Trauma pokoleniowa jak ją zatrzymać?
Trafiłam na film na YouTube: „Trauma pokoleniowa kończy się tutaj” (@awakeningwithbrian).
Pod cytatem autora, który ma prawie 60 tysięcy subskrybentów, mój komentarz polemiczny. Nie dlatego, że się nie zgadzam, ale dlatego, że widzę zagrożenia dla prowadzonej narracji.
Trauma przechodzi z pokolenia na pokolenia, aż ktoś będzie gotowy się z nią zmierzyć. Dla większości rodzin strategią przetrwania jest schemat unikania (rozmów, uczuć, emocji).
Unikanie bólu, przerzucanie tego bólu na innych ludzi nie sprawia, że on znika. Ten ból domaga się by go poczuć i zobaczyć.
Pewnego dnia w rodzinie urodzi się dziecko, które będzie dźwigać ciężar wszystkich pokoleniowych traum. I to dziecko będzie musiało zebrać się na odwagę i stawić czoła temu czego nie udało się poprzednim pokoleniom.
To dziecko będzie „czarną owcą”. Nie będzie przestrzegać norm. Będzie kwestionowane. Będzie krytykowane. Będzie odrzucane. Będzie zawstydzane za to, że nie zgadza się ze status quo.Ale jeśli to dziecko nie pęknie pod presją, napisze zupełnie nową historię dla przyszłych pokoleń. Ostatecznie stanie się latarnią morską dla innych, jak uwolnić się z łańcuchów.
@awakeningwithbrian kanał YouTube
Zagrożeniem w takim myśleniu jest heroizacja jednej osoby – to może być niebezpieczne, gdy ktoś zaczyna wierzyć, że ma zbawić cały system rodzinny albo, w skrajnej wersji, świat.
Po intensywnych doświadczeniach związanych z nieświadomością taki impuls nie jest jednak całkowicie niezrozumiały. Czasem pojawia się potrzeba opowiedzenia, nadania znaczenia, przekazania czegoś dalej.
Problem zaczyna się wtedy, gdy wewnętrzny ruch czy dynamika własnej psychiki – zostaje pomylona z „misją zbawczą”. Historia psychologii pokazuje, że wielu analityków i psychiatrów schodziło bardzo głęboko w swoje „ciemne rejony” i z tych ciemnych zejść powstawały przecież spójne teorie opisujące ludzką psychikę.
Te teorie pozwalały też oświetlić drogę innym ludziom, żyjących po nich. To jest cenne. Nierzadko jednak, było to działanie służące utrzymaniu własnej integralności psychicznej – sposobem na uporządkowanie doświadczenia, a nie stworzenie „uniwersalnego wzorca”.
Cudza droga nie może być szablonem dla Twojego życia.
Bywa raczej przestrzenią, w której Dorosły i Dziecko próbują razem zrozumieć to, co wcześniej było chaosem. Tak się dzieje na ogół wtedy, gdy wyzwalamy się spod wpływu wewnętrznego Rodzica. Bo to ten stan ego, chroni przed kontaktem z dynamiczną nieświadomością, ale odłączanie go uniemożliwia „normalne funkcjonowanie”.
Więc integracja, nie wykluczenie.
A integracja treści nieświadomych jest procesem i wymaga ostrożności: między impulsem tworzenia a narracją o misji istnieje cienka granica. To, co rodzi się z doświadczenia, może stać się językiem opisu – ale nie powinno automatycznie przekształcać się w mit bohatera, czy wykluczonej owcy – tak jak sugeruje to autor filmu.
Wątek traumy międzypokoleniowej jest ważny i znajduje potwierdzenie zarówno w psychologii jak i religii. Ta ostatnia mówi o „grzechu pokoleniowym”, ale nie jak o karze, ale raczej uwypukla to, że konsekwencje działań przodków rzutują na 4 pokolenia. Eric Berne, który badał w co grają ludzie też wskazywał na kilka generacji – 5 pokoleń wstecz. Podkreślał, że tak można to wszystko śledzić.
A zmiana może mieć geometrycznie postępujące skutki.
Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy zjawisko to zostaje ujęte w narracji o „jednym dziecku-zbawcy”, na każdą rodzinę, które ma dźwigać ciężar całego systemu.
Taka heroizacja jest psychologicznie ryzykowna. Zamiast realnego procesu zmiany pojawia się mit bohatera lub utrwalanie roli ratownika – mit łatwo prowadzi do inflacji osobowości, a ratownik – zawsze musi zmienić rolę w trójkącie.
I choć Jung pytał „jaki jest mit w który ty żyjesz?” – to odpowiadanie sobie na to pytanie „zbyt serio” prowadzi do nadodpowiedzialności i izolacji jednostki.
Z perspektywy psychologii relacyjnej zmiana rzadko jest dziełem jednej osoby. Moglibyśmy zapytać jak duży autorytet musiałby mieć konkretny człowiek, w oczach innych, żeby zmiana była „jego dziełem”.
Proces bardziej przypomina powolne przesuwanie granic w systemie: ktoś zaczyna widzieć więcej i nie ignoruje tego, ktoś inny przestaje podtrzymywać dawną grę, jeszcze ktoś uczy się nazywać to, co wcześniej było przemilczane.
I już samo to, bywa, że jest wystarczająco stresujące.
Osoba, która przerywa schemat, bywa nazywana „czarną owcą”, ale nie dlatego, że ma zostać uciemiężona, lecz dlatego, że przestaje uczestniczyć w nieświadomych umowach podtrzymujących równowagę systemu. A korzenie tych nieświadomych umów, cóż… – nie wiemy przecież jak do tego doszło.
Rola osoby, która się z tym uczciwie mierzy – nie polega na niesieniu całego ciężaru przeszłości, lecz na wprowadzeniu nowego sposobu bycia – a to zawsze jest proces rozłożony w czasie i rozłożony między ludźmi.
Dlatego bardziej adekwatne wydaje się myślenie o przekazie pokoleniowym nie jako o historii jednego bohatera, który zmienia świat, ale jako o dynamice wspólnej, w której kolejne osoby wnoszą swoją część świadomości, a nie realizują koncepcję winy, kary, osądu. Trochę jak w ewangelii Tomasza, to ludzie ludzi będą chronić wzajemnie w tych procesach.
Zmiana nie jest więc aktem heroizmu „złotego dziecka”, tylko konsekwencją stopniowego wychodzenia z gier i wychodzenia z unikania konfrontacji ze sobą.
Czasem osoba, którą system nazywa „czarną owcą” jest po prostu kimś kto:
- jest gotowy czuć to, co inni musieli zamrozić lub stłumić (złość, seksualność, rozpacz, destrukcję, pragnienie władzy, ból, żądzę, chęć zemsty, zazdrość, miłość do obiektu, pragnienie zniszczenia obiektu itd.),
- mówi to, co wcześniej było niewypowiedziane,
- odmawia podtrzymywania iluzji, którymi żyje „ten świat”, ale nie wyklucza siebie jako uczestnika, który przecież też gra w „ten świat”.
Nie każda osoba, która wychodzi ze swojego wzorca, musi być odrzucana. I NIE, nie każda osoba musi zostać latarnią dla innych.
Czasem najzdrowsza wersja tej drogi jest bardzo cicha i zwyczajna. Im bogatsze życie wewnętrzne, im więcej napięcia się niesie, tym spokojniejsze i bardziej przewidywalne powinno być życie codzienne.
Wystarczy być osobą, która po prostu zaczyna uczyć się żyć inaczej, ale dla siebie samej. Bo zatrzymanie traumy pokoleniowej wygląda mniej jak epicka walka, gdy trzymamy się ziemi, a bardziej jak mikro-decyzje:
- zauważenie tych reakcji, które „nie należą do teraźniejszości”,
- uczenie się regulacji emocji zamiast ich tłumienia,
- stawianie granic bez potrzeby udowadniania swojej racji,
- stawianie granic bez potrzeby zmiany czyjegoś zachowania,
- stawianie granic tylko po to, żeby ktoś przestał je przekraczać, a nie żeby testował je dalej,
- przechodzenie od lojalności wobec bólu systemu rodzinnego do lojalności wobec życia.
I te proste rzeczy są czasem wystarczająco trudne, więc nawet te mikro decyzje bywa, że są trochę heroiczne, choć nie ma tam – w prawdzie – nic spektakularnego. Ludzkie zmagania raczej niż „wielkie sprawy”.
W opisie autora jest dużo siły i sensu, ale też potencjalnie bardzo trudna rola: tej lub tego, którzy muszą „unieść” coś za kogoś.
Proces zdrowienia częściej zaczyna się w momencie, kiedy ktoś przestaje być latarnią i zaczyna być po prostu obecny w swoim własnym życiu. Bez względu na to, jak to życie wygląda.
Bycie obecnym zaczyna się od odwagi kształtowania tego życia tak, żeby chciało się w nim zostać. I żeby chciało się być w nim obecnym. Życie, którym musisz żyć jest torturą.
Bo nie sposób uczyć się obecności w życiu, z którego chce się zniknąć.
Ten etap jest trudny, bo wymaga podwójnego ruchu i akceptacji paradoksu tj. uznania własnego pragnienia i jednocześnie nieopierania na nim swojego istnienia. Obecność nie polega na braku chcenia, tylko na nie byciu niewolnikiem swoich pragnień i „chceń”, lecz na zdolności pozostania w kontakcie z życiem także wtedy, gdy to, czego się chce, nie wydarza się.
Paradoks polega na tym, że dopiero gotowość na niespełnienie – a więc także na porażkę – to jednocześnie odwaga, żeby powiedzieć „pragnę” i pozwalać pragnieniu być, a jednocześnie przestać pozwalać mu rządzić całym doświadczeniem.
