|||

Kontrola a samopoznanie. Ku większej wolności

Dlaczego tak bardzo chcemy zmieniać innych ludzi? Być może nie zawsze dlatego, że oni powinni się zmienić, lecz dlatego, że daje nam to poczucie bezpieczeństwa i kontroli.

Ten wpis jest próbą połączenia psychologii, psychoterapii i duchowości w odpowiedzi na pytanie, czy większa wolność rodzi się ze zmieniania świata, czy raczej z poszerzania własnej świadomości?

Potrzeba kontroli często przebiera się za samopoznanie.

Czasami osobom funkcjonującym w schemacie ratownika, przekonanym, że są odpowiedzialne za wszystko, łatwiej uwierzyć, że problem leży w nich, niż przyjąć, że drugi człowiek ma własną wolę, a my możemy nie mieć żadnego wpływu na czyjeś decyzje.

I z reguły rzeczywiście go nie mamy. Przy silnym schemacie ratownika „autodiagnoza” daje jednak nie tylko dodatkowe, obciążające poczucie odpowiedzialności, lecz także ulubioną iluzję kontroli.

Bo jeśli to ja jestem problemem, mogę się zmienić. Jeśli „problem” leży po drugiej stronie, muszę zmierzyć się z własną bezsilnością wobec sytuacji.

Paradoksalnie rozwój duchowy bardzo często prowadzi właśnie w tym kierunku. Na głębszych etapach coraz wyraźniej konfrontuje człowieka z jego ograniczoną kontrolą nad życiem i zaprasza do zaufania czemuś większemu od własnego ego.

Nie chodzi przy tym o bierność, lecz o stopniową akceptację okoliczności, na które rzeczywiście nie mamy wpływu. To jedna z najtrudniejszych lekcji dotycząca zaufania.

Nie każda adaptacja psychiczna jest „błędem”.

Łatwo mówić, że ktoś powinien przestać być narcystyczny.

Znacznie trudniej zrozumieć ludziom, że niektóre organizacje osobowości pełnią funkcję ochronną. Jeżeli rzeczywiście – jak opisuje Otto Kernberg – organizacja narcystyczna może *chronić* przed o wiele głębszą dezintegracją, to pytanie nie brzmi już: „jak usunąć narcyzm?”, lecz: „co stanie się z człowiekiem, jeśli odbierzemy mu mechanizm, który dotąd pozwalał mu funkcjonować?”

  • w niektórych ujęciach psychodynamicznych organizacja narcystyczna może pełnić funkcję obrony przed głębszą dezintegracją osobowości.

Nie każdy człowiek dysponuje tym samym poziomem zasobów psychicznych. Nie każdy miał relacje, terapię, doświadczenia czy duchową praktykę, które pozwalają obserwować własne ego zamiast automatycznie za nim podążać.

Dlatego oczekiwanie, że wszyscy będą reagowali z tego samego poziomu świadomości, jest równie nierealistyczne, jak oczekiwanie, że wszyscy przebiegną maraton bez wcześniejszego treningu.

Równie nierealistyczne jest wymaganie od samych siebie, byśmy zawsze reagowali „jak Chrystus”. Już sama akceptacja siebie oraz zachowanie życzliwego i uczciwego stosunku do tego, co w nas pozytywne i negatywne, jest ogromnym osiągnięciem.

Z reguły im więcej mamy akceptacji dla siebie, tym więcej potrafimy dać jej również innym. Każdy się myli, każdy popełnia błędy i każdy mierzy się z własnymi wyzwaniami.

Czasami najlepsze, co możemy zrobić, to po prostu zająć się sobą – albo przynajmniej nie przeszkadzać Temu, Kto próbuje nam pomóc, zajmując się nami.

Chęć zmieniania innych bywa formą własnego lęku czyli dlaczego cierpimy

Kiedy bardzo chcemy, żeby inni zachowywali się inaczej, często nie chodzi wyłącznie o nich. Chodzi również o nasze pragnienie, żeby świat stał się bardziej przewidywalny, zrozumiały i bezpieczny.

Im mniej zgadzamy się na autonomię drugiego człowieka, tym bardziej cierpimy.

Podam prywatny przykład. Kiedyś uważałam, że mój mąż jest narcystyczny. Później, w duchu schopenhauerowskiego podejrzenia, że być może coś na niego projektuję, zaczęłam badać również własny narcyzm.

Głównie po to, żeby odzyskać kontakt z tą częścią rzeczywistości, na którą rzeczywiście miałam wpływ. Może pozorny, ale jednak. Przełom nastąpił wtedy, gdy przestałam oczekiwać, że któreś z nas stanie się kimś innym niż rzeczywiście jest.

On jest taki, jaki jest. Ja również jestem taka, jaka jestem. Możemy przecież nie wybierać siebie jako małżonkowie, ale akceptować swoje istnienie i utrzymywać całkiem normalną relację również po rozwodzie.

Nie trzeba bez końca kłócić się z rzeczywistością. Można dawać ludziom to, o czym mówi Jeszua: wzajemne zrozumienie, które nie wymaga rezygnacji z uczciwości wobec samego siebie.

Myślę jednak, że do takiego spojrzenia trudno dojść wyłącznie intelektualnie. Trzeba najpierw przeżyć samego siebie.

Zanurzyć się we własnych projekcjach, lękach i mechanizmach, a później – w taki czy inny sposób – zostać z nich wyciągniętym na powierzchnię.

Dopiero wtedy zaczyna się rozumieć, że nie wszystko wymaga zmieniania, a nie każdy konflikt trzeba wygrać. Dla większości ludzi nie ma przy tym większego znaczenia, czy doświadczenie to wiąże z Jeszuą, Buddą, Świętym Mikołajem, postacią z baśni czy jakimkolwiek innym symbolem, który daje im poczucie sensu i pomaga przekroczyć własne ograniczenia.

Jeśli dzięki temu człowiek staje się bardziej spokojny, odpowiedzialny, uczciwy wobec siebie i życzliwszy wobec innych, trudno odmówić temu wartości.

Chrystusowy umysł nie jest przeciwieństwem ego.

Być może największym nieporozumieniem jest przekonanie, że Chrystusowy Umysł oznacza brak ego. Moje doświadczenie jest zupełnie inne. Ego zawsze istnieje. Nadal pojawiają się emocje, impulsy, strategie i lęki.

Zmienia się jednak miejsce, z którego wyprowadzam odpowiedź do świata. Nie z lęku. Nie on prowadzi. Mogę go zobaczyć, zrozumieć, uznać czego on chce, a mimo to wybrać inny kierunek działania. Dając ego komunikat, że go nie odrzucam.

Zostajesz ze mną ale na moich warunkach.

Ego przestaje być kierowcą, a staje się jednym z pasażerów.

Jak to wygląda w praktyce?

Gdybym miała opisać, jak wygląda to u mnie po latach praktyki Kursu Cudów i Drogi Mistrzostwa – przy czym Drogę Mistrzostwa praktykuję dość nierówno, a w Kursie Cudów prawdopodobnie jestem jednym z najgorszych studentów na świecie – powiedziałabym, że czasami Jeszua dosłownie przesuwa moją świadomość poza koło ego.

Wierzę, myślę albo tak to interpretuję, że to On to robi, bo sama nie potrafię wywołać tego stanu siłą woli. Jakby przenosił mnie wyżej, do innego punktu widzenia, do tej przestrzeni świadomości symbolizowanej przez chrześcijańską rybę.

Chrystusowy Umysł a pełniejsze człowieczeństwo.

Ego nie znika, ale staje się przedmiotem mojej świadomości. Mogę używać ego, zamiast pozwalać, by to ono używało mnie – jak działo się przez większą część mojego życia.

Mogę obserwować swoje myśli i reakcje bez potrzeby natychmiastowego rozwiązywania „problemu”, uspokajania sytuacji czy utożsamiania się z własnym lękiem.

To, co dzieje się we mnie, przestaje wyznaczać kierunek mojego działania. Emocje mogą płynąć swoim nurtem, a ja nadal mogę pracować, podejmować decyzje i robić to, co rozpoznaję jako właściwe.

Nie jest to brak ego ani nawet stan bezbronności. Jest to raczej chwilowe uwolnienie od przymusu reagowania z poziomu ego – doświadczenie, w którym ego pozostaje w pełni widoczne, ale przestaje rządzić.

W odblokowaniu tej „funkcji” ogromnie pomogły mi warsztaty poświęcone pracy ze wstydem, które prowadziła Barbara Korenfeld.

To właśnie podczas wspólnej pracy pojawiła się jakościowa zmiana, której nie przyniosła samotna, wieloletnia praktyka. Dlatego osobiście wierzę, że Bóg bardzo często działa przez ludzi.

Samotna praktyka okazała się dla mnie niewystarczająca, natomiast spotkanie z drugim człowiekiem otworzyło przestrzeń, do której wcześniej nie miałam dostępu. To sugeruje mi, że Jeszua nie zaprasza nas zawsze i wyłącznie do samotnej drogi, ale również do wzajemnego wspierania się.

Na pewnych etapach potrzebujemy samotności, na innych ważny staje się kontakt i wspólna praca. To właśnie w relacji może dokonać się przesunięcie świadomości – do symbolicznej „ryby” – które daje choćby chwilowe poczucie uwolnienia od przymusu i warunkowania.

Pojawia się wtedy niezwykła jasność, lekkość, poczucie pełni, akceptacji siebie i wewnętrznej wystarczalności. Dla ludzi, którzy wcześniej tego nie doświadczali, może to być poruszające odkrycie, że można po prostu czuć się dobrze ze sobą, bez konieczności ciągłego poprawiania, udowadniania swojej wartości czy zasługiwania na prawo do istnienia.

Dla mnie jest to doświadczenie tak wyjątkowe, że nieustannie motywuje mnie do poszukiwania dróg prowadzących z powrotem do tego stanu. Nie po to, by uciekać od ego ani od tego, co jest, ani od tego co czuję, lecz by coraz częściej żyć pełniej – korzystać z ego, zamiast pozostawać przez nie wykorzystywaną.

Zauważmy, że nie brzmi to jak próba „przekroczenia człowieczeństwa”, lecz raczej jak odzyskanie sprawczości i poszerzenie zakresu możliwych reakcji. Czyli nie być skazaną zawsze i wyłącznie na swoje automatyczne odpowiedzi.

W moim przypadku ogromna część tej zmiany była również rezultatem pracy metodami, które zaproponowano mi w ramach wsparcia terapeutycznego. Duchowa praktyka nie wydarzyła się więc obok relacji i pracy psychologicznej, lecz częściowo właśnie dzięki nim mogła stać się bardziej dostępna i ucieleśniona.

Kiedy myślę o Anneliese Michel…

Kiedy myślę o historii Michelle, nie próbuję porównywać jej doświadczenia z własnym. Skala jej rozpadu psychicznego była nieporównywalnie większa, trwał on miesiącami, wymagał opieki innych ludzi, bo doprowadził do utraty zdolności funkcjonowania i zakończył się tragicznie.

Nigdy nie potrzebowałam leczenia psychiatrycznego ani farmakoterapii, choć również przechodziłam przez momenty, w których miałam wrażenie, że umieram, a noc stawała się najciemniejsza tuż przed świtem.

Może dlatego, wciąż wraca do mnie myśl, że być może – w bardziej sprzyjających okolicznościach i przy odpowiednim wsparciu – jej ego mogłoby odzyskać swoją funkcję integrującą.

Mogłaby przejść przez swoje doświadczenia, a potem po prostu tworzyć, żyć ze swojej sztuki i być tą trochę „odklejoną” artystką. Być może byłoby to najgorsze, co mogłoby ją spotkać „w oczach świata”, a zarazem najlepsze, co mogłoby przydarzyć się jej samej.

Podobne wpisy