Jak wygląda fantazmatyczne ja w relacjach, w pracy, w duchowości, w tożsamości?

Wstęp

Przeanalizujmy krótko jak może wyglądać „fantazmatyczne ja”, o którym pisze Ronald David Laing – czyli takie, które żyje w świecie wyobrażeń, wizji, fantazji, a nie w realnymucieleśnionym doświadczeniu?

Dla formalności u Ronalda Davida Lainga fantazmatyczne „ja” nie oznacza bogatej wyobraźni ani życia symbolicznego jako takiego. Chodzi o strukturę egzystencjalną, w której: główna oś tożsamości przesuwa się z doświadczenia ucieleśnionego do świata wyobrażeń, a fantazja nie wzbogaca relacji z rzeczywistością, lecz ją zastępuje.

Fantazmatyczne „ja” nie jest ani prawdziwym „ja”, ani fałszywym „ja”, nie jest też ego lecz jest intrapsychiczną formą zastępczą, która przejmuje funkcję przeżywania wtedy, gdy:

  • ani autentyczna obecność w świecie,
  • ani adaptacyjne funkcjonowanie nie są psychicznie możliwe.

Fantazmatyczne ja nie jest etapem rozwojowym w sensie liniowym (czyli nie jest tak, że „najpierw fałszywe, potem fantazmatyczne, potem prawdziwe ja”),

To jest stan egzystencjalny, który staje się widoczny, albo może się odsłaniać wtedy, gdy
ani bycie sobą (ucieleśnione, spontaniczne), ani adaptacyjne funkcjonowanie w świecie (to co sprawdzało się do tej pory) nie są już psychicznie możliwe do utrzymania.

I wtedy – w moim rozumieniu – w tym „pęknięciu” ta struktura się ujawnia. Bo fałszywe ja jest adaptacyjne, funkcjonuje w świecie, utrzymuje relacje, role i ciągłość. A fantazmatyczne ja nie jest już w stanie funkcjonować adaptacyjnie, ale też nie ma dostępu do ucieleśnionego „prawdziwego ja”, dlatego przenosi oś istnienia do świata wyobrażeń.

To nie jest „zastęptswo prawdziwego ja” w sensie rozwojowym, ale zastępstwo przeżywania jako takiego, bo fantazmatyczne „ja” przejmuje funkcję przeżywania wtedy, gdy ciało i świat przestają być bezpiecznym miejscem doświadczenia.

Ważne jest to, że fantazmatyczne „ja” nie przekształca się samoistnie w prawdziwe ja, raczej ustępuje, gdy możliwa staje się ponowna:

  • integracja z ciałem,
  • relacyjna obecność,
  • zakorzenienie w rzeczywistości wspólnej.

Prawdziwe ja w tym sensie nie jest stanem, ani ideałem, do którego dążymy, tylko raczej, zwykłą, prostą zdolnością do bycia w kontakcie.

Czyli w ujęciu Lainga fantazmat nie „przekształca się” w prawdziwe ja, lecz traci swoją funkcję w miarę, jak możliwy staje się powrót do ucieleśnionego doświadczenia i relacyjnej obecności.

To, co bywa potocznie nazywane autentycznością, nie jest bowiem trwałym stanem, z którym chodzi się jak ze sztandarem, lecz zmienną, ruchomą zdolnością do znoszenia kontaktu z własnym doświadczeniem – często wyrażającą się najpierw pośrednio, poprzez symbol, twórczość i formy ekspresji, zanim „ta zdolność” będzie mogła zostać w pełni osadzona w ciele i relacji.

W przypadku fantazmatycznej struktury kontakt z innymi ludźmi bywa przeżywany jako zagrażający, pochłaniający lub unieważniający. W takiej konfiguracji wizje, narracje i konstrukty wewnętrzne nie pełnią funkcji ekspresji ani twórczego dialogu ze światem, lecz stają się formą schronienia przed nim.

To rozróżnienie jest kluczowe. Nie chodzi tu o patologizowanie twórczości czy bogatego życia wewnętrznego. Intensywne operowanie symbolami, wyobraźnią czy mitologią samo w sobie nie stanowi problemu — nikt nie „terapeutyzowałby” Tolkiena wyłącznie dlatego, że stworzył Śródziemie.

Pytanie nie brzmi więc: czy ktoś żyje w świecie symboli, lecz: jaką funkcję ten świat pełni. Czy umożliwia kontakt, czy go zastępuje? Czy niesie i pogłębia relację z rzeczywistością, czy raczej od niej oddziela? I wreszcie – przed czym chroni, jeśli staje się jedynym dostępnym miejscem istnienia?

Poniższe przykłady nie są opisem stanu klinicznego, raczej kontinuum doświadczenia. Fantazmatyczna struktura może być ledwie zauważalna – jako delikatne przesunięcie ku narracji, wyobrażeniu czy interpretacji w momentach, gdy ani adaptacja, ani pełna autentyczność nie są jeszcze dostępne.

Więc jak mogłoby wyglądać to fantazmatyczne ja:

W pracy / twórczości

  • Fantazmatyczne ja: np. widzę siebie jako „wielką artystkę”, która stworzy dzieło zmieniające świat – ale w praktyce nie siadam do pracy, bo trzymam się obrazu z wyobraźni.
  • Ucieleśnione ja: Siadam i tworzę – choćby nieidealnie, ale w realnych warunkach, z ograniczeniami mojego ciała i czasu.

W duchowości

  • Fantazmatyczne ja: Przeżywam wizje, w których jestem wybrana, np. mam „szczególną misję”, którą zesłał mi sam Starszy Sierżant Jezus, ale w życiu codziennym czuję się zagubiona, albo niezdolna do prostych relacji, uciekam od ciała i tego co ono naprawdę czuje.
  • Ucieleśnione ja: Pozwalam, by duchowość dotknęła też mojej codzienności: tego, jak oddycham, jem, płaczę, pracuję, uprawiam seks, jak rozmawiam z drugim człowiekiem.

W tożsamości

  • Fantazmatyczne ja: Buduję w głowie wizerunek, że jestem „kimś silnym i niezależnym”, a w rzeczywistości moje ciało drży ze strachu, gdy mam powiedzieć komuś „nie” albo stanąć w swojej obronie.
  • Ucieleśnione ja: Czuję ten strach w gardle, w brzuchu – i może po prostu uczę się powoli wyznaczać granice innym przedstawicielom gatunku, nawet jeśli wychodzi nieidealnie.

Skracając więc:

  • Fantazmatyczne ja żyje w narracjach.
  • Ucieleśnione ja żyje w faktach.

W relacjach

Poniższe przykłady nie są wyjątkami, lecz opisują najbardziej typowe konfiguracje, z którymi ludzie najczęściej się mierzą i o których najczęściej mówią.

Fantazmatyczne ja

Fantazmatyczne „ja” (relacja małżeńska):
Mogę wyobrażać sobie, że mój mąż mnie kocha, bo w mojej narracji istnieje między nami „więź”. W realnym doświadczeniu jednak on tego nie wyraża, nie ma zaangażowania, obecności ani zainteresowania. Fantazja o relacji zastępuje kontakt, którego faktycznie nie ma.

Fantazmatyczne „ja” (relacja zawodowa):
Mogę wierzyć, że mój szef mnie ceni i „widzi mój potencjał”, bo w mojej wyobraźni jesteśmy w relacji opartej na uznaniu. Tymczasem w rzeczywistości komunikacja jest chłodna, instrumentalna lub deprecjonująca, a moje granice są regularnie przekraczane. Fantazja pozwala znieść sytuację, w której realnie nie ma szacunku ani bezpieczeństwa.

Fantazmatyczne „ja” (przyjaźń):

Mogę podtrzymywać przekonanie, że ktoś jest moim bliskim przyjacielem, bo w „moim świecie wewnętrznym” łączy nas historia, lojalność i wspólne znaczenia. W bezpośrednim doświadczeniu jednak nie ma ciekawości, wsparcia ani gotowości do bycia w trudnych momentach. Relacja trwa głównie jako konstrukt wewnętrzny, a nie jako żywy kontakt.

Fantazmatyczne „ja” (relacja romantyczna / randkowa):

Mogę interpretować czyjeś sporadyczne gesty jako dowód głębokiego zainteresowania, budując narrację o „potencjale relacji”, mimo że druga osoba jest niedostępna, niespójna lub znika. Fantazja i narracja na temat relacji wypełnia lukę po braku stabilnej obecności.

W tych wszystkich przykładach nie chodzi o to, że ktoś jest „zły” dlatego, że nie spełnia naszych oczekiwań. Każdy ma prawo zachowywać się w sposób, który jest dla niego dostępny i zgodny z jego możliwościami na dany moment. Problem nie polega na cudzym zachowaniu, lecz na tym, co my z nim robimy.

Trudność zaczyna się w momencie, gdy przestajemy je widzieć takim, jakie jest, a zaczynamy zastępować je fantazją. To, co nie pasuje do wewnętrznej narracji, zostaje pominięte, zracjonalizowane albo „wypełnione” wyobrażeniem – zamiast zostać uznane jako fakt relacyjny.

W istocie chodzi więc o zamianę narracji prowadzonej w głowie na kontakt z rzeczywistością relacji: z tym, co jest realnie obecne, powtarzalne i doświadczalne, niezależnie od tego, jakie znaczenia chcielibyśmy temu nadać.

Ponieważ przeżywanie życia w „rzeczywistości”, a nie w fantazji jest zadaniem „każdego pacjenta”, nawet jeśli iluzja kusi bardziej.

To co rozumiemy pod pojęciem „Iluzji” nie polega wyłącznie na zaprzeczaniu faktom, czy na zaprzeczaniu temu, co faktycznie się dzieje, lecz często na utożsamieniu danej roli z zestawem cech i zobowiązań, które powinny z niej wynikać.

Możemy zakładać, że skoro ktoś jest mężem albo żoną, kochankiem, pracodawcą, przyjacielem, księdzem, rodzicem to dana rola reprezentuje określone wartości, postawy i formy odpowiedzialności.

Jest to oczekiwanie kulturowo zrozumiałe i w sensie normatywnym uzasadnione – ale niekoniecznie zgodne z rzeczywistością relacyjną.

Fakt, że ktoś pełni rolę, nie oznacza jeszcze, że jest z nią tożsamościowo sprzężony (sprzężony, nie zidentyfikowany) ani że uniesie wynikające z niej konsekwencje. Często jest wręcz przeciwnie: rola bywa odgrywana formalnie, podczas gdy realne zaangażowanie, obecność i odpowiedzialność są … jedynie fantazją.

Rola może być więc odegrana bez obecności. Wówczas spełnia funkcję widowiska. I ucieleśnione ja to rozpoznaje.

Kiedy jedność z doświadczeniem przestaje być możliwa?

Fantazmatyczne „ja” utrzymuje spójność narracji kosztem kontaktu z faktami. Prowadzi to nie tyle do „podziału osobowości”, ile do fragmentaryzacji doświadczenia, która może wtórnie prowadzić do wewnętrznych podziałów.

Czyli rozdzielenia między tym, co przeżywane, a tym, co uznawane za rzeczywiste i dopuszczalne. W dłuższej perspektywie taka struktura wymaga istnienia równoległych sposobów funkcjonowania, które nie pozostają ze sobą w integracji.

Gdy narracja zaprzecza doświadczeniu i faktom osobowość nie pęka, lecz rozwarstwia się i wtedy jedność doświadczenia przestaje być możliwa.

Konfrontacja z tą prawdą bywa trudna, ponieważ – z mojego doświadczenia – wymaga najczęściej rezygnacji nie tylko z relacji, ale także z iluzji, że sama rola gwarantuje określoną jakość.

Gdy rola nie jest sprzężona z tożsamością, pozostaje jedynie fakt jej istnienia.

Np. słowo „mąż”, „żona”, „przyjaciel”, „leader”, „szef” to etykieta wysokiej klasy, często naklejona na tanie wino: dopóki patrzysz na nazwę, i ogólny wygląd to wszystko może się zgadza, ale gdy ją odkleisz, zostaje pytanie, czy to, co jest w środku, w ogóle da się wypić? Chodzi o fakty, o to „jak to rzeczywiście smakuje”, a nie jaką obietnicę smaku to daje.

Jeśli patrzeć „okiem kamery”, bez narracji i bez wartościujących przymiotników, widzimy wtedy nie „męża” ani „żonę”, „szefa” czy dowolną osobę „x” lecz ciąg zachowań, reakcji i nieobecności:

Kto inicjuje kontakt, kto go unika; kto mówi, a kto milknie; kto reguluje napięcie żartem, kto kontrolą, kto wycofaniem; jak ciało reaguje na bliskość, dotyk, konflikt; czy między dwiema osobami krąży żywa wymiana, czy jedynie odgrywanie funkcji.

Rola porządkuje rzeczywistość społecznie, ale nie gwarantuje obecności, zdolności do relacji ani dojrzałości emocjonalnej. Może być noszona jak kostium – poprawny, rozpoznawalny, akceptowalny – podczas gdy wewnątrz nie ma dostępu do pragnienia, lęku, odpowiedzialności ani swojego realnego „ja”.

Ucieleśnione „ja”

Ucieleśnione „ja” sprawdza relację w doświadczeniu, a nie w narracji. W faktach, a nie w fantazji. Zamiast pytać, co czuję lub co sobie wyobrażam, pyta: jak to faktycznie działa i czy to mi pasuje?

I ucieleśnione ja jest jest gotowe na odpowiedź.

Bo ono nie znika od naporu faktów.

Jeśli „zabawa w dom”, „zabawa w związek” albo „zabawa w pracę” wymaga stałego wysiłku podtrzymywania formy, napięcia i pozoru, ucieleśnione „ja” to rozpozna. Nie jako dramat, lecz jako informację zwrotną.

I to może prowadzić w różnych kierunkach. Czasem oznacza uświadomienie sobie, że dana relacja kosztuje więcej, niż realnie wnosi do życia, i że istnieje pełne prawo do ochrony siebie.

Innym razem polega na odkryciu, że to, co dzieje się w relacji, jest po prostu zbyt intensywne lub zbyt obciążające – i że potrzebna jest większa przestrzeń.

W obu przypadkach chodzi o to samo: o przywrócenie spójności. Zamiast podtrzymywać stan wewnętrznego rozdwojenia – niespójny, sprzeczny i dezorientujący zarówno dla jednej, jak i drugiej strony – uznajemy fakt, że aktualny układ przekracza nasze możliwości.

Uznanie „to jest dla mnie za dużo” nie jest porażką ani ucieczką, lecz momentem integrującym doświadczenie z rzeczywistością.

Ludzie często nie chcą uznać, że coś jest dla nich „za dużo” bo pojawia się lęk przed zawiedzeniem, porzuceniem albo utratą relacji.

Zamiast rozpoznać własną granicę, co zawsze jest zdrowe – zmuszają się do dalszego trwania, wytwarzając presję, która nie tylko nie rozwiązuje problemu, ale dodatkowo wszystko dezorganizuje. Wtedy pojawia się chaos.

Istnieją relacje oparte na przepływie – takie, które mogą być intensywne, wymagające, a czasem także konfrontujące – ale koszt, jaki się w nich ponosi, pozostaje do uniesienia. Nie prowadzi do utraty siebie, wewnętrznego rozwarstwienia ani konieczności zaprzeczania własnemu doświadczeniu.

Intensywność sama w sobie nie jest problemem; problemem jest sytuacja, w której relacja wymaga stałego przekraczania swoich granic psychicznych i emocjonalnych kosztem własnej spójności wewnętrznej.

Presja nie jest wyrazem pragnienia ani autentycznego „tak”. Nie wynika z oddechu, ani z chęci doświadczenia, z poczucia, że czegoś naprawdę chcę. Jest raczej napięciem pomiędzy ludźmi – układem, w którym ludzi przyciągają do siebie napięcia, a nie swobodny przepływ, w którym również owe napięcia mogą poczuć się bezpiecznie.

Najważniejsze zdanie sprawdzające, czy ego jest osadzone w rzeczywistości:

„Czy to, co o sobie myślę lub wyobrażam jest potwierdzane w realnym doświadczeniu – w zachowaniach, relacjach i faktach — nawet wtedy, gdy jest to dla mnie niewygodne?”.

Ego jest osadzone w rzeczywistości wtedy, gdy jego tożsamość wynika z doświadczenia, a nie z narracji o potencjalnej możliwości doświadczenia.

  • Jeśli ciało ma głos i możliwość wyrażenia siebie, relacja ma realne znaczenie. Wtedy fakty mogą boleć – a mimo to nie niszczą ja.
  • To nie jest fantazmat, tylko żywe ego: wrzucone w świat, ucieleśnione, torujące sobie drogę pośród realnych przeszkód, ze świadomością braku gwarancji rezultatu. 

Żywe ego

→ może cierpieć, bo mimo tego, że cierpi to wie, że istnieje
→ może się mylić
→ może być czasem słabe i nieporadne
→ może stracić ulubioną iluzję
→ ale nie traci siebie

Fantazmatyczne ja

→ nie może pozwolić sobie na ból faktów, bo fakty je niszczą
→ więc musi je zneutralizować jakimś znaczeniem
→ bo prawdziwy ból = zagrożenie istnienia

Podobne wpisy