|||

O odejściu od winy i osądu na rzecz pytania o sens doświadczenia #Spielrein&Jung

Dlaczego Jeszua tak konsekwentnie podważa ideę winy i osądu? Dlaczego twierdzi, idąc logiką Kursu Cudów, że świat wierzy w winę, a nie wierzy w przebaczenie, podczas gdy Syn Boży pozostaje niewinny niezależnie od wszystkiego, co wydaje się wydarzać?

Nie potrafię tego wyjaśnić. Mogę jedynie podzielić się własnymi rozmyślaniami. Punktem wyjścia będzie dla mnie historia Sabiny Spielrein i Carla Gustava Junga. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się jasne, bo doszło do relacji, do której w ramach kontaktu pomocowego nie powinno dojść.

Jung był lekarzem, Spielrein jego pacjentką, a więc istniała między nimi asymetria ról, zależność i szczególna odpowiedzialność po jego stronie.

Z tej perspektywy możemy mówić o przekroczeniu granic i nadużyciu. A jednak samo przypisanie Jungowi winy nie wyczerpuje tematu. Spielrein znajdowała się w roli pacjentki, a więc osoby uznanej za tę, która wymaga leczenia.

Jung, przynajmniej w ramach tej relacji, miał reprezentować stronę „zdrową”, stabilną i zdolną pomóc jej odzyskać równowagę w procesie analitycznym. To właśnie czyni tę historię tak niewygodną: ten, kto miał być przewodnikiem po cudzej nieświadomości, sam został wciągnięty w proces, nad którym nie zdołał zachować pełnej kontroli.

Osąd zamyka więc historię dokładnie w tym miejscu, w którym dla mnie zaczynają się najważniejsze pytania: co właściwie wydarzyło się między nimi, co każde z nich uruchomiło w drugim i dlaczego doświadczenie silniejsze od rozsądku, norm oraz reputacji stało się finalnie częścią życia obojga?

#spirala

Tytuł wpisu jest „O odejściu od winy i osądu na rzecz pytania o sens doświadczenia”. Nie chodzi mi więc o to, by od razu przejść od winy i osądu do bezpośredniego doświadczenia sensu.

Chodzi raczej o samo postawienie pytania, czy dane doświadczenie może mieć sens szerszy niż ten, który dostrzegamy na początku.

Ci z was, którzy studiowali moją niewielką pracę zwaną Kursem Cudów, będziecie pamiętali następujące zdanie: jedyna lekcja, jakiej musisz się nauczyć, to to, że nie ma nic na zewnątrz ciebie. To wszystko. Naucz się tego i gra się skończy.

Jeszua, Łaska Przebudzenia. Przebudzenie.

Muszę w tym miejscu wyraźnie zaznaczyć, że świadomie zawieszam perspektywę terapeutyczną. Terapeutyczna użyteczność tego wpisu jest żadna.

Ale coś może nie mieć sensu terapeutycznego, ani ogólnie nie mieć większego sensu, a mimo to posiadać określone znaczenie w o wiele szerszym porządku interpretacyjnym, zwłaszcza kiedy wyjdziemy poza koło Ego.

Z perspektywy duchowej ludzie mogą uczestniczyć w procesach, których znaczenie odsłania się dopiero po czasie – niekiedy wiele lat później. Dlatego mniej interesują mnie same „światłe myśli” danego autora, choćby były tak przenikliwe jak u Junga. Znacznie bardziej interesuje mnie to, jak do nich dochodził i jaką drogę musiał przejść, by móc je sformułować i wypowiedzieć.

Nie jest przecież tak, że jedni ludzie po prostu się mylą, a inni mają rację.

Każdy z nas przychodzi tu z niepowtarzalnym doświadczeniem, przechodzi przez określone sytuacje i patrzy na rzeczywistość przez pryzmat własnej historii, relacji, wrażliwości oraz pragnień – zarówno tych, które dopuszcza do świadomości, jak i tych, które pozostają wyparte.

W tym sensie człowiek nie może całkowicie „mylić się” co do tego, jak widzi świat, ponieważ jego postrzeganie wyrasta z realnego doświadczenia i jest filtrowane przez właściwą mu percepcję.

Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie sądy są równie trafne w odniesieniu do faktów, lecz że każde spojrzenie ma swoją wewnętrzną logikę i swoje źródło. Nie zawsze chodzi więc o to, że jedna osoba ma rację, a druga jej nie ma.

Czasem może się okazać, że do odegrania określonej roli musieliśmy długo szukać kogoś, kto zechce ją przyjąć – a być może wręcz prosić, by zgodził się wejść w nią dla nas.

Dialog Sabiny i Junga przed inkarnacją, wyobrażam sobie to tak:

– Ty będziesz Jungiem.

– Dobrze.

– Będziesz lekarzem.

– Brzmi poważnie.

– I moim psychiatrą.

– Chwileczkę.

– A potem będziesz musiał przekroczyć granice, których jako lekarz przekraczać nie powinieneś.

– Nie ma mowy.

– Dzięki temu oboje uruchomimy w sobie coś, czego żadne z nas nie zdołałoby odkryć w bezpieczniejszych warunkach.

– Nadal nie ma mowy.

– Stracisz spokój, narazisz reputację, a ludzie będą o tobie dyskutować jeszcze sto lat później.

– Sabina…

– Wiem. Dlatego pytam właśnie ciebie.

Ona wtedy nie była Sabiną, ale może to jest … zrozumiałe.

Jeśli przyjąć, że sami wybieramy swoje doświadczenia, to nawet najbardziej nierozumne, nieświadome i z pozoru fatalne decyzje mogą ostatecznie prowadzić nas ku przebudzeniu, albo w ogóle mogą pozwalać nam prowadzić SENSowne życie.

Być może właśnie dlatego Mistrzowie tak często podkreślają, że nie ma błędu – ani w naszym doświadczeniu, ani w samym akcie tworzenia.

Spokojnie.

Pomyślmy jeszcze na chwilę o Jungu. Oni się musieli umówić, bo człowiek o jego inteligencji i niezwykłej przepustowości doświadczenia psychicznego musiał przecież zdawać sobie sprawę z ryzyka, jakie wiązało się z romansem z pacjentką: kompromitacji, utraty reputacji, konsekwencji zawodowych i późniejszej oceny środowiska.

Relacje intymne nawiązywane w pracy niemal zawsze budzą kontrowersje, a w relacji pomocowej – z powodu nierówności ról, zależności i odpowiedzialności – stają się szczególnie problematyczne.

Gdyby chodziło wyłącznie o zaspokojenie potrzeby seksualnej, miał do wyboru rozwiązania znacznie bezpieczniejsze – od pozostania w relacji intymnej z żoną, przez skorzystanie z usług prostytutki, aż po romans z kobietą, wobec której po prostu nie występowałby w roli lekarza.

Dziwi to, że z jednej strony uznajemy, że w każdym człowieku istnieje coś, co „dawni myśliciele” nazywali demonem: siła, kompleks, popęd albo wewnętrzny przymus, który w pewnych momentach przejmuje inicjatywę i nadaje doświadczeniu ostateczny kierunek.

My, niewybitni czytelnicy wybitnych autorów, potrafimy powtarzać, że człowiek nie jest całkowicie przejrzysty dla samego siebie, że działa przez niego cień, że projekcja zniekształca obraz rzeczywistości, a nieświadomość potrafi silniej organizować życie niż deklarowane wartości.

A jednak, kiedy przychodzi do oceny konkretnego człowieka, natychmiast wracamy do winy i osądu, jakby cała ta wiedza przestawała obowiązywać.

Nie wiem, czy Jung był winny w takim sensie, w jakim chcielibyśmy tę winę ustalić i zamknąć. Być może przekroczył granice, za które ponosił odpowiedzialność. Być może jednocześnie Sabina uruchomiła w nim coś, czego nie dało się już bezkarnie odesłać do nieświadomości.

Nie wiem, co stałoby się z nim, gdyby całkowicie zaprzeczył życiu, które w nim obudziła. Być może zapłaciłby za to jeszcze głębszą nerwicą, niż tą którą już miał, psychicznym rozpadem albo koniecznością farmakologicznego tłumienia tego, czego nie wolno mu było mu z nią przeżyć.

I być może właśnie w tym kierunku zmierza nasz świat czyli coraz doskonalszemu regulowaniu człowieka tak, aby mógł żyć zgodnie z normami ustanowionymi przez państwo, rodzinę i kulturę, nawet jeśli ceną za tę zgodność będzie odcięcie od własnej energii, konfliktu, pragnienia i prawdy.

Z czysto racjonalnego punktu widzenia niemal każda z podanych wyżej możliwości poradzenia sobie z napięciem wydawała się mniej ryzykowna niż zaangażowanie seksualne w relację z pacjentką psychiatryczną.

Przynajmniej mniej ryzykowna dla jej lekarza psychiatry. ;p

Nawet kiedy to piszę, brzmi absurdalnie. Z drugiej jednak strony, jestem w stanie ich oboje zrozumieć i myślę, że większość z nas jest w stanie ich zrozumieć.

Spotkanie kochanka z ukochaną jest spotkaniem serca z sercem, podobnie jak spotkanie rzeźbiarza z modelem, dłuta z kamieniem. To spotkanie obrazów, wzajemna wymiana imaginacji.

Kiedy się zakochujemy, zaczynamy imaginować w sposób namiętnie romantyczny, żarliwy, dziki, szalony, zazdrosny, z pożądliwą, zaborczą, paranoiczną intensywnością.


James Hillman, Kod duszy

***

Przytoczę pewną historię, której aż do Wigilii 2025/2026 nie uważałam za szczególnie istotną. Nie pamiętam dokładnych faktów, dlatego opiszę raczej ogólny sens.

Do pewnego przewodnika duchowego przyszli członkowie rodziny, którzy skarżyli się na jednego ze swoich bliskich – być może ojca albo dziadka. Uważali, że ta konkretna osoba, uprzykrza wszystkim życie i jest absolutnie najgorsza.

Nie pamiętam, czy pytali, jak go uratować, zmienić czy powstrzymać, ale fakty świadczyły przeciw niemu. Przewodnik odpowiedział jednak, że człowiek ten jest najczystszą duszą spośród nich, ponieważ zgodził się odegrać najtrudniejszą rolę, po to, żebym im wszystkim pomóc sobie coś sobie uświadomić (na temat ich samych).

Jeśli jednak sens powyższej historii jest choć trochę czytelny, możemy uznać, że niektórzy sami muszą przyjąć bardzo trudne wcielenie oraz takie uwarunkowania, które umożliwią im określone programowanie, a tym samym zestaw zachowań.

W przekazach Drogi Mistrzostwa Jeszua zachęca, by patrzeć na każdy moment swojego życia jak na scenę filmu. Domyślam się, że chodzi mu jednak o to, żeby wiedzieć co się robi, a nie odgrywać to bezwiednie. Stąd w przekazie Niebo na Ziemi jest zalecenie, aby po prostu każdego dnia poświęcić chwilę aby otwierać i zaciskać dłoń.

Żeby przedstawienie było wiarygodne, nie może być „udawane”. Oskara nie dostaje się za role przeciętne. Tylko za Top Acting.

I chcę powiedzieć, że nie wszystko, co robi postać, wyczerpuje prawdę o tym, kim jest ten, kto ją odgrywa.

Podobne wpisy