zaskakująco mało znana – niewielu ludzi wie, że istnieją osoby, które – jak Barbara Andrusikiewicz-Korenfeld rzeczywiście potrafią jej uczyć.
Bo nawet jeśli, finalnie to Ryan † ma pomóc, to konieczne jest, żeby wytrzymać napięcie, które pojawia się w samochodzie. I do tego też służy umiejętność kontenerowania energii.
Co robi religijna interpretacja?
Religijna interpretacja cierpienia psychicznego przenosi źródło napięcia poza podmiot, zdejmując z niego konieczność bezpośredniej konfrontacji z własną dynamiką wewnętrzną.
Egzorcyzmy, modlitwy, rytuały i dramat nie są w tym sensie rozwiązaniem problemu, lecz moglibyśmy powiedzieć: sposobem organizowania tego „problemu” – wpisanym w rytm tygodnia, obok pizzy w poniedziałek i kina w środę.
Egzorcyzmy – pomijając te u Anneliese – na ogół porządkują doświadczenie i u niektórych stają się jednym z elementów rocznego rozkładu napięć.
Psyche potrzebuje formy, struktury i działania – dlatego rytuał porządkuje to przeżycie, nadaje mu ramę, oferuje scenę oraz jasno rozpisane role. Każdy uczestnik wie z grubsza, co ma robić i jaką funkcję pełni, ale egzorcyzmy nie pozwalają wyjść ani poza rolę, ani pełnioną funkcję.
Nie są procesem integracji, lecz na ogół – nie mówię, że zawsze – ale regulacją poprzez symbol krzyża i gotowy scenariusz.
Nie twierdzę też, że egzorcyzmy czy doświadczenia określane jako „odnowa w Duchu Świętym” ludziom nie pomagają. Znam osoby, które mogą powiedzieć, że pomoc realnie się tam wydarza – między innymi dlatego, że każdy kontakt z drugim człowiekiem ma przewagę nad jego całkowitym brakiem.
Z perspektywy psychologicznej można jednak powiedzieć, że intensywność spotkania, silna obecność, skupiona uwaga i emocjonalne zaangażowanie same w sobie mają działanie regulujące.
Głask – to jednostka rozpoznania: uwagi, potwierdzenia istnienia, wartości, znaczenia. Może być pozytywny lub negatywny, warunkowy lub bezwarunkowy. Reguluje ekonomię kontaktu. W moim przekonaniu;
różnica między egzorcyzmem a terapią (opartą na pracy z ciałem i energią) jest taka:
Tylko, że to wyjaśnienie, jakkolwiek może być prawdziwe, przeczy zdaniu, które – akurat dla mnie – jest kierunkiem, a nie cytatem: integration rather than interpretation.
Czy któraś z tych opcji jest lepsza lub gorsza? Nie. Znanych jest przecież wiele przypadków, gdzie psychoterapia ludziom nie pomogła, a po doświadczeniach uzdrawiających osoby rzeczywiście „odnowiły się” – poczuły ulgę, spokój, sens, a czasem głęboką zmianę w obrazie siebie.
Nie podważam autentyczności tych przeżyć.
Przyjmuję jednak punkt widzenia, że nie są to doświadczenia, które same w sobie prowadzą do procesu separacji/indywiduacji. Raczej czasowo go zawieszają, rozumiejąc, że człowiek jest istotą społeczną. Oferują więc poczucie oparcia, akceptacji, jedności i porządku w warunkach z jasno określonymi zasadami, kiedy szukanie oparcia i akceptacji w świecie społecznym bywa zbyt zagrażające.
Jakkolwiek rytuały mogą być pomocne, nie są tym samym, co stopniowe budowanie własnego Ja.
Rytuał nie ma tej funkcji.
Nie sugeruję przez to, że SENS i próby nadania go własnym przeżyciom są złe. Wskazuję jedynie, że ani interpretacja, ani sens, ani samo czucie się lepiej – nie są warunkiem INTEGRACJI duszy, umysłu i ciała/natury, jak czytamy w przesłaniu od Jeszuy.

Czym jest opętanie?
Opętanie w sensie religijnym nie jest tym samym co psychoza, ale część doświadczeń nazywanych „opętaniem” może wyglądać jak psychoza. I odwrotnie: część psychoz może być przeżywana (i interpretowana kulturowo) jako opętanie.
Opętanie nie jest kategorią psychiatryczną. Psychoza nie jest kategorią religijną.
Jednak, na poziomie przeżyć – rozszczepienia, utraty kontroli, zalewu treściami – mogą być tym samym doświadczeniem, tylko opowiedzianym innym językiem. Czyli to jest „teoretycznie” to samo, tylko zmienia się sposób narracji.
Można więc powiedzieć: opętanie jest metaforą, religijnym opisem tego, co psychologia nazywa przejęciem ego przez autonomiczny kompleks lub nazywa ogólnie: stanem psychotycznym. Psychoza jest nowoczesnym językiem na opis dawnych doświadczeń „opętania” / rozpadu osobowości.
W tradycjach religijnych opętanie to przejęcie kontroli nad człowiekiem przez zewnętrzną istotę: ducha, demona, archetyp.
Psychiatrycznie: człowiek może zostać przejęty przez potężne struktury archetypowe. Co jest podobno jedynym, co może się zdarzyć, gdy człowiek wyrzeka się siebie. Swojego ja.
Dlatego budowanie tego „ja”, swojej indywidualności jest tak ważne.
#Wyparcie i projekcja WAŻNE
Mechanizmy ograniczające dostęp treści do świadomości – w tym wyparcie – mogą pełnić funkcję adaptacyjną, o ile działają elastycznie i nie dominują życia psychicznego. Umożliwiają utrzymanie spójności Ja, chronią przed przeciążeniem i pozwalają funkcjonować w sytuacjach nadmiaru emocji.
Wyparcie odcina to, czego nie jesteśmy jeszcze gotowi przeżyć czy przyjąć.
Każda psychika musi selekcjonować treści. Nie wszystko może być jednocześnie obecne w świadomości. Pewien poziom wyparcia jest więc normą.
Problem pojawia się gdy wyparcie jest dominującą obroną, obejmuje kluczowe obszary afektu, uniemożliwia symbolizację. Wtedy: pojawiają się objawy, relacje ulegają spłyceniu, „Ja” traci elastyczność.
Funkcjonowanie w określonych formach wyparcia jest powszechną cechą ludzkiej psychiki i nie znika wraz z wiedzą teoretyczną na jego temat – dotyczy to również osób zawodowo zajmujących się zdrowiem psychicznym czy osób zajmując się zawodowo „Bogiem”.
To jest w porządku, bo wyparcie działa jak bezpiecznik w instalacji psychicznej. Gdyby wszystko, co trudne, „każda prawda” o nas – zalewała nas bez filtra, mogłoby dojść do wewnętrznego zwarcia.
Tak na przykład jest wtedy, kiedy widujesz Jezusa i demony – bez naprawdę stabilnej struktury Ja – większe jest ryzyko hospitalizacji psychiatrycznej niż psychicznej integracji.
Gwałtowne otwarcie na światło, a przez to na nieświadomość nie prowadzi do oświecenia, lecz do rozpadu zdolności do bycia sobą. Historia Anneliese ujawnia sytuację, w której jej doświadczenie zostało całkowicie przejęte przez autonomiczne treści – ale już bez miejsca dla osoby, która mogłaby je integrować.
Czyli u niej doszło do załamania funkcji integrujących ego, przy jednoczesnym nasileniu i sakralizacji treści nieświadomych.
Obecne były figury Maryi i demonów, lecz nie było już jej samej – pozostała jedynie arena, na której ścierały się różne siły tam, gdzie powinna znajdować się OSOBA.
Czyli ona.
Anneliese.
By utrzymać uczucia w stanie wyparcia najbardziej znane sposoby to zaprzeczenie i projekcja, mające tendencje do współwystępowania i wzmacniania się nawzajem. (…) Wyparciu zazwyczaj towarzyszy mechanizm obronny projekcji.
D.W. Hawkins, Technika uwalniania, s. 25
Projekcja może jednocześnie podtrzymywać spójność Ja i pogłębiać tę dezintegrację.
To nie sprzeczność, tylko różnica poziomów funkcjonowania.
Projekcja rządzi się paradoksem, bo:
- chroni Ja przed rozpadem,
- pozwala utrzymać minimalną spójność obrazu siebie,
- oddala doświadczenie, które byłoby aktualnie nie do uniesienia.
Na tym poziomie projekcja ratuje przed dezintegracją psychiczną. I to jest w porządku, na tym polega ta gra, dlatego jest mechanizmem obronnym, a nie „błędem”. Bezrefleksyjne usuwanie obron to działanie co najmniej nieodpowiedzialne. Jednak cena projekcji jest taka, że choć utrzymuje spójność obrazu Ja, to rozrywa relację Ja–doświadczenie.
Innymi słowy: Ja pozostaje „całe”, ale psyche traci zdolność przetwarzania własnych stanów.
To prowadzi do:
- narastającej fragmentacji doświadczenia.
- chronicznej deregulacji wewnętrznej,
- przymusu powtarzania.
Czyli paradoksalnie rozpad „trwa, żeby się nie rozpaść” co klinicznie oznacza:
- proces częściowej dezintegracji,
- który nie może się domknąć, bo brak kontenera.
Projekcja więc:
- zatrzymuje totalny rozpad,
- ale uniemożliwia integrację, więc powoduje, że rozpad trwa,
- więc proces „rozpadu” staje się chroniczny.
I to jest ten paradoks.
To nie jest jednorazowy kryzys.
To jest utrwalony stan przejściowy, który się zapętla. I za każdym razem jak widzę ludzi, którzy mają śmierć w oczach, albo siebie czasem – to chcę napisać jasno:
- projekcja nie jest złem – jest mechanizmem ratunkowym.
- Jest zdrowa chwilowo, ale patologiczna strukturalnie.
- Chroni przed rozpadem, ale nie pozwala z niego wyjść.
- Dlatego proces „rozpadu” się przedłuża, zapętla i może przenosić na innych.
Dlatego drogą wyjścia jest samoakceptacja.
A egzorcyzm to jest przeciwieństwo samoakceptacji. W tym miejscu mogę polecić przekaz „Boska Kobiecość” dostępny na kanale YouTube Drogi Mistrzostwa.
Jakie szkolenie poleciłabym egzorcystom?
Wśród współczesnych nurtów terapii NARM jako modalność, najmocniej akcentuje potrzebę ochrony klienta przed projekcjami terapeuty.
Bardzo silnie akcentuje pracę relacyjną, a nie „pracę na kliencie”, kładzie nacisk na odpowiedzialność terapeuty za pole relacyjne, zwraca szczególną uwagę na minimalizowanie reenactmentów, w tym:
- projekcji terapeuty,
- nieświadomych dynamik władzy,
- naprawiania klienta zamiast kontaktu z nim,
- koncentruje się na regulacji autonomicznej i tożsamości, a nie na ekspozycji czy „przepracowywaniu treści”.
Myślę, że prawdziwy problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś – szczególnie pracując blisko z ludźmi – nigdy nie doświadczył własnego pęknięcia i nie przeżył go relacyjnie. Wówczas wyparte treści muszą znaleźć ujście gdzie indziej. Psyche nie potrafi ich „zatrzymać” w próżni – zaczyna więc projektować je na innych.
W przeciwieństwie do egzorcysty, który walczył z „demonem” na zewnątrz siebie samego, terapeuta być może zadałby pytanie (na miejscu tego księdza): czy to, co nazywam złem, nie jest częścią mnie, której jeszcze nie potrafię przyjąć?
Być może ksiądz nieświadomie wymuszał na dziewczynie konfrontację z tym, czego sam w sobie się wyrzekł. Nie orzekam tego, ale być może zafiksowany na walce z „duchem nieczystym”, nie dostrzegał, że w istocie zmusza ją, by dźwigała jego cień – tę część, której on sam nie potrafił przyjąć ani w sobie, ani w Bogu.
Dobry terapeuta, potrafiłby zobaczyć, że „zły duch” bywa po prostu cieniem człowieka, który zbyt długo próbował być święty.
Nie oceniam niczyjej wiary ani intencji, lecz zwracam uwagę na zakres i charakter kompetencji.
Egzorcyści na ogół – nie są szkoleni w kontenerowaniu stanów psychotycznych w sensie klinicznym. Oznacza to, że w sytuacjach głębokiej dezintegracji mogą nieświadomie wzmacniać proces, który – w innym paradygmacie – wymagałby regulacji i integracji, a nie eskalacji znaczenia. Osoba zraniona w więzi, postrzega świat inaczej.
Zwracam więc uwagę na różnicę poziomu przygotowania: egzorcyści są szkoleni do pracy rytualnej i teologicznej, a nie do towarzyszenia osobom w stanie dezintegracji psychicznej.
Każdy, kto walczy z własnym cieniem na zewnątrz, prędzej czy później potrzebuje ofiary, by poczuć się czysty. I wtedy „ksiądz” i „opętana” to jest idealny „układ relacyjny”.
Nie jest to metafora, lecz klasyczna dynamika psychologiczna:
projekcja,
identyfikacja projekcyjna,
przymus powtarzania.
I często nikt nie potrafi tego przerwać, bo to oznaczałoby konieczność porzucania teorii, która chroni.
Podobny lęk widać w historii Helen Schucman, która obawiała się opublikować Kurs Cudów pod własnym nazwiskiem. Autorstwo zgodziła się uznać po śmierci. Jung zdecydował się na rozmowę o swoim życiu, u jego schyłku. Freud palił listy i płacił za odzyskanie tych, które już wysłał.
Nie chodziło wyłącznie o treść, lecz o konsekwencje: w przypadku Helen o to, co stanie się z pozycją badaczki, gdy doświadczenie wykracza poza ramy akceptowalnego dyskursu? To napięcie – między tym, co przeżyte, a tym, co wolno nazwać, a czego nie – nie jest marginalne. Jest, jak widzimy, wpisane w historię psychiatrii i psychologii.
Dlatego pytanie o prawdę nie dotyczy wyłącznie pacjentów. Dotyczy również terapeutów i psychiatrów – ich gotowości do zobaczenia tego, co nie mieści się w obowiązującym modelu, i do poniesienia konsekwencji tego widzenia. Lęk przed utratą statusu, języka, przynależności bywa równie silny jak lęk pacjenta przed rozpadem.
I właśnie ten lęk – rzadko nazwany – często decyduje o tym, co zostaje uznane za „realne”, a co za „niemożliwe” lub „nieistniejące”.
Prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna. Prawda – nie.
Mark Twain
Praca z granicami jest fundamentalna. Granice nie służą dystansowi – służą temu, by czyjeś nieprzeżyte stany nie stały się cudzym losem.
To nie jest opinia. To jest kwestia etyki a nie techniki. I to nie jest zarzut personalny do „egzorcystów”, ani „naukowców” tylko zwrócenie uwagi na różnicę w modelu przygotowania. Bo czasem to brak wspólnego języka i współpracy, może doprowadzić do tragedii, nawet jeśli – jak w przypadku Annaliese – każda ze „stron” pozostała wierna swoim przekonaniom.
Jednym pasowało bardziej „opętanie”, a drugim „choroba psychiczna”, ale to – by tak rzec – nie pomogło.
Nie wiem na czym opiera się szkolenie egzorcysty, ale na ogół pewnie na kategoriach: dobro–zło, opętanie–uwolnienie, a nie na doprowadzaniu psychiki do balansu – zakłada zewnętrzne źródło zjawiska i nie obejmuje systematycznej pracy nad:
- własną regulacją afektu,
- przeciwprzeniesieniem,
- dezintegracją i reintegracją ego,
- granicą między przeżyciem a interpretacją.
Czyli to teologia demonologii, interpretacja Biblii i tradycji, znajomość Rytuału Rzymskiego (modlitwy, formuły, procedury) i pewnie sama umiejętność rozróżniania:
opętania od dręczenia, zniewolenia czy pokusy (w sensie duchowym) – to jest interpretacja, a nie integracja.
Szkolenie terapeuty / analityka obejmuje na ogół wieloletnią analizę własną lub pracę nad sobą, ale w kontekście relacyjnym – uczy rozpoznawania projekcji, identyfikacji projekcyjnej, regresji, rozwija funkcję kontenera i obserwującego ego, zakłada, że intensywne treści psychiczne pochodzą z wnętrza relacji i psychiki, a nie z zewnętrznego bytu.
To są dwa różne porządki kompetencji. Szkolenie egzorcysty nie przygotowuje do pracy z dynamiką projekcji i introjekcji: ani do utrzymania granic wobec doświadczenia drugiego człowieka, ani do rozpoznawania momentów, w których osoba jest zachęcana do przyjęcia cudzej, nieuświadomionej postawy jako własnej.
Dlaczego rytuał egzorcyzmu wzmocnił „zło”?
W Analizie Transakcyjnej mówi się o zjawisku „gorącego kartofla”: objaw, napięcie lub „szaleństwo”, którego system nie potrafi unieść, zostaje nieświadomie przerzucone na jedną osobę. Ta osoba zaczyna „nosić” to, czego reszta nie chce zobaczyć ani przeżyć.
W przypadku Anneliese rytuał egzorcyzmu miał wypędzić „zło”, lecz w praktyce wzmocnił je, ponieważ cały system – rodzina, Kościół i osoby sprawujące autorytet –zaprzeczał istnieniu własnego cienia. To, co nie mogło zostać uznane i przepracowane wspólnie, zostało skupione w jednym ciele i jednym życiu.
Analiza Transakcyjna opisuje ten mechanizm jako episkrypt: ukryty przekaz rodzinny lub systemowy, który musi się „gdzieś” zrealizować. Czasem przybiera on formę rodzinnej misji, czasem klątwy, a czasem objawu, który powraca w kolejnych pokoleniach – za każdym razem w innej osobie.
Dopóki system nie potrafi rozpoznać i zatrzymać tego przekazu, „gorący kartofel” wędruje dalej. W historii Anneliese wędrówka ta zatrzymała się na niej. Stewart i Joines opisują przykład teraputy, który próbował, przekazać swój skrypt rodzinny swoim klientom, zauważył to jego suprwizor. Być może w przypadku księdza było podobnie, choć to czysta spekulacja.
Zob. I. Stewart, V. Joines, Analiza Transakcyjna dzisiaj, s. 182
Jak Anneliese ziternalizowała wyparcie otoczenia?
Nie jestem psychologiem, ale jeśli dobrze rozumiem to, co czytam, to, treści psychiczne, które w rodzinie i wspólnocie nie mogły zostać przyjęte (złość, agresja, seksualność, wątpliwości wobec wiary), zostały „złożone” na jej ołtarzu (w niej). Najprawdopodobniej Annaliese zinternalizowała to jako: „ja jestem brudna / opętana / niewarta miłości”.
Integracja działa odwrotnie: integracja to obserwacja, uznanie i odpowiedzialność bez poczucia winy.
„Tak, to też ja. To moja złość. To mój głód. To moja ciemność. To moja SIŁA, która jeszcze nie znalazła właściwego wyrazu.”
Wtedy cień przestaje być nieświadomym demonem, czy diabłem, a staje się częścią osobowości, którą można oswoić i twórczo wykorzystać. Tak, żeby diabeł nie umierał od ciągłego trzymania go w klatce, bo to jest okrutne.
Gdyby ona miała mocniejsze granice i pracowała nad integracją i swoją podmiotowością – mogłaby wziąć odpowiedzialność za swój kawałek tortu: „Okej, to jest moje, to też, i to również”, a resztę po prostu odbić: „To nie moje, to wasze – więc weźcie, proszę, i idźcie stąd szybko.”
Podobno jej matka była ambiwalentna, silnie religijna, lękowa, możliwe, że emocjonalnie uwikłana. Relacja z ojcem była sztywna, mało dostępna emocjonalnie. Nie znam tej historii dobrze – ale prawdopodobnie, że tak właśnie było w tamtych czasach: silny nacisk na normę i podporządkowanie.
Nie wchodzę w ujęcie Salvadora Minuchina i jego koncepcję rodziny jako systemu koalicji i granic, chcę zaznaczyć, że ta perspektywa stanowi istotne tło dla wielu analiz relacji rodzinnych i jest bardzo istotna – wykracza jednak poza ramę tego rozważania.
Terapeuta pomógłby jej oddziałać co jest jej odpowiedzialnością a co systemową lojalnością wobec rodziny czy wspólnoty religijnej.
W rodzinie, która funkcjonowała poprzez szerokie wyparcie, nie istniała przestrzeń na „inne wyjaśnienie” niż opętanie, a systemowo nie ma innego wyjaśnienia niż „choroba psychiczna”.
Introjekcja oznacza przyjmowanie do własnej osobowości, bezkrytycznej oceny, norm, wartości i postaw innych osób, zwłaszcza autorytetów – tak, jakby były one własne.
Ciekawe, w tym kontekście, że kiedy czyta się Ronalda Lainga nie bez powodu zamiast współczuć rodzinom chorych, zaczynamy kibicować młodym schizofreniczkom – podkreślmy – nie dlatego, że Laing romantyzował „szaleństwo”, ale dlatego, że widział w tych stanach wołanie o prawdę.
Nie po to, żeby być „złym”, lecz żeby odzyskać dostęp do energii życia wykluczonej przez moralne uproszczenia ludzi, którym wydaje się, że wiedzą co jest dobre.
I żeby przestać dźwigać to, co nie jest nasze.
I nie po to, by unieważnić to „dobro” czy „zło”, lecz by przestać „duchowymi koncepcjami” maskować realne konflikty, przemoc i brak odpowiedzialności za swoje działania.
Cień bez filtra czyli kiedy duchowość zamienia się teatr
O tym, co bywa określane mianem „duchowego ego”, można mówić nie jako o wadzie czy złej intencji, lecz jako o określonej konfiguracji psychicznej. Pojawia się ona wówczas, gdy rola duchowa zaczyna zastępować realną obecność, a poczucie misji – kontakt z drugim człowiekiem.
W takim układzie łatwo pomylić moc z miłością, a identyfikację z funkcją z autentycznym byciem w relacji. Gdy kapłan utożsamia się przede wszystkim z rolą, duchowość może niepostrzeżenie przybrać formę przedstawienia.
Nie jest to tyle osąd, co rozpoznanie mechanizmu „po owocach” – po tym, jakie skutki przynosi dane działanie w relacji.
Persona „walczącego z demonami” może łatwo stać się kolejną maską ego – karmiącą dokładnie ten sam mechanizm, który miała rozpoznać i przemienić. W takim układzie uwaga przesuwa się z integracji doświadczenia na odgrywanie dramatu, a konflikt wewnętrzny zostaje wzmocniony.
W sytuacji Anneliese relacja, w której mogła zaistnieć miłość rozumiana jako obecność, pojawiła się rola i funkcja. Pomoc przyjęła formę działania instytucjonalnego, a nie spotkania.
Terapeuta nie wchodzi w rolę „uzdrowiciela”. Z mojego doświadczenia wynika, że jego obecność jest przede wszystkim obecnością człowieka wobec człowieka – osoby, która zna własne stany ego, ma do nich dostęp i potrafi świadomie łączyć wiedzę teoretyczną z wiedzą o sobie – w służbie spójności i integralności klienta.
Nie po to, by wzmacniać narrację walki a przez to pogłębiać toczący się rozpad psychotyczny, lecz po to, by stworzyć warunki, w których doświadczenie może zostać bezpiecznie pomieszczone, nazwane i zintegrowane.
Terapeuta jest regulatorem wyższego rzędu – jego układ nerwowy „nosi” napięcie, którego klient jeszcze nie potrafi sam unieść. Terapeuta utrzymuje zdolność: bycia w emocji, i jednocześnie jej obserwowania. Bez przyjęcia tej pozycji kontenerowanie nie jest możliwe.
Terapeuta nie może kontenerować tylko „na tym samym poziomie” co klient; jego zdolność regulacji i przetwarzania afektu musi być przynajmniej o poziom wyższa, inaczej relacja przestaje być bezpieczna.
W tym sensie 67 „sesji uzdrawiających”, które finalnie doprowadziły do destrukcji człowieka, pokazuje nie tyle złą wolę czy brak intencji pomocy, ile strukturalny brak kontenera zdolnego unieść to, co się w tej relacji uruchomiło i w relacji eskalowało.
Na nagraniach nie słychać elementów, które zwykle pełnią funkcję regulującą: uspokojenia, ugruntowania, powrotu do kontaktu i granic.
Moc nie płynie z roli, tylko z jakości świadomości – z uznania faktu, że „Chrystus” to według Drogi Mistrzostwa nie postać historyczna, lecz stan Wewnętrznej Zjednoczonej Obecności.
To właśnie ta świadomość ma moc przemiany. Nie potrzebuje rytuału ani urzędowego autorytetu, bo jej siła nie pochodzi „z góry” – lecz z wnętrza, z bezpośredniego połączenia z Życiem.
Kiedy człowiek naprawdę uruchamia w sobie ten wymiar obecności, ciemność traci grunt. Nie dlatego, że ktoś ją „przepędza”, ale dlatego, że Świadomość po prostu nie daje jej już przestrzeni do gry.
Miłość bywa opisywana jako czysta dobroć, lecz w rzeczywistości jest raczej zdolnością do niewykluczania żadnej części doświadczenia – ani w sobie, ani w drugim człowieku.
A! I jak Bóg chce pomóc, to do pomocy przyśle nawet diabła.
Dlaczego każdy uczciwy akt spotkania ze sobą ma znaczenie?
Proces wewnętrzny polega na przepracowaniu fragmentów cienia, które nosimy w sobie, ale które mają również wymiar kolektywny. Kiedy człowiek integruje swój cień indywidualny, siłą rzeczy dotyka także czegoś większego – tego, co wspólne, dziedziczone, przekazywane.
To, co kolektywne, nie istnieje „samo z siebie”; składa się z wielu indywidualnych wnętrz. Dlatego każdy akt uczciwego spotkania ze sobą ma znaczenie. Nie tylko dla jednostki, ale też dla pola, w którym wszyscy jesteśmy zanurzeni.
Kiedy integrujesz swój cień – a częściej: swoje cienie – nie robisz tego tylko dla siebie. W pewnym sensie „oczyszczasz” także zbiorowe pole, w którym te same energie były przez pokolenia tłumione, wypierane i demonizowane.
Nie chodzi tu o żadne zapędy mesjańskie, ani o fantazję, że można „zbawiać świat”. Mesjanizm (który sam w sobie często wymaga zaopiekowania terapeutycznego), jest czymś innym niż odpowiedzialność psychiczna.
A ta jest m.in. rozumieniem, że każdy z nas jest mikrokosmosem większych dynamik, i to, co w sobie integrujemy, przestaje działać destrukcyjnie również w polu wspólnym.
To jedyny realny „wkład”, jaki człowiek może wnieść.
I często – wystarczająco wielki.
Z wielką radością kroczę z tobą drogą, którą wybrałeś. W rzeczywistości bowiem nie ma takiej chwili, w której nie byłoby mnie z tobą. I do jakiegokolwiek miejsca byś się nie udał, odkryjesz tam moją obecność.
Droga Serca, Lekcja 4
Copyright by Jayem
Tłumaczenie: Maria i Rafał Wereżyńscy
www.DrogaMistrzostwa.pl
Sądzę, że to jest oczywiste iż pisząc o „zrozumieniu”, nie mam na myśli procesu czysto intelektualnego. Zrozumienie można nazwać miłością.
Lecz czy jakiekolwiek inne słowo było tak nadużywane jak to właśnie? Jeśli nie zrozumiemy drugiego człowieka, w istocie trudno nam będzie go pokochać. Przykazano nam kochać swoich bliźnich. Jednak nie możemy kochać naszego sąsiada nie wiedząc kim jest. Możemy kochać go jedynie jako abstrakcyjną istotę ludzką. Nie potrafimy kochać konglomeratu objawów schizofrenii. Schizofrenii nie ma się jak kataru. Pacjent nie dostał schizofrenii. On jest schizofrenikiem. (…)
Sądzę więc, że poniższe stwierdzenie Friedy Fromm-Reichman, jest prawdziwe, choć może budzić niepokój:(…) psychiatrzy skłonni są uwierzyć teraz, że w zasadzie możliwe jest stworzenie właściwej relacji z pacjentem schizofrenicznym. Jeżeli wydaje się to kiedykolwiek niemożliwe to wina leży w osobowości lekarza, a nie w psychopatologii pacjenta.
Laing, R. D. (1999) Podzielone „ja”. Egzystencjalistyczne studium zdrowia i choroby psychicznej. Przeł. M. Karpiński. Wydanie II (poprawione). Poznań: Dom Wydawniczy Rebis.
Jeszua pewnie słowo „wina’ zamieniłby na „konsekwencja takiego stanu rzeczy”.
