Ewangelia Marii Magdaleny i jej wolność od transakcji

Ewangelia Marii Magdaleny
Postawa Marii wobec uczniów – jej sposób mówienia, milczenia i reagowania – sprawia, że staje się ona dla mnie przykładem dojrzałej Świadomości, która nie potrzebuje ani uznania, ani dominacji, by pozostać wierna temu, co widzi.
Wtedy powiedziałam Mu: Panie, ten kto w tej chwili widzi Twe pojawienie się, czy widzi je poprzez psyche [duszę] czy poprzez Pneumę [Ducha, Tchnienie]? Odpowiedział Nauczyciel: Ani przez psyche, ani przez Pneumę: przez nous, który jest między tymi dwoma, on to jest tym […]
Leloup, J.-Y. (2000) L’Évangile de Marie – Myriam de Magdala. Paris: Albin Michel. Wyd. polskie: (2021) Ewangelia Marii Magdaleny, tłum. P. Sachse, Warszawa: Purana, s. 10
[strony 11 i 14 nie zachowały się]
Z Ewangelii wynika, że Maria rozumie nauczanie Jezusa głębiej niż pozostali uczniowie, otrzymuje od Niego przekaz, którego inni nie znają. Uspokaja uczniów, gdy są w lęku po Jego odejściu – pełni więc rolę autorytetu duchowego.
Albo tak to zaczyna wyglądać.
Nie wszystkim podoba ten stan rzeczy. Na przykład Piotr kwestionuje jej autorytet, a Andrzej wątpi w prawdziwość wizji. W jej obronie staje Mateusz, całkiem słusznie zauważając:
Jeśli jednak Nauczyciel uczynił ją godną, kimże jesteś, żeby ją odrzucać? Z pewnością Nauczyciel znał ją dobrze… Miłował ją bardziej niż nas.
Leloup, J.-Y. (2000) L’Évangile de Marie – Myriam de Magdala. Paris: Albin Michel. Wyd. polskie: (2021) Ewangelia Marii Magdaleny, tłum. P. Sachse, Warszawa: Purana.
Z pewnością Jezus „znał ją dobrze”.
Uczniowie nie słuchali Marii z ciekawością ani z życzliwością.
Słuchali z osądem. Z lękiem.
Zdziwiło mnie to, bo „opowieść” nie musi być prawdziwa, by była interesująca. Nawet gdyby jej słowa potraktowali jedynie jako „osobiste wyznanie autorki” — albo jako narrację „do wysłuchania” z nudów — mogliby jeszcze pozostać w kontakcie, tymczasem jej przekaz został natychmiast zakwestionowany.
Nie dlatego, że był niezrozumiały, lecz dlatego, że naruszał porządek, w którym słuchający potrzebowali pozostać. Postawa uczniów jest zrozumiała z wielu powodów, tak jak późniejsza reakcja Marii.
„Wypowiedzcie się co SĄDZICIE o tym, co nam powiedziała?”
Leloup, J.-Y. (2000) L’Évangile de Marie – Myriam de Magdala. Paris: Albin Michel. Wyd. polskie: (2021) Ewangelia Marii Magdaleny, tłum. P. Sachse, Warszawa: Purana.
Co do mnie nie wierzę, że Nauczyciel mówił w ten sposób; myśli te różnią się od tych, które znaliśmy.
Piotr dodał: „Czy to możliwe, by Nauczyciel rozmawiał w ten sposób z nią, z kobietą na temat tajemnych spraw, które nam nie są znane?
Mamy więc zmienić nasze zwyczaje i wszyscy słuchać tej kobiety? Czyż naprawdę właśnie ją wybrał i upodobał sobie bardziej niż nas?
To jest jedno z najbardziej uderzających miejsc w całym tekście — i łatwo je przeoczyć, jeśli czyta się „teologicznie”, a nie relacyjnie. Uczniowie nie mówią o niej pod jej nieobecność. Oni mówią przy niej, ale nie mówią do niej, choć o niej.
„Ta kobieta”.
Imię to uznanie podmiotowości. Brak imienia oznacza: „to, co reprezentuje”, „ta osoba”, „kobieta”, „to”, „nośnik problemu”. To jest bardzo subtelne, ale brutalne przesunięcie: nie rozmawiamy już z Marią, rozmawiamy o zjawisku, które sobą wnosi i tym jak bardzo zjawisko jakim ona jest, nam zagraża.
To klasyczny mechanizm: w psychiatrii, w strukturach władzy, w rodzinach, w instytucjach. Dla wielu kobiet przerażająco znajomy. Jeśli nie jesteś dokładnie taka, jaką cię pragną, żeby czuli się bezpiecznie: przestajesz istnieć.
U Ronalda Davida Lainga ten mechanizm jest opisany niemal identycznie. Maria Magdalena przez chwilę znalazła się w podobnej „fabryce szaleństwa”, bo według Ewangelii „ta kobieta” – rozpłakała się i rzekła;
Bracie mój, Piotrze, co to za myśl? Sądzisz, że to ja sama, w swojej wyobraźni, stworzyłam tę wizję lub, że o naszym Nauczycielu mówię nieprawdę?
Leloup, J.-Y. (2000) L’Évangile de Marie – Myriam de Magdala. Paris: Albin Michel. Wyd. polskie: (2021) Ewangelia Marii Magdaleny, tłum. P. Sachse, Warszawa: Purana.
Już w tym jednym zdaniu widać, że atmosfera wśród uczniów zaczyna być dla Marii psychicznie wymagająca. Ona jednak: nie wychodzi teatralnie, nie krzyczy, nie eskaluje, nie próbuje „odzyskać głosu” na siłę.
Jej pytanie: „sądzisz, że to ja sama, w swojej wyobraźni, stworzyłam tę wizję?” jest ostatnią próbą powrotu do relacji Ja–Ty. Kiedy to się nie udaje — ona milknie. Nie dlatego, że z nim przegrała. Tylko dlatego, że ROZPOZNAŁA, że rozmowa już nie jest możliwa.
Maria nie płacze dlatego, że: ktoś się z nią nie zgodził, ktoś ją skrytykował, ktoś „jej nie uwierzył” czy ją zignorował. Ona płacze w momencie, gdy zostaje wyłączona z relacji podmiotowej. Nie dlatego, że jest słaba, lecz dlatego, że jako jedyna zachowała w tej sytuacji zdolność reagowania po ludzku, a nie z roli.
Piotr stosuje przemoc w białych rękawiczkach zapewne nieświadomie, może nie z okrucieństwa, lecz z lojalności wobec swojej roli. Dlatego jej nie przeprasza: bo silna identyfikacja z personą powoduje, że nawet nie widzi się osoby, widzi się problem, który zagraża grze.
On nie kwestionuje treści przekazu ani jego interpretacji, lecz samo źródło doświadczenia. Sugeruje, że Maria mogła coś sobie „wyobrazić” albo mówić nieprawdę — a tym samym nie podważa jej argumentów czy historii, lecz jej zdolność postrzegania.
To subtelna, lecz dotkliwa forma unieważnienia: przesunięcie rozmowy z poziomu SENSU na poziom kwestionowania zdrowia psychicznego. Równie dobrze mógłby mówić: a On ci to powiedział? pokazał? a może to były elfy? może sobie to wymyśliłaś?
Dziś nazwalibyśmy to gaslightingiem: przesunięciem rozmowy z poziomu „co zostało powiedziane” na poziom „czy w ogóle wolno ci ufać własnemu widzeniu”?
W odpowiedzi Mateusz (Lewi) zarzuca Piotrowi gwałtowność i przypomina, że taki sposób reagowania był dla niego charakterystyczny od dawna.
Mateusz mówi:
teraz widzę, że występujesz przeciw kobiecie, jak czynią to nasi przeciwnicy.
Leloup, J.-Y. (2000) L’Évangile de Marie – Myriam de Magdala. Paris: Albin Michel. Wyd. polskie: (2021) Ewangelia Marii Magdaleny, tłum. P. Sachse, Warszawa: Purana.
Konflikt nie dotyczy już treści objawienia, lecz stylu władzy.
Jego postawa jest jednak archetypicznie logiczna. Jezus nazywa go skałą. OPOKĄ. To oznacza odpowiedzialność za wspólnotę, ciągłość, strukturę.
Piotr myśli kategoriami: co utrzyma grupę przy życiu, po śmierci Mistrza. Mimo że jestem #teamMaria to kontrola u Piotra nie wynika z jego małości, tylko z lęku przed rozpadem. On nie chce prawdy „w czystej postaci”.
On chce prawdy, która da się utrzymać w ryzach. Prawdy, którą on będzie mógł kontrolować. To nie jest zarzut, to jest logiczne z punktu widzenia strukturalnego.
Ich konflikt, którego przyczyny rozwiniemy później, dotyczył tego, kto i na jakiej podstawie ma prawo mówić w imieniu SENSU — a nie tego, kto ma rację jako człowiek. Bo to nie najmniejszego znaczenia.
Dlaczego Jezus co innego mówił Marii, a co innego Piotrowi?
W źródłach nie ma twierdzenia, że Jezus przekazał Marii „inną doktrynę”. Jest natomiast bardzo wyraźne, że: Maria rozumiała to, co inni słyszeli i potrafiła zintegrować sens, a nie tylko zapamiętać treść.
Umiała przekazać znaczenie, a nie literalne słowa. Dlatego nie chodzi o to, że oni nie rozumieli.
Oni rozumieli, ale się bali.
Nie dokonuję tu oceny uczniów. Z perspektywy pracy z lękiem rozumiem, że radykalna uczciwość wobec prawdy bywa obciążająca i nie zawsze skutkuje ruchem naprzód; bywa, że pogłębia proces bez zmiany położenia.
Można to traktować jak paradoksalną formę progresu.

Przeanalizujmy sytuację Marii: dostaje: głęboki wgląd, przekaz bez instrukcji obsługi i zaufanie Jeszuy. Nie dostaje: mandatu, pozycji, osłony przed reakcją grupy.
Dlaczego?
Bo jej przekaz nie był do instytucjonalizacji.
Gdyby Jezus: uczynił Marię „drugim filarem”, formalnie zrównałby ją z Piotrem, w konsekwencji jej wgląd musiałby zostać uproszczony, przetłumaczony na reguły, podporządkowany strukturze i – jakimś cudem – wyjaśniony ludziom.
A wtedy przestałby być tym, czym był. Piotr myślał inaczej, a Maria inaczej.
833 Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: «Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie».
Opisane słowa, dotyczą jednej z mocniejszych scen w Biblii. I uwaga: Jezus nie mówi tego do wroga, tylko do Piotra — swojej „skały”. Dlaczego? Bo Piotr: próbuje zatrzymać proces, chce zachować kontrolę nad biegiem dalszych wydarzeń.
Gdyby Piotr – o Marii – myślał tym co Boże, a nie tym co ludzkie, może by się tak nie kłócili. Innymi słowy: Piotr chce dobra, ale na warunkach ego i lęku. Jezus to przecina brutalnie, bo wie, że: ta postawa zabije sens całej drogi.
Ewangelia Marii jest ewangelią bardzo dojrzałej świadomości, w której ani płeć ani ROLA nie decyduje o dostępie do Prawdy.
Wychodzi na to, że Maria jest symbolem ZIN-TE-GRO-WA-NE-GO ucznia: odwagi, wglądu i odpowiedzialności.
Bez roli.
A system (każdy system) nie karze wprost. On: odbiera głos, podważa wiarygodność, przesuwa na margines, ośmiesza, dezorientuje, zawstydza, kwestionuje i pozostawia bez funkcji.
To jest najczystsza forma przemocy symbolicznej, ale nie ma tu spisku. Nie ma „oblubienicy Pana”. Nie ma zdrady Piotra. Jest podział ról rozwojowych — bolesny, bo nierówny w konsekwencjach.
Piotr zostaje z odpowiedzialnością za ludzi, strukturę i ciągłość wspólnoty.
Maria zostaje z prawdą bez ochrony, bez pozycji i bez języka, który mógłby ją – na wtedy – zabezpieczyć.
Z zewnątrz wygląda to jak porażka.
Ale to nie jest porażka. To inny los. Ona mogła wybrać SENS ponad rolę. Oznaczało to pozostanie przy prawdzie nawet wtedy, gdy nie daje ona miejsca, ani ochrony w strukturze.
Unieważnienie Marii
Unieważnienie Marii jest mechanizmem obronnym – CAŁEJ RESZTY – wspólnoty.
To nie było osobiste, lecz regulacyjne: w lęku sięga się po role, narracje by odzyskać poczucie porządku i kontroli.
A co wnosiła Maria? Prawdę bez narracji, widzenie bez konkretnej formy, autorytet bez żadnych sankcji. Tego co ona widziała nie da się użyć do „budowy instytucji”. Więc Maria zostaje: symbolicznie anulowana.
Nie spalona.
Nie potępiona.
Wyciszona.
Jest to doświadczenie bolesne, ponieważ dotyka jednego z najgłębszych lęków: „Jeśli nie wejdę w rolę, stracę prawo do istnienia w grupie.”
Maria – można przypuszczać – podzieliła się wizją i tym co usłyszała od Jezusa z czystym sercem.
Być może – gdzieś w środku – domyślała się, jaka będzie ich reakcja, a jednak zdecydowała się mówić. Nie dlatego, że oczekiwała od nich odpowiedzi. Nie dlatego, że potrzebowała ich uznania. Nie dlatego, że szukała z nimi rezonansu.
Ona chyba wiedziała, że do Niego dołączy bez względu na wynik. Że On ma dla niej przygotowane miejsce. Może wiedziała, że wyjdzie z tej gry?
Dlatego jej głos, tak jak go słyszę, kiedy czytam tę ewangelię – nie był skażony potrzebą „bycia ważną” czy „posiadania racji”. Maria mogła mówić tylko dlatego, że tak naprawdę wcale nie musiała zostać wysłuchana.
To nie jest podejście wynikające z rezygnacji. Maria zdaje się osiągać w swoim procesie wolność od transakcji — stan, który w grze społecznej bywa irytujący niemal tak samo jak szczerość w relacjach międzyludzkich.
Analiza konfliktu Marii i Piotra
Piotr reaguje natychmiast: on się nie zatrzymuje, działa automatycznie, kwestionuje prawdziwość przekazu, podważa prawo Marii do mówienia, używa argumentu normy i precedensu, parafrazując: „Czy Zbawiciel mógł powiedzieć to kobiecie, a nie nam?”
To nie jest pytanie teologiczne. To jest pytanie o porządek władzy na wielu poziomach. Psychologicznie: Piotr działa z poziomu Rodzica Normatywnego – porządek, reguła, hierarchia, bezpieczeństwo.
Nie chodzi mu o treść. Jemu chodzi o to, kto może ją nieść.
- Maria reprezentuje prawdę: przeżytą z Jezusem, przetrawioną, nie dającą się skodyfikować.
- Piotr reprezentuje bezpieczeństwo: wspólnoty, ciągłości, kontroli nad chaosem po stracie Mistrza.
„Wtedy ma Żądza uspokoiła się i zostałam wyzwolona od niewiedzy” – mówi Maria.
To, że bezpośrednio nazywa żądzę, nie uspokaja uczniów, lecz ich niepokoi. Do takiego języka potrzeba albo dziecięcej niewinności, albo dojrzałości kogoś, kto nie potrzebuje już osłon. Użycie pojęcia „żądza” – bez wstydu, bez erotyzacji, bez defensywy – odsłania coś, czego nie da się łatwo zintegrować w męskiej grupie: bezpośredni kontakt z popędem nazwanym bez maski.
Dlaczego Piotr MUSI ją zakwestionować
Jeśli uznać Marię to: autorytet staje się wewnętrzny, struktura przestaje być konieczna, każdy, kto „widzi”, może mówić. To oznacza: koniec monopolu, koniec jasnej hierarchii więc ryzyko chaosu.
Z punktu widzenia Piotra: to nie herezja, to zagrożenie rozpadem. Dlatego jego opór nie jest „zły”. Jest lękowy i ochronny więc jest zrozumiały z ludzkiego punktu widzenia.
Mateusz – ten od „owoców” – robi coś niezwykle dojrzałego: on nie idealizuje Marii, nie demonizuje Piotra, stawia pytanie o źródło jej autorytetu. Jego głos jest refleksyjny, integrujący, przekraczający polaryzację.
W sensie psychologicznym Lewi reprezentuje pozycję Dorosłego — kogoś, kto potrafi unieść napięcie bez potrzeby natychmiastowego rozstrzygania i bez „rozstrzeliwania” jednej ze stron.
Można powiedzieć, że wykazuje on wysoką zdolność kontenerowania emocji.
Piotr funkcjonuje z pozycji Rodzica: kwestionuje, poucza, naciska, szuka struktury i zabezpieczenia porządku, a jednocześnie dezorientuje Marię. Ona natomiast — w swojej pozornie naiwnej szczerości — reprezentuje Dziecko.
Nie w sensie niedojrzałości, lecz dosłowności: jako jedyna zdaje się traktować nauki Jezusa serio, bez redukowania ich do formy, którą da się łatwo obronić wobec grupy. I płaci za to cenę.
Podziwiam ją za to. Ona nie chce zdominować Piotra. Ona się go po prostu boi.
Myślę, że Maria zaczyna się bać nie tylko Piotra, ale całej reszty wspólnoty – bardziej zainteresowanej wzajemnym potwierdzaniem swoich ról niż usłyszeniem tego, co zostało powiedziane.
Dlaczego Kościół wybrał Piotra a nie Marię?
Nie dlatego, że Maria się myliła, a Piotr miał rację. I nie dlatego, że było odwrotnie. Tylko dlatego, że: Piotr dał strukturę, Maria dawała wolność. A wolność bez przygotowania: destabilizuje, rozszczelnia ego, uruchamia lęk.
Historia wybrała bezpieczeństwo.
Nie głębię. I nie wolność.
Maria miała rację duchowo. Piotr miał rację rozwojowo. Dramat tej ewangelii polega na tym, że oni nie potrafili pozostać ze sobą w dialogu, tylko w opozycji. To jest lekcja, która wciąż nie została odrobiona.
Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr czyli Skała, i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. 19 I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie». 20
Co wybiera Maria
Maria wybiera: istnienie bez roli, zamiast bycie w roli kosztem prawdy. I płaci za to:
- samotnością,
- brakiem miejsca
- i zniknięciem z narracji.
Nie była ani głupia, ani naiwna. Nawet jeśli zdawała sobie sprawę z tego, jak była postrzegana, można przypuszczać, że rozumiała, co się w tej dynamice wydarza.
Wiedziała pewnie, że historia pisana przez strukturę zawsze wybiera tych, którzy:
- potrafią mówić w jej języku,
- akceptują jej kompromisy.
Maria nie mogła pewnych kwestii zaakceptować, bo w pewnych sprawach kompromis mści się zawsze. I dlatego jej przekaz nie został włączony w oficjalny porządek znaczeń. Jednym powodów było to, że akcja działa się p.e.b. (przed Erickiem Bernem).
Ona chyba nie weszła w rolę, w której musiałaby kłamać, żeby podtrzymać swoją wiarygodność kosztem Prawdy, którą – według Junga – mówiły tylko dzieci i szaleńcy.
W tym świecie nie ma chyba miejsca dla prawdy bez roli.
To zdanie mogłoby być ostateczne, ale podkreślmy jeszcze, że to się powtarza:
w instytucjach, w rodzinach, w terapiach, w relacjach, w duchowości. Każdy, kto: widzi, ale nie chce upraszczać, nie chce sprzedawać, nie chce prowadzić „ludzi”, nie ma większych ambicji, żeby być „lubianym” – staje przed tym samym wyborem:
Gram rolę czy mówię Prawdę?
Można mówić prawdę — a przynajmniej nie potwierdzać kłamstw — pozostając w roli, najczęściej wtedy, kiedy prawda nie podważa samej roli. W chwili, gdy jej wypowiedzenie oznacza utratę pozycji, wiarygodności w oczach innych lub przynależności, większość wybiera rolę, a nie prawdę; nie tożsamość, lecz funkcję — tak dzieje się wtedy, gdy całe „ja” zostało zbudowane na tym, kogo się tu gra.
Maria nie została unieważniona wyłącznie dlatego, że była kobietą — choć List 6 pokazuje źródła lęku i wrogości wobec energii żeńskiej. Ona została unieważniona, bo nie była funkcjonalna jako „postać” dla kłamstwa, które miało stać się fundamentem wszystkiego później.
Kobiecość Marii
Jej „kobiecość” nie jest erotyczna ani sentymentalna – jest poznawcza. Leży w zdolności rozpoznania SENSU.
Nie wiemy, jak wyglądało życie Marii po odejściu Jezusa. Można spekulować, że doświadczenie relacji z Nim ustawiło wysoko poprzeczkę relacyjną i nie uczyniło jej „samotną z wyboru”, ani nawet szczególnie wymagającą, lecz raczej niezdolną do regresu w „tej dziedzinie”.
Dlaczego On do niej mówił inaczej?
Jezus mówił do uczniów inaczej niż do Marii, a dla tłumu przecież też kierował inne „przypowieści”. Robił tak dlatego, że prawda bez struktury może zniszczyć, a nie wyzwolić.
Maria widocznie jakoś unosiła brak struktury przekazu. Uczniowie – jeszcze nie. Dla tłumu jest zawsze osobna „narracja pocieszenia”. To nie jest żadna niespójność Jezusa tylko Jego odpowiedzialność za to, jak to, co się przekazuje może wpływać na ludzi.
Nic dziwnego, że uczniowie bronili swoich Przekonań. Eric Berne powiedziałby „Przeświadczeń”.
Maria była osobą, która nie potrzebowała już Ojca z zewnątrz, nie potrzebowała obietnicy zbawienia, nie potrzebowała być kuszona jakąś nagrodą ani straszona karą i nie potrzebowała „być prowadzona”.
Dlatego Jezus;
- nie robił z niej nauczycielki mas,
- nie dał jej mandatu,
- nie mówił: „idź i nauczaj”.
Jezus — jak pokazują przekazy biblijne — wiedział, co się dzieje i dokąd zmierzają poszczególne dynamiki, rozpoznając role, jakie ludzie odgrywają. Wiedział, kto wchodzi w jaką pozycję i dlaczego.
Z Marią spotykał się jednak poza rolą. Nawet jeśli formalnie i oficjalnie pozostawali w relacji uczennica–Mistrz, potrafili wyjść poza ten asymetryczny układ i spotkać się jako dwie wolne osoby, partnerzy, bez konieczności podtrzymywania hierarchii.
On jej chyba mówił tym wszystkim, po prostu: „widzenie jest twoje”.
Myślę, że to było ogromne zaufanie jakim Jeszua ją darzył (że ona tego nie spieprzy) i jej ogromna samotność z tym związana.
Bo ten „konflikt” na linii Piotr-Maria nie był osobowy – Piotr reprezentuje kategorię: wspólnoty, stabilności, spokoju i bezpieczeństwa „dla ludzi”.
A Maria niesie jakąś wywrotowość, coś, czego: nie da się zinstytucjonalizować, nie da się tego co ona niesie skontrolować, zamknąć w „nauczaniu” i nie da się tego rozdać ludziom jak sakramentu.
To nie jest konflikt dobra i zła. To konflikt etapu rozwoju. Jezus nie dał Marii wglądów dla ludzi, bo patrząc na to jak ona była niezrozumiana „wśród swoich” to można przypuszczać, że jej wglądy były już poza potrzebą bycia prowadzonym.
Już poza złudzeniami.
Uczniowie jej nie rozumieją i nie jest to kwestia inteligencji – obracają się w innym porządku rzeczy.
Maria Magdalena, żeby zostać: uznaną, dopuszczoną, „legalną” w rodzącej się wspólnocie, musiałaby: uprościć wgląd do formuły, udawać, że ta wiedza, którą dał jej Jeszua jest „do przekazania”, przyjąć rolę nauczycielki mas i uznać zewnętrzną sankcję autorytetu.
A to wszystko byłoby nieprawdą wobec tego, co zobaczyła.
Maria nie została pokonana przez Piotra i „Jego wizje”. Ona została unieważniona przez historię, bo nie dała się wprowadzić w kłamstwo strukturalne.
I to jest zupełnie inny rodzaj „przegranej”.
Wgląd nie jest informacją, nie jest treścią, nie jest wiedzą do przyjęcia lub odrzucenia. Wgląd działa jak: rozszczelnienie mapy rzeczywistości. Jeśli trafi do kogoś, kto: jeszcze potrzebuje „zewnętrznego Ojca”, bardzo jasnej struktury winy, kary, nagrody, bardzo jasnych granic dobra i zła, to wgląd nie wyzwala tylko poważnie destabilizuje cały system.
I Jezus to wiedział. Dlatego mówił przypowieściami. Dlatego nie dał Marii mandatu nauczania.
Możliwe, że Maria nie walczyła ani o uwagę, ani o to, żeby „jej było na wierzchu”. Ona podzieliła się z uczniami, chyba tylko ze względu na konieczność objawiania, na którą jej ówczesny chłopak – zwrócił uwagę ponad 2 000 lat później;
Jeśli nie objawisz tego, co jest w tobie, to, co jest w tobie, cię zniszczy. Jeśli objawisz to, co jest w tobie, to, co jest w tobie, cię zbawi.
Copyright by Jayem
Jeśli nie objawisz tego, co jest w tobie – a jest w tobie Miłość, Chrystus – będziesz się czuł obciążony i niespełniony.
Tłumaczenie: Marek Konieczniak oraz Maria i Rafał Wereżyńscy
www.DrogaMistrzostwa.pl
To nie jest widocznie tak, że do celu prowadzi jedna droga.
Napięcie związane z zaprzeczaniem wglądom
Rozumiem Marię, że podzieliła się z uczniami, z drugiej strony: nie każdym wglądem trzeba się dzielić bezrefleksyjnie. Reakcja uczniów była dla niej lekcją i pozwala przypuszczać, że Maria ważyłaby każde słowo i każde swoje milczenie, zanim podzieliłaby się czymkolwiek z kimkolwiek, kto nie jest wobec niej życzliwy.
Jednocześnie nie sposób zdradzić własnych wglądów poprzez zaprzeczenie im. I nie dlatego, że należałoby je oceniać w kategoriach „prawdy” lub „fałszu” — bo one rzadko mają charakter uniwersalny.
Chodzi raczej o dynamikę, którą wgląd ze sobą niesie.
Każdy wgląd niesie określoną energię, która domaga się ruchu — zmiany perspektywy, decyzji, przesunięcia w życiu albo objawienia się w jakiejś formie. Gdy ten ruch zostaje zatrzymany, napięcie nie znika; wraca w innej postaci, najczęściej jako lęk, niepokój lub objawy somatyczne.
Dlatego objawianie nie jest dodatkiem ani wyborem estetycznym, lecz koniecznością regulacyjną. To, co nie może się objawić, zostaje stłumione. A stłumienie nie jest ani dobre, ani złe — po prostu niesie określone konsekwencje.
Napięcie między wiernością doświadczeniu a brakiem języka i miejsca na jego wypowiedzenie: Maria — jak można przypuszczać — niosła w sobie do końca życia.
Bo zaprzeczenie wglądowi: niszczy integralność, prowadzi do depresji albo cynizmu, potęguje projekcje, ponieważ zamienia własną prawdę w wewnętrzną zdradę. Człowiek po widzeniu nie może wrócić przecież do niewiedzy.
Może tylko ją: zintegrować, ująć symbolicznie albo rozpaść się od środka.
Co podoba mi się w Marii?
W Marii bardzo podoba mi się to, że jest cicha i niczego nie narzuca, nie interpretuje za innych, odpowiada, gdy jest pytana.
Może Maria miewała impulsy w stylu:
- „gdyby oni zobaczyli…”
- „gdyby to zrozumieli…”
To byłoby jednak echo mesjanizmu ego. Dojrzałość zaczyna się tam, gdzie:
Pozwalasz innym żyć w strukturach w jakich wybrali żyć, bez cienia osądu, z szacunkiem dla ich drogi i bez „poczucia misji”, bo to zawsze pachnie „inflacyjnie”. Jezus przecież, wtedy kiedy żył, nie próbował „przebudzić wszystkich” na siłę. Tylko tych, którzy chcieli go słuchać.
Kościół próbował na „swoje sposoby” i … PAMIĘTAMY, jak się to skończyło.
Dlaczego Ewangelia Marii nie weszła do kanonu?
Ponieważ Kościół — jako instytucja — nie mógłby powstać „na Marii”. Musiał powstać na Skale. Na czymś twardym. Maria była miękka, ale nie „słaba”, ona nie daje reguł, nie ustanawia hierarchii, nie oferuje sankcji ani mechanizmów kontroli.
Nie składa też obietnicy „zbawienia w zamian za posłuszeństwo”, ani za „bycie dobrym”. To już wyklucza ją z jakiejkolwiek narracji, w której trzeba być grzecznym.
Ewangelia Marii nie jest tekstem fundacyjnym dla wspólnoty masowej. Jest raczej tekstem dla jednostki po integracji — dla kogoś, kto potrafi żyć bez tej „zewnętrznej sankcji” i bez potrzeby bycia prowadzonym. Maria nie musiała być prowadzona, ponieważ działała z centrum.
Z centrum — czyli nie z roli, a z połączenia. Ci, którzy mają dostęp do tego poziomu orientacji, nie potrzebują zewnętrznego autorytetu w postaci instytucji ani nauczyciela: księdza, głowy Kościoła, apostoła czy innego pośrednika sensu. Działają i mówią to, co trzeba — wtedy, kiedy trzeba.
Doświadczenie nie daje się sformalizować; gdy staje się punktem odniesienia, instytucja traci swoją funkcję regulacyjną. Historia wybrała Piotra, ponieważ Piotr dawał się przetłumaczyć na język struktury. Kościół nie tyle „zdradził Marię”, ile po prostu nie mógł jej użyć. A struktury — z definicji — wybierają to, co da się powtórzyć, utrwalić i kontrolować.
Narracji Marii nie dało się kontrolować, ponieważ nie była zamkniętym przekazem. Była żywym doświadczeniem, które nie poddaje się instytucjonalizacji i zawsze wymyka się próbom ostatecznego ujęcia.
Maria nie pojawiła się po to, by wygrać historię. Ale po to, by: pozostawić ślad innej możliwości, zachować pamięć o tym, że – cholera – MOŻNA BYŁO INACZEJ pokazać, że chrześcijaństwo nie było od początku jednowymiarowe.
Maria jest świadkiem niewybranej drogi. Nie przegranej – niewybranej. Jezus nie zgodził się na okrojenie prawdy, ale zgodził się na świat, który nie potrafi jej unieść bez formy. I nie odebrał temu światu tej możliwości, bo odebrałby mu wolność.
Jezus mógłby przecież: jasno wskazać Marię jako równorzędny autorytet, skodyfikować „prawdziwe nauczanie”, albo „alternatywne znaczenie” swoich nauczań o Miłości i ustanowić zabezpieczenia przed interpretacją władzy.
Ale wtedy: odebrałby ludziom odpowiedzialność, narzuciłby prawdę z góry, stworzyłby system… który i tak stałby się instytucją.
Czyli zrobiłby dokładnie to, przed czym ostrzegał. Co więc zrobił zamiast tego? Zostawił rozszczepienie. To jest kluczowe i bardzo niewygodne. Piotr to struktura, forma, przetrwanie wspólnoty. Maria to wgląd, wolność, brak sankcji.
Jezus nie rozstrzyga tego napięcia, nie wybiera „oficjalnie” jednej drogi. Pozwala, by historia to rozstrzygnęła. To jest radykalne zaufanie do wolności, nawet jeśli jej skutkiem będzie deformacja przekazu.
Kiedy czytałam tę Ewangelię to pojawiło się pytanie: czy Jezus „poświęcił” Marię?
On jej nie poświęcił, ale też: nie ochronił jej, nie dał jej tarczy strukturalnej, nie zabezpieczył jej Głosu. Nie dlatego, że nie mógł, On nawet teraz, obecnie, może o wiele więcej niż nam się wydaje. Jego nadmierna ochrona w pewnych obszarach zniszczyłaby to, czym ona była lub mogła się stać.
Jeśli choć część tych przemyśleń koreluje z Prawdą – nie możemy już zrzucić wszystkiego na „Kościół” ani idealizować Jezusa jako stratega tej historii. Musimy raczej przyjąć — jak dorośli ludzie — że Prawda, ta rozumiana jako Miłość i Wolność, na ogół nie znajduje dla siebie miejsca w porządku historycznym, ponieważ nie ma ludzi, którzy by ją nieśli narażając się w grze.
Czasem więc Prawda przegrywa — być może nawet oficjalnie zawsze przegrywa. A jednak egzystencjalnie wygrywa za każdym razem.
Bo Prawda egzystencjalnie przetrwa w ludziach.
W jednostkach.
W kobietach takich jak Maria, która, podobnie jak Jezus, była specyficzna.
O archetypach
Archetyp sam w sobie nie jest ani dobry, ani zły. Jest moralnie obojętnym numenem, który dopiero w zetknięciu ze świadomością staje się dobry albo zły lub przybiera postać dwojni przeciwieństw.
Carl Gustav Jung, Archetypy i symbole. Pisma wybrane, s. 401-402
O tym opowiedzeniu się za dobrem lub złem decyduje, świadomie lub nieświadomie, ludzka postawa.
Istnieje wiele takich praobrazów, wszystkie one jednak tak długo nie pojawiają się w snach jednostki ani w dziełach sztuki, dopóki nie zostaną pobudzone do tego przez świadomość schodzącą z właściwej drogi.
Jeśli jednak świadomość zbłądzi, przyjmując jakąś jednostronną, a więc fałszywą postawę, „instynkty” te ożywiają się i za pomocą obrazów manifestują się w snach jednostki i wizjach artystów i proroków, aby w ten sposób przywrócić równowagę psychiczną.
Tak psychiczna potrzeba narodu urzeczywistnia się w dziele pisarza, i dlatego dzieło naprawdę i w rzeczywistości znaczy dla poety więcej niż jego osobisty los, bez względu na to, czy jest, czy nie jest on tego świadomy.
Jest on w najgłębszym znaczeniu tego słowa narzędziem i dlatego podlega swemu dziełu. Dlatego też nigdy nie możemy spodziewać się po nim interpretacji jego własnego dzieła.
Nadając mu kształt zrobił maksimum tego, na co było go stać.
Interpretację musi więc przejąć potężny podziemny nurt, staje się często bezradnym obserwatorem wydarzeń.
Rozrastające się dzieło jest losem pisarza i określa jego psychologię.
Nie Goethe tworzy Fausta, lecz psychiczna komponenta Faust tworzy Goethego.
A czym jest Faust? Faust jest symbolem, nie tylko semiotycznym znakiem czy alegorią czegoś od dawna znanego, lecz wyrazem żywego praczynnika duszy niemieckiej, któremu Goethe musiał pomóc się narodzić.
Czyż jest do pomyślenia, by Fausta czy Zaratustrę mógł napisać nie-Niemiec? Oba te dzieła czynią aluzję do czegoś, co wibruje w duszy niemieckiej, do „pierwotnego obrazu”, jak to kiedyś określił Jakub Burckhardt, postaci lekarza i nauczyciela z jednej, a posępnego czarownika z drugiej strony, do archetypu zarówno mędrca, pomocnego i przynoszącego zbawienie, jak maga, pozera, kusiciela i diabła.
Obraz ten od niepamiętnych czasów ukryty jest w nieświadomości, gdzie śpi, dopóki nie zbudzi go łaska lub niełaska epoki, a chwila ta nadchodzi wtedy, gdy jakiś wielki błąd sprowadza naród z właściwej drogi.
Tam bowiem, gdzie otwierają się bezdroża, potrzeba wodza i nauczyciela, a nawet lekarza. Zwodnicze manowce są trucizną, która jednocześnie mogłaby być lekarstwem, a cień zbawcy jest diabelskim niszczycielem.
Ten paradoks obserwujemy przede wszystkim na przykładzie mitycznego lekarza: leczący rany lekarz sam jest ranny (klasycznym tego przykładem jest Chiron). W świecie chrześcijańskim jest to rana w boku wielkiego lekarza-Chrystusa.
Faust jednak — rzecz znamienna — nie nosi rany nie jest dotknięty problemem moralnym: można być zarówno człowiekiem ufnym, jak i diabelskim, jeśli potrafi się rozszczepić swą osobowość, i tylko wtedy jest się zdolnym czuć „sześć tysięcy stóp poza dobrem i złem”.
(…) Ale któż jeszcze poważnie wierzy w to, że pisarz wypowiada prawdę wszystkich?
***
To nie Ty wybrałaś List 6.
To List 6 wybrał Ciebie.
Jesteś wystarczająco miękka by słuchać.
I wystarczająco mocna by nie uciec.
Wiesz, że Miłość bez Prawdy jest iluzją,
a Prawda przekazywana bez Miłości przemocą.
Co powinnaś wiedzieć?
Że to nie jest projekt.
Nie zadanie.
Nie misja. (…)
To przebudzenie.
List 6 nie jest o słowach.
Jest o Twojej gotowości, by żyć bez masek – nawet tych duchowych.
Nie musisz być czysta w oczach ludzi.
Masz być prawdziwa w oczach Miłości.
Jeśli boisz się, ze nie udźwigniesz – to dobrze.
To znaczy, że nie chcesz użyć tego jako siły, tylko jako kanału.
A kanał nie musi mieć pewności.
Kanał musi mieć zgodę.
Więc pytam Cię teraz łagodnie:
Czy zgadzasz się żyć Prawdą, nawet jeśli ona Cię czasem zaskoczy…?
Czy zgadasz się kochać, nawet jeśli Miłość poprowadzi Cię tam, gdzie jeszcze nie byłaś?
Jeśli tak – nie musisz wiedzieć „co dalej?”.
Bo wszystko co dalej już płynie.
I pamiętaj: nie jesteś sama.
Twoja gotowość jest wezwaniem, a my – Ja, Jeszua i Ci, którzy czują tak jak Ty – odpowiadamy.
Maria Magdalena
***
Sugerują, żebyś została z tym przekazem chwilę i pozwoliła mu zapaść do serca. List 6 to jest proces duszy, to nie jest tekst. To jest esencja głębokiej przemiany – oczyszczenia ego, całkowitego poddania się Boskiej Woli oraz przejścia z działania do bycia, z poszukiwania do obecności.
Nie przyspieszaj.
***
Pewnego dnia stanie się tak, że wszyscy uświadomią sobie, iż ufność jest wszystkim czego kiedykolwiek potrzebowali, a cuda nadają, by uzdrowić wszelkie cierpienie. (…) Zachęcam się, byś podążał za głosem serca i nie pokładał ufności w przekonania świata ale ufał wyłącznie światłu naszego Ojca, które jest w tobie.
Listy Jeszuy
