„Nasza klasa. Historia w XIV lekcjach”

Tadeusz Słobodzianek jest autorem książki „Nasza klasa. Historia w XIV lekcjach”.

To dramat inspirowany wydarzeniami związanymi z pogromem Żydów w Jedwabnem w 1941 roku.

Opowiada losy grupy polskich i żydowskich kolegów z jednej klasy.

Nie jest reportażem ani rekonstrukcją historyczną, lecz literacką próbą zmierzenia się z pamięcią, winą, może z odpowiedzialnością. Może też z pytaniem: jak właściwie mogło do tego dojść?

Za ten utwór Tadeusz Słobodzianek otrzymał Nagrodę Literacką Nike w 2010 roku. W tym samym roku omawialiśmy książkę na studiach czytając jej fragmenty. Zostałam wybrana do czytania, ale nie byłam w stanie płynnie czytać. Musiałam wyjść.

Zaskoczyła mnie własna reakcja.

To jest bardzo delikatny temat, bo łączy moje osobiste doświadczenie duchowe z jednym z najbardziej bolesnych wydarzeń w historii Polski. I chcę bardzo wyraźnie oddzielić to, czego doświadczyłam (czyli moją interpretację wglądu) od twierdzenia o tym, że „naprawdę tak było”.

Bo nie wiem jak było. Ani czy „to byłam ja”.

Jednak zdanie Junga o tym, że spotykamy się w tysiącach przebrań na ścieżkach życia jest prawdziwe, to prawdopodobnie, możliwe, niewykluczone, że w 1941 roku koledzy i koleżanki z klasy byli wtedy w stodole, a ja poza nią.

A ponad osiemdziesiąt lat później, byliśmy już na jednym warsztacie duchowym.

Jeśli będziesz pisać tego bloga, przysięgam, wywlekę cię za włosy przed ludzi i skompromituję.

**

Jeśli nie objawisz tego, co jest w tobie, to, co jest w tobie, cię zniszczy. Jeśli objawisz to, co jest w tobie, to, co jest w tobie, cię zbawi. 

Droga Przemiany, Lekcja 5
Copyright by Jayem
Tłumaczenie: Marek Konieczniak oraz Maria i Rafał Wereżyńscy
www.DrogaMistrzostwa.pl

Montując poniższy materiał – w środku intensywnego procesu i mając małe dziecko – przyświecała mi jedna myśl: jeśli skończy się to rozpadem i leczeniem psychiatrycznym, ludzie powiedzą, że zwariowałam.

Ale może powiedzą też, że próbowałam przy okazji przekazać coś ważnego. Że zanim całkiem straciłam wiarygodność, próbowałam jakkolwiek opisać to, czego doświadczałam, i zostawić po sobie coś, co być może komuś innemu też pomoże lepiej zrozumieć własny proces i wytłumaczyć czym jest Plan Pojednania. I zostawić namiary na osoby, które mogą pomóc wcześniej niż wtedy, kiedy jest już bardzo źle.


Nie uważam, że ludzie muszą cierpieć bardziej, niż jest to konieczne. Znacznie bardziej interesuje mnie inne pytanie: co możemy zrobić, żeby pomóc ludziom łagodniej przechodzić przez głębokie procesy przemiany, nie zatrzymując przy tym samej transformacji?

Jak zmniejszyć intensywność cierpienia, nie odbierając człowiekowi możliwości wzrostu? Jak stworzyć takie warunki, aby proces nie zamieniał się w niepotrzebną traumę, ale jednocześnie nie był tłumiony ani zatrzymywany farmakologicznie? To wydaje mi się jednym z najważniejszych pytań dla psychologii, psychiatrii, duchowości i wszystkich osób towarzyszących ludziom w kryzysach.

Nie każdy proces przebudzenia czy głębokiej przemiany wygląda tak samo. W niektórych duchowych ujęciach mówi się o różnych poziomach napięcia, z jakimi człowiek wchodzi w proces.

Nie każdy zaczyna od najwyższej intensywności.

Nie każdy niesie też taki sam ciężar doświadczeń, wzorców czy tego, co w języku duchowym można nazwać „karmą Hioba”. To ważne, bo mój proces nie powinien być traktowany jako miara dla wszystkich.

U wielu osób przemiana może od początku przebiegać znacznie łagodniej. Może nie wiązać się z tak silnym rozbiciem dotychczasowej tożsamości, tak dużym cierpieniem psychicznym ani tak gwałtowną utratą poczucia bezpieczeństwa.

Chodzi o to, żeby człowiek nie musiał spadać z piętnastu metrów, skoro można pomóc mu zejść po schodach.

Jeżeli rozumiemy, co się dzieje, potrafimy rozpoznawać kolejne etapy, mamy bezpieczne relacje i nie jesteśmy zmuszani do natychmiastowego przekraczania własnych granic, proces może pozostać głęboki, a jednocześnie stać się mniej gwałtowny. Głębia nie musi być mierzona ilością cierpienia. A łagodniejszy proces nie musi oznaczać płytszej transformacji.

***

Większość autorów przedstawia swoje projekty jako „owoc miłości”. I pewnie wiele projektów duchowych faktycznie rodzi się z miłości.

Z miłości do świata, do ludzi, do życia, do istnienia, do Boga. Ten blog powstał z wartości przeciwstawnych. Jego źródłem jest lęk. Lęk przed światem. Lęk przed ludźmi. Lęk przed sobą. Lęk przed przeżywaniem życia naprawdę. Lęk przed Miłością.

I – być może najbardziej – lęk przed Bogiem, którego uważa się Ocean Bezwarunkowej Miłości.

I ten lęk towarzyszy mi, pomimo bardzo pozytywnych doświadczeń z energią Jego łaski. Z wrażeniem bycia niesioną i podtrzymywaną w najtrudniejszych momentach tego procesu.

Lęk przed Bogiem w psychologii przywiązania nazywa się chyba lękiem przed bliskością z bezpieczną figurą. Groźny jest więc może nie tyle Bóg, ile utrata tożsamości zbudowanej wokół niepewności, lęku, kontroli i potrzeby zasługiwania.

To sprawia, że opór wobec Boga dla wielu z nas jest bardziej zrozumiały niż gdyby był opisany jako jawny bunt.

My się mniej buntujemy przeciw Niemu, a bardziej opieramy się Jego miłości.

Lęk przed wiecznością i nieograniczonością jest inny niż zwykły lęk przed śmiercią. To raczej lęk przed utratą „mnie” – tego, co znamy jako własną osobowość, historię, ciało, sposób przeżywania świata i przekonania na temat tego, czym ten świat jest i po co jest.

A podobno nie mamy tu innego zadania niż nauczyć się kochać siebie i miłować innych ludzi tak, jak On nas umiłował.

Ego jest porządkiem oddzielenia. Nie tą „chrześcijańską rybą” czyli Ego nawet nie styka się z obszarem Vesica Piscis.

Przez całe życie nikt nie uczy nas, jak być „tą rybą”. Jak żyć w czymś większym od siebie, nie próbując od razu tego nazwać, kontrolować i zamknąć w granicach własnej osobowości. Boimy się tego, co przewyższa osobowość.

Całe życie uczymy się jednak być właśnie „tą osobą”. Uczymy się z automatu jej historii, reakcji, lęków, poglądów, sposobów obrony i metod zdobywania miłości.

Uczymy się, kim wolno nam być, czego mamy się wstydzić, co ukrywać i co pokazywać innym. A jeśli ktoś kiedykolwiek próbował naprawdę coś w sobie zmienić, ten wie, jak trudno poddać „osobę” choćby niewielkiej, sensownej przemianie.

Nie dlatego, że jest ona kimś wyjątkowym, ale dlatego, że teoretycznie jest wszystkim, co znamy. Myślimy, że jesteśmy tą osobą, ale nie jesteśmy. To jest automat. Skrypt. Program.

Miałam doświadczenia poza ciałem, w którym „ta osoba” chodziła, mówiła, rozmawiała z ludźmi, a mnie nie było w środku, tylko temu świadkowałam. I nie miałam żadnej „wolnej woli”.

Jedno z moich najbardziej lękowych doświadczeń.

Nic dziwnego, że sama myśl o utracie znanego, automatycznego, odgrywanego bezwiednie sposobu istnienia budzi lęk. Nawet jeśli ten sposób istnienia jest bolesny, nie daje nam szczęścia to pozostaje znajomy.

Wiemy, jak się w nim poruszać. Wiemy, czego się bać, przed czym uciekać i jak ponownie odtwarzać własną historię.

Ale myślę, że można spojrzeć na to inaczej, żeby choć trochę ten lęk zredukować.

Nie musimy wyobrażać sobie nagłego zniknięcia ani skoku z ciemnego lasu prosto do Domu Ojca.

Znacznie bliższa doświadczeniu jest myśl, że życie jest drogą. Wychodzi się z ciemnego lasu powoli. Na spokojnie. Potem jest polana. Potem kolejna ścieżka.

Potem ścieżka wyprowadza cię na manowce i też możesz tam chwilę posiedzieć i ugrać trochę czasu.

Później może jest ogród. I … dopiero dalej jest Dom. Ale nawet wtedy nie trzeba od razu wpadać do środka i siadać na kanapie. Można pochodzić wokół tego domu. Dotknąć klamki i sprawdzić, czy naprawdę nie parzy.

Cofnąć się.

Wytrzymać impuls, żeby wrócić do lasu – choć las jest już naprawdę daleko.

Można jeszcze raz rozbić namiot na znajomej polanie. Przespać się tam kilka nocy. Można nawet cieszyć się z tego, że trzeba odganiać dzikie zwierzęta, bo przynajmniej coś się dzieje.

Ojciec woła z Domu, bo od dawna obserwuje co właściwie wyprawiasz. Mówi, że obiad już czeka. A ty odpowiadasz, a właściwie coś tam mamroczesz pod nosem niewyraźnie, że masz swój ulubiony suchy chleb i może kiedyś wpadniesz… w którąś niedzielę.

Ten lęk przed Bogiem jest sprytny, bo co się stanie wtedy, kiedy już nie muszę się przed Nim chować? Jeśli naprawdę zostało mi wybaczone? Jeśli nie muszę udowadniać swojej wartości, odpokutowywać tego swojego istnienia ani przygotowywać się przez całe życie na chwilę, w której wreszcie wolno mi będzie wrócić?

Wtedy dotychczasowa gra rzeczywiście zaczyna tracić sens. Traci sens ciągłe poprawianie siebie po to, żeby któregoś dnia stać się kimś, kogo Bóg będzie mógł przyjąć.

I właśnie wtedy pojawia się trudniejsze pytanie: Jeżeli nie muszę już walczyć o prawo do istnienia, to po co żyć? Być może po to, żeby doświadczać. Tworzyć. Poznawać. Kochać ludzi nie dlatego, że mają nas ocalić, lecz dlatego, że są tutaj razem z nami. I to jest wystarczający powód, żeby ich szanować i wspierać.

Czyli robić rzeczy nie po to, żeby udowodnić, kim jesteśmy, ale dlatego, że chcemy zobaczyć, co może przez nas zaistnieć. Być może sens nie polega już wtedy na wydostaniu się z życia, lecz na coraz pełniejszym wejściu w nie.

Nie na budowaniu lepszej osoby. Lecz na pozwoleniu, żeby życie przechodziło przez tę osobę swobodniej.

Jest to jednak proces, w którym z doświadczenia wiem, że uruchamia się dużo lęku, dużo napięć. I wtedy warto skupić się na planie minimum i zapytać siebie, co mogę zrobić, żeby było mi lepiej i żeby znów móc poczuć się bezpiecznie?

Podobne wpisy