O relacjach i o tym kim jest dobry terapeuta?

Wstęp: Terapia to nie jest relacja „ekspert – problem”

To jest spotkanie dwóch ludzi, z których jeden ma więcej doświadczenia w rozumieniu siebie jako człowieka i w rozumieniu procesów psychicznych.

W podejściu humanistycznym – o którym pisał m.in. Erich Fromm – kluczowa jest jedna rzecz: rozumienie człowieka nie polega na analizowaniu go z zewnątrz, lecz na rozpoznaniu w sobie tego samego, co przeżywa druga osoba.

Możemy to nazwać „dostrojeniem relacyjnym”.

Kiedy piszę, że nie wierzę w terapię, nie mam na myśli tego, że odrzucam terapię jako taką. Nie wierzę jedynie w to, że sama metoda, formalna rola czy nazwa „terapia” zatwierdzona systemowo – ma automatycznie moc przemiany, bo jej po prostu nie ma.

Ta moc rodzi się dopiero w ramach jakości relacji. To mam na myśli pisząc „nie wierzę w terapię, ale wierzę w jakość relacji”.

Czyli zmiana zachodzi dzięki pojemności drugiego człowieka, w autentyczności spotkania, w szczerości, w obecności i często w ofiarowaniu opieki tam, gdzie – być może – kiedyś jej zabrakło.

Terapia może być przestrzenią uzdrowienia, ale może też być tylko procedurą, którą ktoś wdraża, innym razem, może być też serią dość drogich rozmów. Różnie bywa.

To nie nazwa leczy, lecz sposób, w jaki człowiek zostaje zobaczony, przyjęty i potraktowany. Tak aby sam mógł – przynajmniej czasem – inaczej widzieć, przyjmować i traktować innych ludzi.

Dlatego dobry terapeuta wie, że w każdym z nas istnieje szerokie spektrum możliwości: zdolność do miłości i do ranienia, do troski i do agresji, do twórczości i do destrukcji, racjonalności i irracjonalności.

I nie może rozpoznawać tego wyłącznie „w pacjencie” musi umieć rozpoznać to w sobie.

Z perspektywy psychologii głębi trauma nie zaczyna się wyłącznie w osobistej historii. Dziecko nie rodzi się przecież w próżni, lecz w polu całego systemu rodzinnego: rodziców, dziadków i wcześniejszych pokoleń, które według Junga lepiej tłumaczą PRAWDZIWĄ INDYWIDUALNOŚĆ dziecka.

Dziedziczymy nie tylko kolor oczu czy temperament, ale także sposoby kochania, unikania, milczenia, ranienia, przetrwania i reagowania na bliskość.

Można nazwać to biblijnie „grzechem pokoleniowym”, jeśli rozumiemy grzech nie jako moralną winę danego dziecka, lecz jako wciąż nieprzemieniony wzorzec, który przechodzi dalej, dopóki ktoś go nie zobaczy i nie zatrzyma.

A jeśli komuś ten religijny język nie odpowiada, można sięgnąć po język psychologii: Eric Berne pisał o skryptach i grach psychologicznych, które potrafią organizować życie całych rodzin i można śledzić je pięć pokoleń wstecz.

W obu przypadkach chodzi o to samo: człowiek często dźwiga coś, czego sam nie zaczął, ale co może zacząć rozpoznawać. I dopiero wtedy pojawia się możliwość, żeby przestać przekazywać dalej to, co wcześniej było tylko automatycznie odgrywane.

Może dlatego Jezus w przekazach Drogi Mistrzostwa głęboko zachęca, żeby nie pokładać wiary w przekonania „tego świata”, ale ufać Światłu Ojca, które jest w nas.

Z drugiej strony bohaterka, zostaje „zdradzona przez Boga”.

W książce Laughter of Aphrodite Carol Christ opisuje podłoże zdrady, jakiej dopuścił się względem kobiet Bóg, jeżeli studiowała ona lub dorastała pod wpływem „ojcowskich religii”. Spędziwszy lata na studiowaniu hebrajskiej Biblii, Christ szukała aprobaty u profesorów.

„Założyłam, że mogłabym być ulubionym dzieckiem Ojca, jeżeli znalazłabym sposób, żeby go zadowolić. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zastanowić się, czy córki mogą w ogóle na równych prawach znaleźć w domu Ojca swoje miejsce.

Pomimo patologicznych elementów moich relacji z ojcami, dzięki ich wsparciu poczułam się pewna swojego intelektu oraz zdolności. Zdobyłam pewną dozę wolności od tradycyjnych kobiecych ról poprzez wyobrażenie sobie wykraczającego poza wymiar kobiecości jądra mnie samej. Zakładałam, że Bóg, którego słowa studiowałam, obejmował sobą więcej niż sugerował nacechowany płciowo język Biblii.

Maureen Murdock, Podróż bohaterki, s. 127

W opisach są błędy, ale to był montaż pełen napięcia i nie mam siły do niego wracać.

Zmiana wzorca

Najgłębsze wzorce (przywiązanie, regulacja afektu, reakcja na bliskość, odrzucenie, konflikt, reakcje na stres związany ze zmianami w życiu) są kodowane interpersonalnie.

To pamięć proceduralna, nie deklaratywna.

Pamięć deklaratywna to taka, którą możesz sobie przypomnieć i opowiedzieć: „mama była chłodna”, „ojciec krzyczał”, „w dzieciństwie czułam się sama”. Ona jest związana z narracją, znaczeniem, wspomnieniem, interpretacją. Dlatego łatwiej ją zmienić przez rozmowę, sugestię, nowe zrozumienie, czy nawet prostą reinterpretację.

Pamięć proceduralna to nie jest „wspomnienie o czymś”, tylko zapisany sposób reagowania. To nie brzmi: „boję się bliskości”, tylko to „dzieje się”, wydarza jako odruch, napięcie, zamrożenie, wycofanie, atak, uległość, kontrola, odcięcie. Ona jest bardziej o tym: „ja automatycznie funkcjonuję w ten sposób”, niż o tym „co ja świadomie pamiętam”.

Pamięć deklaratywną można stosunkowo łatwo poruszyć słowem: nową interpretacją, sugestią, zrozumieniem, czy nawet prostą zmianą narracji. Ale pamięć proceduralna nie zmienia się dlatego, że ktoś nam powie, że „już jest bezpiecznie” albo, że „już nie musisz tak robić”.

Ona musi dostać nowe doświadczenie bezpieczeństwa – powtarzalne, cielesne, relacyjne, przeżyte w czasie rzeczywistym. Dlatego człowiek może już rozumieć swoją historię, może wiedzieć, skąd biorą się jego reakcje, dlaczego go ciągnie do ludzi takich, a nie innych, a mimo to nadal automatycznie zamrażać się, wycofywać, atakować albo tracić kontakt ze sobą.

To nie jest brak świadomości. To jest po prostu głębszy poziom zapisu.

Zmiana poznawcza to nie zmiana wzorca, a kolejna narracja to nie przeprogramowanie reakcji. Relacja daje coś, czego np. medytacja nie daje: drugiego układu nerwowego, który współreguluje, ale ten drugi „układ nerwowy” musi być dostrojony, a jednocześnie umieć utrzymywać granice doświadczenia.

Jeśli uraz dotyczy więzi (np. lęk przed porzuceniem, wstyd przy bliskości, agresja przy zależności), to zmiana wymaga doświadczenia, że bliskość nie niszczy, że konflikt nie oznacza rozpadu, że błędy się zdarzają każdemu, że emocja nie równa się utracie relacji czyli nie muszę być martwa/y emocjonalnie, żeby w ogóle być w relacji.

I to jest doświadczenie korektywne, a nie introspekcyjne.

Medytacja i terapia jak mogą się uzupełniać?

Medytacja to rozwój samoregulacji. Terapia relacyjna to rozwój współregulacji i bezpiecznego przywiązania. Samoregulacja jest konieczna. Na ogół, ani „sama medytacja”, ani „sama terapia” nie są wystarczające.

Medytacja bywa bardzo pomocna po doświadczeniu bezpiecznej relacji. Bo wtedy system ma już zinternalizowany wzorzec regulacyjny. Bez tego może działać na zasadzie;
„ćwiczę hamulec ręczny w samochodzie, którego silnik wciąż niekontrolowanie przyspiesza przy kontakcie z drugim człowiekiem”.

Dziecko nie rodzi się w próżni, lecz w polu całego systemu rodzinnego: rodziców, dziadków i wcześniejszych pokoleń.

Ludzie mówią, że dziecko to czysta tablica. Oczywiście, że nie.

Czasem to, co nazywamy „naszą raną”, jest skutkiem tego, czego nikt przed nami nie umiał ani poczuć, ani wypowiedzieć, ani pomieścić, ani też PRZEMIENIĆ. Dlatego rozwój nie polega tylko na tym, żeby nauczyć się samemu uspokajać.

Czasem polega również na tym, żeby wreszcie doświadczyć takiej relacji, która nie powtarza starego braku, lecz daje układowi nerwowemu i psychice nową informację: tak, można być sobą i nie zostać za to porzuconym, zawstydzonym ani pochłoniętym.

A jeśli nie mogę być przy kimś sobą, to mogę przecież po prostu wybrać siebie bez poczucia winy, że muszę kogoś odrzucić.

Bardzo trudno doświadczyć czegoś takiego w zwykłej relacji. Dać drugiemu człowiekowi prawdziwe poczucie bezpieczeństwa, bycia widzianym, zaopiekowanym i wspieranym, a jednocześnie nie budować jego zależności od siebie, jest wymagające. Właśnie dlatego poziom wyszkolenia terapeuty i jakość relacji terapeutycznej mają tak duże znaczenie.

Stabilne pole terapeuty

Piszę o terapii z pozycji własnego doświadczenia terapii z ciałem, z terapeutką wielu modalności. Nie z pozycji idealizacji terapeuty, raczej chcę zwrócić uwagę na strukturę, która pozwala odzyskać własne granice.

To podejście przesuwa ciężar przesuwa się z osoby terapeuty na proces, który dzieje się w relacji.

Kiedy piszę o stabilnym polu, to można to rozumieć nie jako jakąś „tajemniczą energię”, tylko jako konsekwentnie utrzymywaną ramę:

  • terapeuta reguluje siebie i nie reaguje impulsywnie, ale może reagować stanowczo,
  • nie wchodzi w rolę ratownika, prześladowcy ani ofiary,
  • utrzymuje granice i przewidywalność,
  • wytrzymuje projekcje, może pomóc je zauważyć ale nie będzie ich odgrywał,
  • z mojego doświadczenia nie osądza, ale może wyraźnie opiniować. Osąd służy często zasileniu reakcji, a opinia nawet ostra służy lepszemu rozeznaniu.

Wielu z nas właśnie to rozeznanie straciło:

  • gdzie kończy się moje uczucie, a zaczyna fakt,
  • gdzie jest moja odpowiedzialność, a gdzie cudza,
  • gdzie jest empatia, a gdzie wejście w rolę ratownika,
  • gdzie jest bliskość, a gdzie uwikłanie.

Dlatego terapeuta, który wyłącznie odzwierciedla, może być dla części osób niewystarczający. Dla mnie by nie był. Czasem człowiek nie potrzebuje tylko lustra, ale także dojrzałego punktu odniesienia: kogoś, kto pomoże mu nazwać różnicę między przeżyciem a rzeczywistością, między zranieniem a moją interpretacją, między współczuciem a utratą granic itd.

Oczywiście zachowując takt charakterystyczny dla tej profesji i odpowiednio dobierając dawkę gier. Dla klienta dzieje się jedna z dwóch rzeczy albo;

  • to bywa odczuwane jak „spokojna przestrzeń”, „osadzenie”, „coś stabilnego”.

I w takiej sytuacji źródłem nie jest osobista moc terapeuty tylko jego zdolność do regulacji i pracy w ramach metody.

Ale jest też druga opcja, dla osób, które dorastały w środowisku zmiennym, intensywnym, pełnym napięcia albo nieustannej zamiany ról, sojuszy zawieranych w ramach rodziny – to stabilność może być też dziwnie niepokojąca.

Układ nerwowy przyzwyczaja się do określonego poziomu pobudzenia. Kiedy więc trafia na spokojne, przewidywalne „pole” i napotyka czyjąś granice, która nie pozwala rozkręcić gry – może pojawić się: znużenie, irytacja, a nawet złość i wrażenie „braku chemii”.

Efekt? Jeden z dwóch: albo klient zaczyna lepiej słyszeć siebie, bo relacja nie dodaje dodatkowego chaosu. Albo przeciwnie: pojawia się lęk, bo w stabilnym polu nie da się łatwo sprowokować reakcji, nie da się też wymusić określonej roli.

To może budzić niepokój, bo znika znany sposób wpływania na relację i utrzymywanie kontroli.

I wtedy właśnie klient może odczuwać dyskomfort, zanim pojawi się poczucie bezpieczeństwa. Bo to trzymanie „stabilnego pola” może obnażyć dynamikę relacyjną w życiu klienta.

Emocjonalna moc terapeuty

Emocjonalna moc to coś innego, raczej sposób, w jaki odbieramy czyjąś osobowość:

  • charyzma,
  • intensywna obecność,
  • duża pewność siebie,
  • silna ekspresja emocjonalna.

Ten zestaw cech może być atrakcyjny i robić wrażenie „mocy”, ale to samo w sobie nie gwarantuje bezpieczeństwa. Czasem wręcz zwiększa podatność na idealizację albo zależność, jeśli ktoś zaczyna myśleć: „ta osoba ma coś wyjątkowego, czego ja nie mam”.

Efekt: uwaga klienta może przesuwać się z własnego procesu na osobę terapeuty.

Regulacja jako klucz do wszystkiego

Regulacja – wyciszenie, powrót do równowagi, tolerowanie napięcia – najpierw odbywa poprzez obecność drugiego człowieka czyli zewnętrznie. Dopiero później ta umiejętność zostaje uwewnętrzniona jako zdolność do samoregulacji.

Medytacja, oddech, praktyki uważności – to próby uruchomienia tej uwewnętrznionej funkcji regulacyjnej. I one działają.

Ale działają tylko w takim zakresie, w jakim dany system już ma dostęp do regulacji.

Jeśli układ nerwowy jest głęboko rozregulowany relacyjnie (np. przez przewlekły stres, traumę związaną z więzią, niestabilne przywiązanie), to w sytuacji silnego bodźca relacyjnego – zwłaszcza takiego związanego z popędem seksualnym, odrzuceniem, zagrożeniem – system automatycznie wraca do dawnych wzorców.

To i tak będzie niekończący się cykl, który może trwać latami, albo do końca życia.

Nie dlatego, że ktoś coś „robi źle” tylko dlatego, że schemat jest już zapisany proceduralnie. Zmiana wzorca przywiązaniowego nie dokonuje się wyłącznie poprzez samotną praktykę.

Czego ludzie nie rozumieją w terapii?

Tego, że dobry terapeuta to nie jest osoba, przy której człowiek musi czuć się wyjątkowo rozumiany. Dobry terapeuta uczy w doświadczeniu relacyjnym;

  • rozpoznawania własnych granic,
  • rozpoznawania dynamik relacyjnych,
  • pomaga pracować nad naszą odwagą do działania,
  • i uczy procesów regulacji.

To są na ogół trafne, uniwersalne wskaźniki, które w moim przekonaniu definiują dobrego terapeutę. Celem terapii nie jest stworzenie zależności od terapeuty, tylko zwiększenie autonomii klienta.

Jest zasadnicza różnica między empatią w stosunku do czyjeś historii a byciem wciąganym w bardzo określoną rolę.

Terapia to pokazuje.

Czasem nie rozumiemy tego w trakcie terapii. Czasem dopiero po latach i w określonej sytuacji widzimy, że najważniejsze nie było to, co zostało powiedziane na konkretnej sesji, ale to, że w relacji terapeutycznej po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć sam mechanizm wciągania w rolę, bo … nikt nie próbował nas w nic wciągnąć.

I to jest myślę, że ciągła nauka a nie jednorazowe wydarzenie. Czyli trzymanie granic. I nie dawanie się wciągnąć.

Nie każdy człowiek musi odbyć terapię i dlaczego narzekanie na swojego partnera, to trochę jak narzekanie na samego siebie

Nie każdy człowiek musi odbyć terapię. Chodzi raczej o to, że wielu ludzi zaczyna dziś chcieć żyć inaczej: inaczej rozmawiać, inaczej być w relacjach, być bliżej siebie i innych, nie powtarzać automatycznie tego, czego sami doświadczyli.

Nie ranić partnera. Samemu nie pozwalać się ranić itd.

Miłość, poza tym, że na głębszym poziomie jest stanem istnienia, w codziennym życiu jest również kompetencją. Uczymy się jej – albo się jej nie uczymy. Mogę doświadczać głębokiego spokoju i przepływu, kiedy jestem sama, a potem poznać mężczyznę i odkryć, że nie wiem, czy chcę się do niego zbliżyć, czy od niego uciec.

Albo mówiąc wprost: czy chcę uprawiać z nim seks, czy zrzucić go z klifu.

I właśnie wtedy ujawnia się znaczenie naszego kontenera psychicznego. Mogę zauważyć impulsy ego, nie utożsamiając się z nimi i nie reagując automatycznie ani na jeden, ani na drugi.

Nie muszę natychmiast działać pod wpływem pożądania ani swojej potrzeby odrzucenia go. Mogę po prostu nie reagować. To właśnie daje poczucie oparcia w sobie. Nie dlatego, że nic mnie nie porusza, ale dlatego, że potrafię wytrzymać własne poruszenie, zanim zdecyduję, jak chcę odpowiedzieć.

Na tym polega wewnętrzne opanowanie, a ile wewnętrznego nieopanowania trzeba przejść, żeby nauczyć się panowania nad sobą – jest inną historią.

Jeśli ktoś nie został nauczony bliskości, troski, granic, odpowiedzialności czy dobrej komunikacji, to nie wystarczy powiedzieć: „po prostu kochaj”, albo „to może zastanów się o co ci chodzi?”.

Dana osoba często naprawdę nie wie ani o co tobie chodzi, ani o co jej chodzi, ani jak ma to zrobić. Dlatego narzekanie na swojego partnera, to trochę jak narzekanie na samego siebie.

Można mieć świetnie i naturalnie rozwinięte „kompetencje” przetrwania, kontroli, wycofania, ataku albo ranienia innych, a jednocześnie nie mieć żadnej kompetencji do tworzenia bezpiecznej więzi.

I jeśli człowiek chce nauczyć się kochać inaczej, niż został nauczony w swoim systemie rodzinnym często potrzebuje drugiego człowieka, który nie tylko mu to wyjaśni bez słów, ale pokaże mu to w relacji czyli w doświadczeniu bezpiecznej więzi i dla wielu z nas, rodzajem takiej więzi była wieź z terapeutą.

Dlaczego bliska osoba nie powinna być terapeutą?

Relacja bliska jest:

  • symetryczna,
  • wzajemna,
  • oparta na wymianie,
  • obciążona potrzebami obu stron,

Relacja terapeutyczna:

  • jest asymetryczna,
  • ma jasno określone granice,
  • nie jest relacją wzajemnej wymiany emocjonalnej,
  • nie służy zaspokajaniu potrzeb terapeuty.

W bliskiej relacji, gdy jedna osoba „pracuje” nad sobą kosztem drugiej, albo na jej plecach to łatwo dochodzi do:

  • nieświadomego wykorzystywania,
  • projekcji,
  • rozgrywania dawnych schematów na kimś kto nie jest ich winny,
  • i do totalnego przeciążenia partnera.

Bliska osoba nie ma obowiązku ani zasobów, by być regulatorem czyjejś traumy. Terapia to przestrzeń na rozwiązywanie swoich wyzwań. Jeśli ktoś nie chce iść na terapię, to chce pozostać w swoim schemacie i to nie jest źle, każdy z nas ma prawo znaleźć sobie odpowiednią osobę do relacji.

Eric Berne pisał, że „bycie razem” jest popularną techniką społecznego działania, ale nie jest koniecznością. Nie trzeba być razem za wszelką cenę. Można – naprawdę można – żyć samemu.

I czasem właśnie to jest pierwszy akt wolności: odkryć, że relacja nie jest obowiązkiem, ratunkiem ani dowodem własnej wartości. Jest wyborem. A wybór ma sens tylko wtedy, kiedy mogę również nie wybrać.

Różnica między relacją terapeutyczną a przyjaźnią

Przyjaźń to nie terapia. Gdyby np. moja przyjaciółka była w fatalnej, niszczącej relacji, nie musiałabym jej „terapeutyzować”. Mogłabym po prostu powiedzieć: „uciekaj od niego, bo on cię niszczy i dopóki mu na to pozwalasz, to będzie to robił”, albo w innych okolicznościach mogłabym zagrać w to, że „jej mąż jest zły”, albo „dlaczego ty nie” a ona w „tak ale…” itd.

Ale terapeuta nie powinien grać z klientem, bo od tego mamy cały świat, nie powinien też przejmować za klienta steru. Raczej – poza pracą z ciałem – słucha. I zadaje pytania.

I tworzy takie warunki, w których człowiek może sam dotknąć ważnych miejsc w sobie. I to też warto widzieć: inne są zadania i możliwości terapeuty, a inne zadania przyjaciela.

Terapia ma wzmacniać sprawczość, klient musi budować swoją autonomię. Przyjaźń to stanięcie po czyjejś stronie, powiedzenie tego co się o czymś myśli, udzielenie wsparcia, wyjście na piwo, zaproponowanie nocowanki itp.

Dobra relacja terapeutyczna:

  • nie nagradza gry,
  • nie wchodzi w ratowanie kosztem siebie,
  • nie wzmacnia pozycji ofiary,
  • nie usprawiedliwia kata,
  • pomaga rozpoznać dynamikę, ale nie moralizuje.

Dzięki temu klient doświadcza relacji, w której napięcie nie musi być rozładowane przez rolę.

Wielu klientom może się to nie podobać, ale Erich Fromm pisał, że jedną z cech dobrego analityka, jest również nie obawianie się utraty swojego klienta. Celem nie jest też nadmierne łagodzenie czyjegoś cierpienia.

Bo choć terapia to rozłożony w czasie proces – ta odwaga, aby nie bać się utraty powoli, ale metodycznie przenosi się potem na inne relacje – pojawia się zdolność powiedzenia „nie” bez konieczności wchodzenia z kimś w konflikt, ale też bez konieczności tłumaczenia się.

I nawet jeśli ktoś próbuje nas na różne sposoby wciągnąć w swoją dynamikę, my naprawdę możemy nie zareagować. To, że ktoś zaprasza nas do reakcji, nie oznacza jeszcze, że musimy przyjąć to zaproszenie. Czasem największą wolnością jest właśnie ta krótka pauza między bodźcem a odpowiedzią. Moment, w którym widzę: „tak, to mnie porusza, ale nie muszę za tym iść”.

Rewolucyjne odkrycie

Dla osób, które funkcjonowały lub funkcjonują w trójkącie, to wszystko bywa niewygodne, bo ktoś przestaje podtrzymywać dotychczasową równowagę.

Właśnie dlatego wiele osób po terapii odkrywa coś, co brzmi banalnie, ale jest rewolucyjne:

nie muszę być czyimś regulatorem emocji tylko dlatego, że potrafię nim być. Nie muszę wchodzić w tę grę, tylko dlatego, że lubię ratować, pomagać, opiekować się i tłumaczyć, bo już wiem, że mi to szkodzi.

Pełne zrozumienie innych jest nierealne, bo każdy z nas ma jakąś swoją bańkę percepcji więc „rozumienie innych” często staje się fantazją omnipotencji.

A z innej perspektywy: „właśnie dlatego, że rozumiem – nie mogę w to wejść”.

Wystarczające rozumienie kontekstu danej relacji, bywa jednak potrzebne, żeby nie powtarzać tych samych dynamik.

Co się dzieje w danej relacji? Do czego ktoś mnie zaprasza? Czy chcę brać w tym udział?

Innymi słowy: nie musimy rozumieć czyjejś psychiki, żeby wiedzieć, czy dana relacja jest dla nas dobra.

Można znać mechanizm bez wchodzenia w rolę terapeuty wobec kogokolwiek, kto nam za to nie płaci.

Czy potrafisz przerwać grę, zanim gra się rozpocznie?

to jest ważne pytanie i od stycznia wraca do mnie jak bumerang w postaci najróżniejszych relacji. Czasem im więcej czasu mija od terapii, tym większy widzimy sens. Po co to w ogóle było.

Można nie umieć przerwać gry zanim się rozpocznie, ale można po prostu „umieć przerwać”.

Więc, podsumowując dobry terapeuta to ktoś kto;

  • pomaga klientowi wyjść z gier, zauważać je, przerwać, ale nie uczy jak grać lepiej, od tego jest chyba coach,
  • wzmacnia zdolność do wyboru, a nie do przystosowania się za wszelką cenę,
  • utrzymuje granice tak stabilnie, że klient zaczyna je internalizować, i w ramach terapii i wraz z toczącym się „procesem życia”,
  • dobry terapeuta nie próbuje być ważniejszy niż życie klienta poza gabinetem.

I w końcu dobry terapeuta to nie ten, przy którym człowiek czuje się wyjątkowo rozumiany, bo gdyby trafić na egzystencjalistę, to można by faktycznie rzucać w siebie przez 7 lat różnymi książkami.

Ostatecznie dobry terapeuta to ten, przy którym zaczyna się mieć odwagę, aby nieco lepiej rozumieć siebie bez konieczności ciągłego tłumaczenia się światu i przepraszania za to, że się jest, takim jakim się jest.

Terapia bywa jednym z niewielu miejsc, gdzie można doświadczyć relacji nieopartej na ciągłej wymianie ról – dlatego dla wielu osób relacja terapeutyczna staje się pierwszym momentem rozpoznania, jak często wcześniej wchodzili w nie swoje rozgrywki.

I w nie swoje historie.

Walka Królestwa Światła i Cienia