O duchowości, która nie oddaje odpowiedzialności. I o zaufaniu.

Zaufanie do intuicji

Zaufanie do własnych intuicyjnych spostrzeżeń lub wglądów nie polega na tym, że muszą one być absolutnie prawdziwe, obiektywne czy uniwersalne. Szczerze? 

Nie muszą być nawet trafne. Mogą być przecież źle zinterpretowane. Mogą być zaszczepione lub zafałszowane – na co też wskazują treści Drogi Mistrzostwa.

Mogą być wynikiem fantazji umysłu, a życie w świecie fantazji, a nie faktów – jest efektem złożonej traumy.

Wartość zaufania do siebie polega na świadomości, że jeśli każdy z nas pozostaje ze sobą w nieprzerwanym kontakcie – przez całe życie – to budowanie na tym fundamencie jest jedyną realną drogą.

Bo nawet jeśli intuicja bywa omylna, jej konsekwentne słuchanie prowadzi w dłuższej perspektywie do korekty, integracji doświadczeń, poznania siebie i spójności wewnętrznej. 

Zaufanie do psychologii? Do duchowości? Do Jezusa?

Pytanie nie dotyczy tego, komu ufać, lecz czyje decyzje się realizuje.

Nie stawiam duchowości przeciwko psychologii. Staram się raczej pokazać – na własnym przykładzie – że duchowość pozbawiona prawdziwej autonomii i mocnych granic osobistych oraz poczucia odpowiedzialności za siebie i swoje życie regresuje.

A pozbawiona psychologicznych ram rozmywa.

Oddanie funkcji decyzyjnej komuś „z zewnątrz” – nawet najbardziej kompetentnemu i skutecznie wypromowanemu, czy to przez media, czy przez historię – oznacza rezygnację z własnej autonomii, mocy i odpowiedzialności.

Teorie analityczne nie pełnią na tym blogu roli autorytetu-maczugi.

Są próbą zrozumienia kryzysów w życiu człowieka oraz charakterystycznych linii rozwojowych: od zależności libidalnej do polegania na sobie, od koncentracji na ego do zabawy z rówieśnikami, od zabawy do pracy*

*linie rozwojowe – schemat pojęciowy opracowany przez Annę Freud i personel Hampstead Clinic.

Dojrzała zintegrowana duchowość

Dojrzała i zintegrowana duchowość nie domaga się nieustannej interpretacji znaków, nie potrzebuje kontroli kosmicznego porządku i nie próbuje rozwiązywać egzystencji na poziomie narracji absolutnej.

Ego z niezintegrowaną traumą nie rozwija się, lecz odtwarza relację symbiotyczną – tylko przeniesioną na język transcendencji.

Nie tyle „ucieka w duchowość”, czy fantazję, choć to jest charakterystyczne, co narracyjnie lokuje symbiozę w obszarze absolutnego sensu, niezależnie od tego, czy nazywa go Bogiem, Źródłem, Wyższym Ja czy inną figurą transcendencji.

Nie kwestionuję tych pojęć ani doświadczeń – własnych czy cudzych. Niektóre z nich są niesamowite i niezaprzeczalne. Opisuję jedynie mechanizm regulowania i redukowania lęku poprzez nadawanie mu znaczenia (czyli narracji) zamiast przechodzenia przez doświadczenie i działanie, nawet jeśli to boli.

W tym układzie ego oddaje sprawczość, zachowując w zamian poczucie sensu i swojej wyjątkowości z bezpieczeństwem egzystencjalnym w pakiecie.

Bezpiecznie jest w klatce. Na wolności, bywa, że nie jest bezpiecznie.

Zmierzam do tego, że niedokończony proces separacji–indywiduacji, może być po prostu ubierany w język duchowy. Szczególnie w świecie symboli i archetypów trzeba być czujnym. Symbol nie jest informacją, nie jest faktem, jest doświadczeniem, ono coś mówi o psychice podmiotu, a nie o rzeczywistości jako takiej.

W konsekwencji pomieszania poziomów doświadczenia i doznań – praktyka duchowa staje się nieświadomą próbą odnalezienia figury rodzica – kogoś, kto „wie lepiej”, kto przejmie odpowiedzialność, kto zdejmie z jednostki ciężar decyzji i konsekwencji.

Samoobserwacja staje się wtedy tylko narzędziem podtrzymywania własnego oporu.

Są w życiu momenty – i wiele tradycji o tym mówi, w tym przekazy Drogi Mistrzostwa – w których człowiek doświadcza poczucia bycia prowadzonym, niesionym, jakby coś go podtrzymywało – ponad jego zwykłymi możliwościami. I to doświadczenie nie jest iluzją.

Te momenty się zdarzają, ale nie trwają cały czas.

Nie mogą trwać nieprzerwanie, bo gdyby coś przenosiło nas od punktu A prosto do punktu Z, odebrałoby nam wolność, odpowiedzialność i realne uczestnictwo we własnej drodze. To, co nas „unosi”, może pomóc ruszyć, zobaczyć kierunek albo przetrwać bardzo trudny etap – ale resztę drogi każdy musi przejść sam, krok po kroku. Bez skrótów.

I czasami o tym zapominamy, kiedy liczymy na cud.

W tym sensie duchowość bywa przedłużeniem dziecięcej potrzeby oparcia. To jest ten moment, kiedy Jezus i wiara może doprowadzić do infantylizmu psychicznego, a nie budowania dojrzałego „ja”. 

Mechanizm ten może przyjmować różne formy. Jedni czynią odpowiedzialnymi za swoje życie terapeutów, inni przewodników duchowych, jeszcze inni Jezusa, inni Boga jako abstrakcyjną instancję wszechwiedzy.

Projekcja zostaje przeniesiona „w górę” lub „na zewnątrz”, lub na coś „oddzielonego wewnątrz mnie”, a wraz z tym przeniesieniem oddana zostaje odpowiedzialność za własne decyzje, emocje, działania wiarę w iluzje, a te zawsze ograniczają kontakt z rzeczywistością.

Nie jest to kwestia braku wiary w wymiar transcendencji czy Bożej pomocy. Myślę, że akurat tej Bożej i Mistrzowskiej pomocy jest wystarczająco dużo. 

Czasem tej pomocy jest aż nadto.

Problem pojawia się wtedy, gdy wiara zastępuje sprawczość, a zaufanie do Boga staje się formą rezygnacji z własnej inicjatywy i dezercji z Życia. 

Nie można chcieć tego, od czego się ucieka.

Nie brak wiedzy czy oświecenia okazuje się problemem, lecz brak ucieleśnionej decyzji. Oddawanie swojego Życia w ręce, choćby najświętsze, jest rezygnacją z własnej drogi. Czy Jezus zajmuje się „rzeczami”? Tak. Ale nie zawsze zajmuje się tak, jakbyśmy sobie tego po ludzku życzyli.

Znaki, wydarzenia, symbole 

Można wierzyć w znaki i interpretować wydarzenia religijnie, symbolicznie lub psychologicznie. Można stawiać tarota, analizować stany wewnętrzne i skupiać się na tym, co czujemy, zamiast na tym, co faktycznie się dzieje.

To często przynosi ulgę. Pytanie jednak nie dotyczy interpretacji ani nawet potrzeby ulgi, lecz tego, czy to, co robimy, prowadzi do ucieleśnionego działania w realnym świecie.
I czy – w świecie ról, funkcji i struktur – nadal mamy poczucie, że coś, choć w części, nadal od nas realnie zależy.

Duchowość zintegrowana nie polega na dalszym dzieleniu psychiki na byty, głosy czy podosobowości, które często wzajemnie się znoszą. Polega na takim rozwoju ego – oraz utrzymaniu jego stabilności i balansu – aby treści niesione przez archetypy mogły zostać przyswojone do tego stopnia, że można powiedzieć: „to jest również moja opinia, decyzja lub chęć”.

Zazwyczaj nie jest to proces spektakularny.
Bywa raczej tak, że to, co realne, rzadko jest szczególnie efektowne.

Dojrzałość polega na zdolności do wzięcia na siebie ciężaru decyzji – nawet wtedy, gdy głos drży, a ciało reaguje napięciem. To integruje. W wielu porządkach symbolicznych była to funkcja nazywana „męską”. To zdolność do działania samodzielnego mimo silnego lęku.

Odwaga.

W języku gnostyckim „stanie się mężczyzną” oznaczało to samo, co dziś pewnie nazwalibyśmy zdolnością do wzięcia odpowiedzialności za własne życie.

Piotr w Ewangelii Tomasza mówi, że Maria powinna odejść, a Jezus odpowiada, że „uczyni ją mężczyzną”.

W języku gnostyckim „mężczyzna” oznacza:

  • pełnię,
  • podmiotowość,
  • zdolność do poznania (gnosis),
  • wyjście z pozycji zależnej i biernej.

„Kobieta” symbolizuje natomiast to, co jest:

  • niepełne,
  • receptywne,
  • jeszcze „nieuformowane” duchowo

Problem polega na tym, jak sądzę, że aby Maria mogła być uznana za równą w poznaniu, musi zostać „uczyniona mężczyzną”. Tak, aby Pinokio mógł stać się Prawdziwym Chłopcem.

Problem wczesnego chrześcijaństwa

To pokazuje głębokie napięcie wczesnego chrześcijaństwa, z jednej strony mamy realną obecność Marii Magdaleny jako autorytetu, z drugiej – absolutną niemożność pomieszczenia kobiecej podmiotowości bez przepisania jej na męski model.

Dlatego to zdanie jest dziś czytane krytycznie, czyli nie jako duchowe wyzwolenie, lecz bardziej jako zrozumienie lub symbol strukturalnej niemożności uznania kobiety jako pełnego podmiotu „takiej, jaką ona jest”.

To bardzo mocno koresponduje z tym, co zostało zauważone w tekście o Marii Magdalenie i jej wolności od transakcji. Mianowicie, że systemy – religijne, psychiczne, relacyjne – często nie potrafią znieść realnej inności i próbują ją albo zniszczyć, albo przerobić, zamiast się z nią spotkać.

Autonomia oznacza przyjęcie faktu, że jest tak jak jest, a droga duchowa nie zawsze jest jasna, spokojna ani emocjonalnie bezpieczna. Ceną za wolność nie jest automatyczna utrata więzi.

Z mojego doświadczenia ceną za wolność jest utrata więzi symbiotycznych. A to nie to samo, co utrata więzi w ogóle, Można to nazwać boską interwencją.

Sprawy nieba i piekła

Jako dzieci, a czasem nawet jako ludzie dorośli, którzy mają dostęp do swojego wewnętrznego Dziecka, często wierzymy, że świat jest domknięty moralnie, że zło spotyka kara, że dobro wygrywa, że ludzie uczciwi dostają nagrodę, że istnieje jasna linia sprawiedliwości i prosty podział.

Dorastanie rozczarowuje, bo polega m.in. na bolesnym odkryciu, że tak nie jest – i że wiele rzeczy pozostaje – jak pokazuje historia – nierozliczonych, niesprawiedliwych, otwartych.

W pracy wewnętrznej i w procesach duchowych łatwo wpaść wtedy w inflację, jej konsekwencją jest próba „naprawiania” świata na poziomie metafizycznym i rozliczania ludzi w imię wyższych prawd czy sensów.

To często odrywa od tego, co realne.

Dlatego czasem najdojrzalszym ruchem jest uznać, że sprawy nieba warto zostawić niebu, sprawy piekła – piekłu, a na ziemi działać w granicach ludzkich możliwości, odpowiedzialności i realnych wyborów.

Nie jest to rezygnacja z głębszego sensu, lecz zakorzenienie – bywa to bolesne, bo odbywa się bez ulubionych iluzji, fantazji i złudzeń. Bo prawda nie objawia się w deklaracjach ani w narracjach o sobie, i też nie w intencjach – lecz w tym, co ludzie faktycznie mówią i robią – i w tym, jak te słowa przekładają się na działanie.

Słowo zawsze, ostatecznie, staje się ciałem.

Jak się dogadać bez toksycznej dynamiki?

Dogadać się – zawsze trzeba ze sobą. Nie z każdym można się dogadać i nie z każdą częścią od razu. Indywiduacja się nie kończy. Jednak, nawet w bardzo trudnej sytuacji – rozwodu, zdrady, bólu – porozumienie wewnętrzne jest możliwe.

Największym problemem w konfliktach nie są fakty, lecz to, z jakiego miejsca psychicznego wchodzimy w widzenie ich lub w rozmowę.

Najpierw trzeba poczuć, nie „widzieć” i nie rozmawiać, bo dopóki:

  • nie poczujesz bólu,
  • nie uznasz straty,
  • nie „pogrzebiesz” swoich wyobrażeń i fantazji o tym, jaki jakiś związek, relacja czy życie miało wyglądać w indywidualnej bańce,

dopóty będziesz patrzeć na życie z pozycji żalu, pretensji, oskarżenia albo obrony.

To są ludzkie, normalne uczucia, tylko problem jest taki, że nie chcemy ich czuć. Ale to nigdy nie prowadzi do żadnych rozwiązań.

Z tego miejsca nie da się dojść do porozumienia – da się tylko wygrać albo przegrać – albo pogrążyć w świecie fantazji.

Dlatego pierwszy krok nigdy nie jest komunikacyjny.

Pierwszy krok jest wewnętrzny: pozwolić sobie w pełni poczuć to, co jest – bez oceniania siebie za te uczucia.

Podobne wpisy