Jak trafiłam na Plan Pojednania – i o trudnościach w procesie twórczym

Opisuję nie tylko to, jak trafiłam na Plan Pojednania, lecz także trudności, które towarzyszą mi w jego przekazywaniu. Piszę o wewnętrznym konflikcie, oporze, zmęczeniu i wątpliwościach związanych z Ideą Pojednania.

Być może moje doświadczenie doda wytrwałości tym, którzy – mniej lub bardziej chętnie – zastanawiają się, czy odpowiedzieć na to wezwanie i czy nie jest ono jedynie wytworem ich własnego umysłu.

Wiem, że opisywane trudności nie są charakterystyczne tylko dla mnie, bo On schodzi w rozproszeniu.

Jak trafiłam na Plan Pojednania i przemyślenia o intelektualistach

Na Plan Pojednania trafiłam właściwie przypadkiem – po rozwleczonej w czasie próbie skondensowania ośmiu okresów w życiu człowieka w jeden intensywny proces.

Moja praca zawodowa wymaga szukania rozwiązań możliwie optymalnych, ale też trochę kreatywnych, dlatego podobny sposób myślenia zaczęłam stosować także do rozumienia procesów psychicznych i duchowych.

Po przeczytaniu tego obszernego przekazu zaczęłam dostrzegać tożsame idee w pracach wielu autorów zajmujących się psychologią, kulturą, relacjami i rozwojem człowieka.

Nie oznacza to rzecz jasna, że autorzy ci świadomie czerpali z jednego źródła. Dla mnie jednak ich myśl zaczęła układać się w szerszy wzór. Z tego powodu kluczowe dla rozumienia Planu Pojednania wydają mi się nie tylko dawne tradycje, lecz szczególnie dorobek ostatnich dekad.

Przez wiele waszych dekad usiłowaliśmy przeniknąć Umysł Ludzkości po to, by zarówno obudzić jego rozumienie Hamowania ORAZ by pomóc stworzyć środki do zaprzestania hamowania. Można by postrzegać to pierwsze jako ewolucję psychologii (rozumienia), zaś praktyki energetyczne skupione na „Ciele i Umyśle” można by określić jako sposoby zaprzestania hamowania.

List 6 z „Nowych Listów Jeszuy”

Część autorów, których prace pomogły mi zobaczyć te związki, umieściłam w bibliografii. Jednak początkowo traktowałam List 6 głównie jako interesującą ciekawostkę.

Z pewnym dystansem ale wyobrażałam sobie, co mogłoby się wydarzyć, gdyby zebrała się grupa rozsądnych, wykształconych ludzi (niekoniecznie formalnie wykształconych) i wspólnie przeanalizowała jego treść.

Ciekawe jest dla mnie to – jeśli przyjąć perspektywę przekazu – że Mistrzowie mieli przenikać przede wszystkim umysły intelektualistów. Pod pewnym względem intelektualiści przypominają ateistów.

Nie dlatego, że w nic nie wierzą, lecz dlatego, że rzadko organizują się wokół samego braku wiary. Ateiści nie spotykają się przecież regularnie po to, by wspólnie obradować nad tym, jak bardzo „mają na wszystko wyjebane”.

Mam nadzieję, że mimo użycia słowa powszechnie uznawanego za wulgarne sens tej metafory pozostaje czytelny. Chodzi mi o to, że brak wspólnego języka czy rozpoznanego źródła nie oznacza braku podobnych intuicji.

Ludzie mogą przecież być z różnych środowisk, a jednak „z grubsza” zgadzać się ze sobą.

Idee mogą pojawiać się w wielu umysłach niezależnie, lecz dopóki nie zostaną nazwane i zestawione ze sobą, nie tworzą wspólnego pola refleksji.

W kontekście Listu 6 znaczenie miało to, że studiowałam politologię i kulturoznawstwo, a psychologią interesowałam się hobbystycznie. Nie traktowałam żadnej z tych dziedzin z akademicką gorliwością, ani precyzją, ani nawet z rzetelnością badacza.

Ważniejsze było to, że studia nauczyły mnie patrzeć na idee przekazywane w Planie Pojednania jednocześnie z kilku perspektyw: społecznej, politycznej, kulturowej i psychologicznej.

Dzięki temu nie odbierałam Listu, ani samego Planu Pojedniania wyłącznie jako „przekazu duchowego”.

„Czerwoną Księgę” przeczytałam między innymi dlatego, że jej autorem był psychiatra. Po „Kurs Cudów” sięgnęłam z podobnego powodu: Helen Schucman miała doktorat z psychologii i pracowała naukowo na stanowisku profesorskim.

Ani Jung, ani Schucman nie sprawiali więc na mnie wrażenia osób bezkrytycznie zanurzonych we własnych wizjach, snach czy doświadczeniach wewnętrznych. Przeciwnie – interesowało mnie właśnie napięcie między ich intelektualnym przygotowaniem a treściami, które wykraczały poza zwykły racjonalny opis rzeczywistości.

Schucman była intelektualnie zdyscyplinowana, sceptyczna wobec własnych doświadczeń i świadoma napięcia między racjonalnym umysłem a treścią, którą spisywała.

Dlatego zarówno w „Kursie Cudów”, jak i w Liście 6 interesują mnie nie tylko duchowe deklaracje, lecz także założenia dotyczące człowieka, relacji, władzy, wspólnoty i przemiany społecznej.

Tym bardziej że chodzi o przemianę tak głęboką, iż z ludzkiej perspektywy może wydawać się niemożliwa do przeprowadzenia wyłącznie siłą woli, wiedzy czy dobrych intencji.

To właśnie w tym miejscu pojawia się pytanie o udział Boga – nie jako zastępstwo dla ludzkiego działania, lecz jako źródło przemiany, której człowiek sam nie potrafi w pełni dokonać.

Wizja

Najdziwniejsze było jednak dla mnie to, że jakiś czas po przeczytaniu Listu doświadczyłam intensywnej wizji z postaciami przypominającymi Jezusa i Marię Magdalenę.

Sytuacja między Nimi miała wyraźnie intymny charakter – na tyle, że zamknięcie oczu, sprawdzona w dzieciństwie metoda radzenia sobie ze scenami erotycznymi, tym razem okazała się całkowicie nieskuteczna.

Wizji towarzyszyły silne i nietypowe odczucia w ciele, szczególnie w okolicy serca, ale również w całym układzie nerwowym. Miałam wrażenie, że ego weszło w stan najwyższej gotowości, jakby doświadczenie to zostało rozpoznane jako zagrożenie dla dotychczasowego sposobu myślenia i funkcjonowania.

Najbardziej zdziwiło mnie wyraźne „uruchomienie” tej części organizmu, ponieważ serce nie było dotąd miejscem, które kojarzyłam ze zbliżeniem. Sam fakt, że pojawiło się tam intensywne czucie, był dla mnie czymś całkowicie nowym.

Nie przedstawiam „wizji” jako dowodu i nie oczekuję, że ktokolwiek potraktuje moje wewnętrzne jazdy ze świętymi postaciami jako potwierdzenie czegokolwiek.

Mogę jedynie powiedzieć, że doświadczenie było dla mnie realne, poruszające i miało konsekwencje dla sposobu, w jaki zaczęłam rozumieć ten przekaz.

Najtrudniejsze było jednak to, że dopiero ta wizja – nie wchodząc w kwestie „prawdziwości” – pozwoliła mi poczuć, czym jest miłość. W tym samym momencie pojawiło się bolesne przekonanie, że wcześniej nigdy nie byłam kochana.

A przynajmniej nie w taki sposób w jaki On ją kochał.

To objawienie odsłoniło mi moje dotychczasowe doświadczenie „miłości” czyli powiedzmy, że to rozległa różnica między tym, co dotąd nazywałam miłością, a tym, co wtedy poczułam.

Od tamtej pory pozostaję jednak wobec Planu Pojednania w wyraźnej ambiwalencji.

Plan Pojednania ambiwalencja

Jedna część mnie wciąż do tego przekazu wraca. I do Kursu, i do Listu. Czasem orientuję się, że znów go czytam, a w zupełnie przypadkowych sytuacjach dostrzegam kolejne powiązania lub są mi one pokazywane.

Towarzyszy temu silna potrzeba rozwijania idei pojednania, którą odnajduję w przekazach przypisywanych Jeszui – zwłaszcza tych funkcjonujących poza oficjalnym nauczaniem Kościoła.

Ale nie da się wytłumaczyć idei Pojednania inaczej niż przez szeroką edukację zgodną z Duchem Czasu.

A to jest bardzo dużo pracy.

Przemyślenia o Planie Pojednania i Liście 6 z „Nowych Listów Jeszuy”.

Jung pisał o wewnętrznej grze przeciwstawnych sił, która rozgrywa się w każdym człowieku. W tym sensie także moja „druga część” ma swoje miejsce i swoją rację: jest już tym wszystkim naprawdę zmęczona.

Szczególnie wtedy, gdy osobowość nie znajduje się w trybie intensywnego wglądu, podwyższonej energii, która łatwo może prowadzić do inflacji, co zresztą słychać na powyższym nagraniu.

Ta moja zwyczajna, codzienna część jest raczej niechętna samemu Listowi, sceptyczna wobec „przedsięwzięcia” i zupełnie niebawiąca się w tym procesie tak dobrze, jak mogłoby się wydawać po tym co czasem jest tu publikowane.

Opór wobec Planu Pojednania i trudności w przekazywaniu treści

Ta standardowa część jest też bardzo oporna wobec zobowiązań, które zdają się wynikać z idei Pojednania.

Najbardziej racjonalnym językiem, jakim potrafię dziś to opisać, jest język silnego wewnętrznego konfliktu.

Jedna część mojej psychiki jest skierowana ku SENSowi, mogę powiedzieć, że ku służbie i przekazywaniu idei Pojednania.

Druga część mnie chce zachować autonomię, zajmować się własnym życiem i pracą oraz nie podporządkowywać się temu doświadczeniu. Trudność nie polega jednak wyłącznie na jego intensywności.

Wymaga wejścia w sposób pracy, w którym mniej lub bardziej świadomie odsuwam własne ego, kontrolę i potrzebę autorstwa, bo wiem, że ono nie jest w pełni moje. I w takim stanie nie mam poczucia, że piszę dokładnie „jako ja”.

Raczej udostępniam swoją uwagę, wiedzę i język temu, co pojawia się jako inspiracja, skojarzenie, interpretacja lub wewnętrznie niezwykle spójna idea.

Nadal pozostaję odpowiedzialna za ostateczny tekst, jego sens i formę, ale sam proces wymaga ode mnie dużej otwartości oraz czasowego zawieszenia potrzeby pełnej kontroli.

To są często wielogodzinne sesje pisania.

Nawet współczesne modele językowe, choć niesamowicie ułatwiają pracę redakcyjną, stylistyczną i wpływają na spójność tekstu, zazwyczaj nie są w stanie samodzielnie uchwycić tych idei bez precyzyjnego wskazania kontekstu: konkretnego cytatu, obrazu, doświadczenia i sposobu, w jaki łączą się one w większą całość.

Proces jest więc nie tylko czasochłonny, ale również obciążający. Wymaga jednoczesnego otwarcia na treść i zachowania zdolności krytycznej oceny, co jest trudne wobec nauczań o miłości, szczególnie znając ego i jego obrony.

Poczucie ograniczonej kontroli

Najbardziej stresujące jest poczucie ograniczonej kontroli nad tym, co się pojawi, jak długo potrwa ta praca i dokąd ostatecznie doprowadzi. Może dla artystów to jest normalne, taki „twórczy szał”, ale dla mnie to dziwne, żeby być jednocześnie autorką i czytelniczką własnego tekstu.

Jedna część zapisuje i rozwija treść, druga obserwuje ją z dystansu i nie zawsze pozostaje z nią w pełnej zgodzie. Czasem chce powiedzieć NIE, ale nie może. Towarzyszy temu niekiedy bardzo konkretne napięcie: obawa, że „ta druga część” napisze lub opublikuje coś, czego „ta pierwsza” nie chciałaby później firmować.

Takie wrażenie na szczęście towarzyszy mi na ogół tylko podczas przekazywania tych treści.

Jednocześnie wiem, że każdy z nas, dopóki żyje, nie może po prostu unieważnić żadnej z nich. Można próbować je rozumieć, wyznaczać granice i szukać między nimi porozumienia, jakiejś formy zgody ale nie można uczciwie uznać jednej za ważną, a drugiej za zupełnie nieistotną.

Wiem również, że całe to doświadczenie można opisać w czysto jungowskich kategoriach: jako napięcie między ego a autonomiczną treścią psychiczną, która domaga się uznania.

Jednak sam fakt, że coś jest „jungowskie”, zwykle niewiele ułatwia i jeszcze mniej wyjaśnia.

Wiedziałem o sobie tak niewiele, a to co wiedziałem było tak wewnętrznie sprzeczne, że żadnego zarzutu nie mogłem odeprzeć z czystym sumieniem. (…) Naturalnie, wewnętrzną sprzeczność kompensowałem dziarską miną, a mówiąc dokładniej, defekt kompensował się sam, bez mojej woli. (…) w głębi duszy zawsze wiedziałem, że jestem dwoma. Jeden był synem moich rodziców, chodził do szkoły i był znacznie mniej pojętny, uważny, pilny, rzetelny i czysty w wielu swoich zamiarach. Drugi natomiast był dojrzały, a nawet stary, sceptycznie nastawiony do życia, nieufny, obcy światu i ludziom (…) Kiedy tylko znajdowałem się bez towarzystwa mogłem wejść w ten stan. Tu w pełni czułem własną godność, tu czułem się naprawdę człowiekiem. Dlatego szukałem spokoju i samotności tego innego siebie – tego numeru 2. Gry i rywalizacja między osobowością numer 1 i osobowością numer 2, ciągnące się przez całe życie, nie miały nic wspólnego z „rozszczepieniem” w medycznym sensie tego słowa. Wręcz przeciwnie. Gra ta rozgrywa się w każdym człowieku. (…) Numer 2 to postać typowa; często jednak świadome rozumienie tego faktu, nie wystarcza, by pojąć, że jest się także i tym.

Carl Gustav Jung, Wspomnienia, myśli, sny

Dlatego ten sposób pracy wymaga nie tylko otwartości, lecz także późniejszego powrotu do krytycznego namysłu, redakcji i świadomej decyzji, za które treści rzeczywiście chcę wziąć odpowiedzialność, a za które nie.

***

Dział Plan Pojednania jest wyrazem szacunku dla pracy Helen Schucman, która spisała przekaz „Kursu Cudów”, oraz dla tej części mnie, która od lat pozostaje w relacji z dwoma przekazami i traktuje je poważnie – nawet wtedy, gdy inne części nadal stawiają wobec nich silny opór.

Reasumując: człowiek ma wolną wolę i może podejmować decyzje, ale nie jest jedynym „władcą we własnym domu”. Działają w nim również nieświadome potrzeby, mechanizmy obronne, lęki, pragnienia, autonomiczne treści psychiczne i Wyższa Instancja.

Stąd może brać się wrażenie wewnętrznej wojny – szczególnie wtedy, gdy próbuje się przekazywać idee istotne dla Pojednania. Największy opór wywołują jednak nie same duchowe narracje, lecz treści przeznaczone do ucieleśnienia.

Dopóki pozostają wzniosłymi ideami, można je podziwiać z bezpiecznego dystansu. Kiedy zaczynają domagać się zmiany sposobu myślenia, budowania relacji, stawiania granic i brania odpowiedzialności na swoje czyny, uruchamiają miejsca najbardziej wrażliwe i bronione.

Podobne wpisy