|

Prawda nie przechodzi przez system

Czy Prawdy można nauczyć? A może można ją jedynie rozpoznać w doświadczeniu? Jung, Goethe, Eric Berne, Ewangelia Marii i Szósty List z „Nowych Listów Jeszuy” prowadzą mnie do jednego pytania: co może stać się z człowiekiem, gdy żywe doświadczenie zaczyna mówić głośniej niż system przekonań, w którym dotąd żył?

System przekazuje wiedzę. Narracja nadaje jej znaczenie. Doświadczenie rodzi poznanie.

Maria i Piotr. Dwa sposoby poznania świata

Maria ze swoją Ewangelią jest „dowodem”, że to, co robi Jeszua … działa. A Piotr jest „dowodem” na to, że to jest nie do zniesienia dla porządku zbiorowego.

(…) daremnie zadajemy sobie pytanie kim „właściwie” i jaki był (Jezus przyp. red.). Gdyby jego postać zachowała cechy wyłącznie ludzkie i pozostawała wierna historycznemu oryginałowi, to najprawdopodobniej wniósłby nie więcej światła niż Pitagoras, Sokrates czy Apoloniusz z Tiany.

C.G. Jung, Archetypy i symbole. Pisma wybrane, s. 178

A wniósł tyle Światła, że sam sobie musiał zakładać okulary.

Jung pisał, że istnieją ślepcy, którzy nie wiedzą, że ich oczy mogłyby przejrzeć. Podkreślał też, że „na nic się zda chwalenie światła i głoszenie kazań o nim, jeśli nie ma ludzi, którzy mogliby je zobaczyć.”

Nawet widząc światło łatwo zostać uznanym za człowieka, który pomylił doświadczenie z fantazją. Tam, gdzie brakuje wspólnego doświadczenia, pozostaje już tylko wiara albo niedowierzanie.

D.F. Strauss o wyznaniu wiary definiującym pojęcie Trójcy Świętej (symbol Atanazjański) mówił: „Zaprawdę kto zaprzysiągł symbol Quicumque, ten wyrzekł się praw ludzkiego myślenia„.1.

Jung pisał, że Strauss wychodził z założeń racjonalistycznych, a dla takich ludzi argumentacja patrystyczna zawsze będzie niedorzeczna. Podkreślał również to, że mimo całego wysiłku soborów i scholastycznej teologii „nie udało się przekazać potomności zrozumienia dogmatu, które by bodaj tylko wspierało wiarę”.2.

Jung nie oszczędzał teologii krytyki. Faktycznie jest tak, że wszystko opiera się na „wierze”. A wiara nad wyraz często bywa, połączona z rezygnacją z chęci własnego rozumienia czy odwagi do własnego poznania.

Rozumienie to nie jest to samo co intelektualne, racjonalistyczne założenia.

Podoba mi się jak Jung rozumował. Według niego Chrystus stał się jakąś kolektywną postacią, na którą czekała współczesna mu nieświadomość.

Jung cenił sposób myślenia Goethego, bo ten nie próbował redukować rzeczywistości wyłącznie do racjonalnych wyjaśnień.

Dzięki temu ja np. mogę pisać o Liście 6, nie mając poczucia, że muszę wybierać między ślepą wiarą w „jakiś List”, a uznaniem siebie za osobę całkiem pozbawioną kontaktu z rzeczywistością.

A jeśli już bawić się symbolami, to być może współczesna wyobraźnia potrzebuje nie tylko Trójcy, lecz także Czwórcy. Jung pisał o Czwórcy jako symbolu pełni psychicznej i wskazywał, że trynitarna symbolika chrześcijaństwa pozostawia pewien problem nierozwiązany, który motyw Czwórcy próbuje dopełnić.

Traktował Czwórcę przede wszystkim jako symbol psychologicznej pełni i zapewne robił to bardziej z powodów osobistych niż z chęci zastąpienia dogmatu Trójcy.

Rozumiem, że kiedy pisał o daremności zadawania sobie pytania kim był i jaki był Jezus – chodziło o to, że dość dobrze możemy rozpoznać pewien rdzeń jego działalności, ogólny kształt, to co, ktoś o Nim mówił czy jak Go widział, ale nie możemy odtworzyć w pełni jego osobowości.

Gdyby nikt nie zobaczył niczego szczególnego w rabim-cudotwórcy z Galilei, to ciemności w ogóle by nie zauważyły, że rozbłysło światło.

A czy rozpalił światło dzięki własnej sile, czy też pod naciskiem powszechnego oczekiwania przyjął na siebie rolę światła – o tym, z braku wiarygodnych informacji, rozstrzygnąć może tylko wiara.

C.G. Jung, Archetypy i symbole. Pisma wybrane, s. 178

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam List 6, to poza tym, że co najmniej trzy razy oplułam ekran, to pomyślałam, że może Jezus przewracał stoły w świątyni nie tylko z powodów teologicznych, lecz także dlatego, że wiedział, iż Maria patrzy.

Nie zachowały się żadne zdjęcia z tamtego okresu, ale mam wrażenie, że Jeszua mógłby jej bez większego skrępowania zadedykować poniższy fragment utworu:

Nie twierdzę, że tak było. Dopuszczam jednak możliwość, że obok nauczyciela, proroka i Mesjasza istniał również stuprocentowy mężczyzna, który chciał zrobić wrażenie na kobiecie i niesiony testosteronem wszedł na chwilę w tryb świątynnego bad boya.

Mnie to do Niego pasuje, ale z tym „ustaleniem naukowym” na razie nie planuję wychodzić poza przestrzeń tego bloga.

Każdy ma w sobie Piotra i Marię

Piotr w nas mówi mniej więcej tak: „To nie może być prawda, skoro nie da się tego uzasadnić, udowodnić, zbadać, zrozumieć, ująć w ramy ani skodyfikować. A skoro Jeszua nie mówił tego wszystkim, to Maria jest niewiarygodna”.

Rozumiem to podejście, ale wiem też, że Maria w nas mówi: „Ale ja to wiem, bo byłam w tym z Nim”.

Jeszua widocznie nie tylko nie mówił wszystkiego wszystkim. Wychodzi na to, że nie robił też wszystkiego wszystkim.

Każdy doświadczał Go inaczej, zależnie od tego, czego przy Nim doświadczał. I tak to działa między ludźmi standardowo. Różne osoby odbierają nas inaczej, ponieważ dla wielu z nich jesteśmy trochę – lub bardzo – inni, niejednokrotnie pokazujemy przecież inną część siebie.

To, co ktoś mówi np. o mnie, bywa więc prawdą o jego doświadczeniu ze mną, ale nie musi być prawdą o mnie. Tak samo jest z „Prawdą o Jezusie” i o tym kim On właściwie był.

Można mieć z Jezusem doświadczenia ekstatyczne.

Nie chodzi o pobudzenie seksualne ani o „wydarzenie erotyczne” w potocznym sensie. Chodzi raczej o niezwykle intensywne doświadczenie połączenia, miłości i życia – tak silne, że właściwie wymyka się skali.

I wtedy człowiek może mieć ochotę krzyknąć: „Oddaj mi moją depresję. Nerwicę biorę z pocałowaniem ręki, Świrze”.

To doświadczenie zamiast koncentrować się w jednym miejscu ciała, obejmuje całego człowieka. Uczucie tak intensywne, że najbliższym porównaniem wydaje mi się orgazm serca – doświadczenie miłości, które zdaje się promieniować daleko poza granice ciała.

Kiedy słyszę, że On schodzi w rozproszeniu, myślę przede wszystkim o tym, że ludzie muszą być na takie doświadczenie przygotowani. Niektóre doświadczenia nie kończą się wraz z chwilą zachwytu czy rozpoznania.

One zmieniają sposób widzenia, zwiększają wrażliwość i potrafią naruszyć dotychczasowe punkty oparcia.

Dlatego potrzebne są nie tylko „duchowe interpretacje”, lecz także język integracji, regulacji i bezpiecznego powrotu do codziennego życia. Najtrudniejsze zaczyna się często wtedy, gdy to doświadczenie mija.

Lęk potrafi wrócić z potrójną siłą, jakby układ nerwowy próbował gwałtownie odbudować granice, które na chwilę przestały istnieć. Z tej perspektywy słowa „przyjdź Królestwo Twoje” brzmią zupełnie inaczej.

Dla świadomości zakorzenionej w ziemskiej normie nie jest to niewinna modlitwa o coś pięknego, lecz niemal prośba o katastrofę.

Trochę podobnie działa przekaz: „Miłość uzdrawia wszystko”. Kto naprawdę się z nim zetknął, ten wie, że miłość najpierw odsłania wszystko to, co … miłością nie jest.

I to jest pewnego rodzaju szczęście w nieszczęściu: dobrze wreszcie zobaczyć, co było ukryte, skoro i tak steruje losem. Problem polega na tym, że jako ludzkość nie mamy jeszcze precyzyjnego planu, co zrobić z tym, co zostało odsłonięte.

W moim przypadku doświadczenie było tak silne, że uruchomiło proces, którego nie potrafiłam już zatrzymać. I miało realne przełożenie na moje życie, do tego stopnia, że dotychczasowy układ przestał być dla mnie możliwy do podtrzymania. Układ życia, a nawet „umowa między trzema składnikami osobowości”.

(…) za tą umową społeczną kryje się umowa indywidualna pomiędzy trzema składowymi osobowości). Rodzic, Dziecko i Dorosły zgadzają się akceptować wzajemnie i nie każdy jest na tyle odważny, by zmienić taką umowę sam ze sobą, nawet jeśli byłoby to wskazane.

Eric Berne, Dzień dobry i co dalej

Można powiedzieć, że ego jest „tylko” kompleksem psychicznym. Tyle że człowiek ma też „tylko” dwie nogi – a jednak to dzięki nim stoi i chodzi.

Nawet jeśli chcemy czasem wyjść poza jego granice, sama osobowość nadal musi być dobrze zorganizowana. Trzeba przecież jakoś wiedzieć, kim się tutaj jest, gdzie kończy się „ja”, a zaczyna świat, jak wrócić do codzienności i jak dalej w niej funkcjonować.

Kiedy w doświadczeniu ekstatycznym ten porządek oddzielenia się poważnie rozluźnia albo rozpada, człowiek może bardzo wyraźnie zobaczyć, jak wiele opierało się na tej konstrukcji i egotycznych przekonaniach o rzeczywistości.

W moim przypadku rozwód nie był chłodno podjętą decyzją ani prostym skutkiem kilku doświadczeń. Miałam raczej poczucie, że coś we mnie już się dokonało i że nie mogę dalej żyć dokładnie tak, jak wcześniej.

Rozwód wydarzył się jakby sam, poza wolą ego.

A jednak musiałam podpisać się pod każdą decyzją, która z niego wynikała. Przedziwne połączenie poczucia nieuchronności, odpowiedzialności i tego, że to dzieje się jakby „poza mną” a jednak pierwszy raz czułam, że w końcu to JA DECYDUJĘ.

Drobiazg.

Między strukturą a doświadczeniem – i Piotr, i Maria są POTRZEBNI

Konflikt Piotra i Marii można odczytać jako konflikt między strukturą a doświadczeniem, potrzebą kontroli a potrzebą wolności. Ale także jako napięcie między autentycznością a koniecznością zakładania maski, żeby zmieścić się w porządku, który uznaje tylko to, co da się nazwać, uporządkować i względnie oficjalnie zatwierdzić.

Piotr broni struktury, bo struktura daje bezpieczeństwo, ciągłość i wspólny język. Maria broni doświadczenia, bo wie, że żywa prawda nie zawsze mieści się w gotowych ramach.

Problem zaczyna się wtedy, gdy struktura chce podporządkować sobie żywe doświadczenie albo gdy doświadczenie całkowicie odrzuca potrzebę formy. Być może dlatego ten konflikt jest tak trwały: obie strony bronią czegoś realnie potrzebnego.

Jedna chce ocalić porządek, druga życie. A jeśli Bóg jest życiem, to List rzeczywiście może być odczytany jako zagrożenie dla porządku zbiorowego – nie dlatego, że nawołuje do chaosu, lecz dlatego, że podważa pierwszeństwo struktur wobec żywego doświadczenia.

Mówimy często, że „życie sobie poradzi”, ale w praktyce bardzo rzadko pozwalamy mu działać tam, gdzie mogłoby naruszyć to, co wspólnie uznaliśmy za bezpieczne, właściwe i normalne.

I w pełni rozumiem ten lęk. Nie piszę z pozycji osoby, która go przekroczyła.

Można to też czytać jako symbol tego, na co Jeszua zwraca uwagę w Liście 6 – nie jako spór „mężczyzn z kobietami”, lecz jako obraz źródeł wrogości, które mogą się uruchamiać wtedy, gdy ktoś zaczyna mówić i działać z miejsca bezpośredniego, wewnętrznego wglądu.

Nie dzielić się wglądem, nie opowiadać o wglądzie, nie malować, nie sublimować, tylko działać i mówić z miejsca wglądu. To jest uważam faktycznie zagrażające.

Ale też chyba nie wtedy, gdy mówi o nim jedna osoba, lecz wtedy, gdy podobne doświadczenia zaczyna opisywać wiele niezależnych, „rozproszonych” osób.

Wówczas zaczyna chwiać się społeczny dowód słuszności: skoro coraz więcej ludzi dopuszcza możliwość, że rzeczywistość może wyglądać inaczej, łatwiejsze staje się, żeby wyobrazić sobie, że rzeczywiście może być inaczej.

Osobiście uważam, że kilka rzeczy na Ziemi zdecydowanie należałoby lekko przeorganizować. Moja sprawczość w tym zakresie jest niestety żadna, ale nadal bardzo lubię fantazjować o swoim niespełnionym marzeniu z dzieciństwa, czyli o pokoju na świecie.

Najgorzej – przynajmniej z punktu widzenia istniejącego porządku – jest wtedy, gdy osoba opierająca się na własnym wewnętrznym wglądzie zaczyna mówić z większym sensem niż oficjalnie przyjęta narracja globalna.

Żadna struktura – ani psychiczna, ani instytucjonalna – nie czuje się bezpiecznie wobec tego, co opiera się na bezpośrednim przeżyciu, którego nie trzeba interpretować, uzasadniać i do którego nie trzeba ludzi przekonywać i na które nie trzeba mieć przypisu.

Choć ja akurat lubię mieć przypis na wszystko.

Z konieczności.

To, co płynie z doświadczenia, nie mieści się w gotowych formach. A to z kolei może podważyć sam sposób, w jaki dana struktura porządkuje rzeczywistość.

A może nawet sposób w jaki robi to funkcja. #demiurg

Prawda nie przechodzi przez system czyli zbawienie dla wszystkich! 🎊

Prawda chyba faktycznie nie przychodzi przez system (ani społeczny, ani religijny, ani duchowy), lecz przez (nie)zwykły kontakt. I Maria zdaje się pokazywać, że Prawda nie jest czymś, co można po prostu przekazać czy tego „nauczyć”.

Nie da się uczyć Boga.

Można ją/Go co najwyżej rozpoznać we własnym doświadczeniu. Bóg jest wtedy żywym doświadczeniem, a nie jedynie przedmiotem doktryny.

Jeśli rzeczywiście tak jest, to doświadczenie nie jest zarezerwowane dla ludzi „dobrych”, „grzecznych”, należących do Kościoła, ani religijnie poprawnych, ani tych którzy umieją medytować, ani może nawet wyznawców Jezusa.

Jest dla wszystkich.

Absurdalne miłosierdzie Jezusa

I właśnie to potwierdza skalę Jego absurdalnego miłosierdzia wobec całej rasy ludzkiej. Skoro drogę wyjścia zostawia nawet diabłom i demonom … to taki Plan mógł wymyślić tylko On.

Jest to pewne odstępstwo od obrazu „ucha igielnego”, który zawsze brzmiał dla mnie trochę jak: „i tak nie dacie sobie z tym rady, hehe, ale życzę powodzenia”.

Tutaj sens byłby dokładnie odwrotny: nawet jeśli sami nie potraficie znaleźć wyjścia od tak wielu cykli, wyjście nadal istnieje i ja mogę Was przez nie przeprowadzić, choć decyzję musicie podjąć sami.

Dlatego List 6 wydaje mi się tak rewolucyjny.

Im bardziej dostrzegam jego zbieżność z myślą Goethego, koncepcją Czwórcy czy psychologicznym rozumieniem symbolu, tym bardziej uważam, że zasługuje przynajmniej na uważną lekturę.

Nie dlatego, że należy w niego uwierzyć, ale dlatego, że stawia intrygujące pytania.

Czy Bóg szuka ludzi bezkrytycznych?

Co jeśli Bóg nie szuka ludzi bezkrytycznych, lecz takich o wystarczająco otwartych umysłach, aby mogli jednocześnie myśleć, wątpić i współtworzyć coś, czego jeszcze do końca nie rozumieją?

Ja nie wiem czego Bóg szuka. Stawiam pytania. Domyślam się, czego szuka, ale nie wiem na pewno.

Coraz mniej widzę jednak w tym Liście konflikt kobiety i mężczyzny, Marii i Piotra, a coraz bardziej napięcie oddzielenia, między logosem a żywym doświadczeniem.

Między formą a życiem.

Między tym, co daje strukturę, a tym, co nieustannie próbuje tę strukturę przekroczyć.

Być może jednak właśnie dlatego Piotr w Ewangelii Marii nie potrafi od razu przyjąć jej świadectwa ani przewodnictwa.

Nie wiem jak dokładnie przebiegał proces ustalania kanonu. Interesuje mnie wymiar symboliczny Ewangelii, nawet nie zawarty w samych słowach, ale w odczuciu.

A w moim odczuciu Piotr nie był złośliwy celowo, nie chce jej zniszczyć celowo, po prostu reprezentował funkcję psychiki, która chroniła istniejący porządek.

Można kogoś za to winić?

Według mnie nie. Tak samo jak nie można winić Marii za to, że czuła to, co czuła, i pozostała temu wierna. Jeśli odczytywać jej historię symbolicznie, była wierna własnemu doświadczeniu – nawet wtedy, gdy doświadczenie to pozostawało w konflikcie z całym światem.

Jest to najwyższy poziom zaufania do siebie. Ale też myślę, że jej wysoki poziom rozumienia.

Przecież każda struktura z natury broni swojej spójności i przewidywalności. Udawanie zdziwienia, co do natury wspólnot wszelakich, wydaje się być nie na miejscu albo po prostu naiwne.

Uznanie świadectwa Marii oznaczałoby bowiem częściowe przesunięcie środka ciężkości z zewnętrznego autorytetu ku wewnętrznemu rozeznaniu. Maria nie potrzebowała badań, teorii ani teologii, żeby wiedzieć, czego doświadczyła.

Być może właśnie ten brak podatności na zewnętrzną kontrolę jest tak drażniący.

Człowiekiem, który ma silną orientację wewnętrzną, znacznie trudniej sterować. Nawet jeśli zastawi się na niego pułapkę, może się z niej wymknąć, ponieważ ma już w sobie punkt odniesienia, do którego potrafi wrócić.

Nie oznacza to, że zawsze podejmie właściwą decyzję ani że nie da się go zranić, zwieść czy dramatycznie wręcz rozczarować. Oznacza raczej, że nie jest całkowicie zależny od cudzych ocen, nakazów i irracjonalnych interpretacji rzeczywistości.

Może ponownie sprawdzić kierunek wewnątrz siebie. Wydaje mi się, że taka właśnie była Maria. Ciekawe, że ona nie przenosi orientacji z doktryny do chaosu, lecz ze sztywnej struktury do żywego doświadczenia.

Tyle że żywe doświadczenie potrafi być tak intensywne, iż samo może zacząć naruszać strukturę, która wcześniej porządkowała świat. Paradoks.

  1. C.G. Jung, Archetypy i symbole. Pisma wybrane, s. 177 []
  2. C.G. Jung, Archetypy i symbole. Pisma wybrane, s. 178 []

Podobne wpisy