||

Dlaczego Venom ryzykował taniec z Panią Chen? Czyli odwrócenie stereotypu demona

Dlaczego Venom ryzykował?

Chodzi mi o tę, komiczną scenę:


Venom ryzykuje, bo po raz pierwszy doświadcza czegoś, co nie jest walką ani dominacją i próbą kontrolowania go, tylko relacją.

Pani Chen nie traktuje go jak potwora ani narzędzia.

Daje mu coś bardzo prostego: uwagę, normalność i jego „ulubione czekoladki”.

Dla istoty, która całe życie funkcjonowała w logice przetrwania i siły, to jest nowe doświadczenie, widocznie warte ryzyka. I jak widać – w powyższej scenie – nie tylko ryzyka rozczarowania.

On chce z nią zatańczyć, mimo że Eddiemu się to nie podoba, być może dlatego, że wie, że jego napięcie, którym jest on nie musi być rozładowywane agresją ani seksem. Taniec jest ruchem synchronicznym, nie konfrontacyjnym.

Dla Eddiego to jest dziwne, bo są w jakiś sposób ze sobą sprzężeni. Więc kiedy Venom może zawiesić swój instynkt kontroli, Eddie tez jakoś to odczuwa. Więc ryzykuje, bo na chwilę oddaje inicjatywę komuś innemu. To dla postaci, właściwie w całości opartej na przetrwaniu jest niemal sprzeczne z jej naturą.

Kolejny aspekt to doświadczenie bycia widzianym bez diagnozy czy oceny, np. takiej, że on nie pasuje do świata ludzi. Pani Chen nie próbuje go zmienić ani oswoić. Ona po prostu jest z nim w kontakcie.

Dla kogoś przyzwyczajonego do walki o miejsce w świecie to może być bardziej destabilizujące niż jawna przemoc.

Psychologicznie i trochę jungowsko Venom przy Eddiem zaczyna się humanizować. Eddie nie jest idealny – nazywa go pasożytem i widać, że on go denerwuje, a cała relacja jest dla niego problematyczna – ale jednocześnie Eddie uznaje jego istnienie.

A uznanie często jest ważniejsze niż perfekcyjna akceptacja.

Taniec z panią Chen pokazuje moment, w którym „cień” nie tylko walczy, ale po prostu chce uczestniczyć w świecie ludzi. I to jest wzruszające.

I wtedy ryzyko śmierci, bycia pochwyconym, zdemaskowanym, obnażonym, wykluczonym ze świata ludzi, którzy grają w tę grę, staje się ceną za możliwość doświadczenia czegoś żywego, choćby przez chwilę.

Przynajmniej póki żyje Eddie.

Relacja symbiont–gospodarz jest o tyle skomplikowana, że to ciągła negocjacja kontroli: kto prowadzi, a kto wpływa?

Status związku?

„To skomplikowane”.

Odwrócenie stereotypu demona

Ta scena jest prawie jak odwrócenie stereotypu demona. Demon zwykle kusi, coś knuje lub niszczy i przeraża, a tutaj… tańczy. To pokazuje, że to, co groźne, przerażające i „złe” kiedy zostaje zobaczone i potraktowane jak ktoś, a nie coś może ujawnić swoją potrzebę więzi.

Miłość nie negocjuje swojej tożsamości. Miłość nie ratuje się kosztem Prawdy. Miłość woli zostać odrzucona niż udawać kogoś kim nie jest.

@Inspiracje_Ewangeliczne (YouTube)

Nie chodzi o to, że wszystkie demony są super, tylko bardziej o pokazanie, że nawet „ciemna część” reaguje lub może reagować na relacyjność.

Relacja z panią Chen jest wolna od celu, który zwykle organizuje ludzkie spotkania: nie chodzi o ich wspólną przyszłość, ani o zobowiązanie się do czegoś czy nową rolę, w którą on będzie musiał wejść.

To kontakt pozbawiony ramy projektu.

Taniec nie jest wstępem do czegoś większego. Jest zdarzeniem samym w sobie.

I właśnie ta bezinteresowność może być dla niego pociągająca, nawet jeśli nie jest pociągająca dla jego gospodarza. Bo kiedy znika interes, to znika kontrola, która organizowała jego spotkania.

Venom po raz pierwszy nie musi walczyć o miejsce ani budować tożsamości poprzez funkcję. Może po prostu być w relacji, która niczego konkretnego od niego nie chce. I nie jest walką na śmierć i życie, choć Venom zaryzykował śmierć.

Ale nie personalnie dla pani Chen, tylko dla samego doświadczenia bycia kimś, a nie tylko czymś w ludzkim świecie.

Ryzykował dla chwili, w której nie jest bronią ani pasożytem, ani celem czyjegoś ataku tylko partnerem w tańcu.

Dlaczego nie bać się głosu w głowie?

Ponieważ;

Do nielicznych należą ci, którzy od czasu do czasu, nie słyszeliby w swej głowie głosu demona podpowiadającego im, by sprzedali wtedy gdy powinni kupić, by pozostali wtedy kiedy powinni odejść, czy też mówili wtedy, kiedy powinni milczeć.

Eric Berne, Dzień dobry i co dalej, s. 161

Metafora „ziemian” i „marsjan” u Berna nie jest wezwaniem do eskapizmu. To model zmiany perspektywy. Niezależnie od motywów autora np. potrzeby wyjątkowości czy naiwności Dziecka – jej praktyczny sens polega na odzyskaniu autonomii poznawczej: zdolności myślenia, które nie reprodukuje bezrefleksyjnie wzorców odpowiedzialnych za powtarzalne cierpienie.

I nie reprodukuje automatycznie tego, co już doprowadziło do powtarzalnych kryzysów.

Bo gdyby Marvel Comics było nazwą kliniki, można by odnieść wrażenie, że próbuje opowiadać o tym samym, o czym pisał Eric Berne. U Berna „demoniczność”, tak jak u Hillmana czy Junga – nie jest cechą jednej konkretnej osoby, której „odwaliło” – jest potencjałem obecnym w każdym człowieku.

Nawet jeśli nie każdy człowiek jest swojego potencjału świadomy.

Wydarzenia i nazwy same w sobie pozostają neutralne – znaczenie nadaje im sposób użycia i interpretacja. Krzesło może być miejscem odpoczynku albo narzędziem przemocy; nóż może służyć do krojenia chleba albo do zadawania ran.

Podobnie z „demonem”: nie jest on jedną jakością, lecz zbiorem możliwości, które aktualizują się w zależności od świadomości i kontekstu danej relacji.

Chyba próbuję zwrócić uwagę na to, że brakuje języka pośredniego między trzema skrajnościami:

  • „to tylko metafora”, co spycha doświadczenie wyłącznie w obszar sztuki, której nie bierze się przecież serio,
  • „to wydarzenie wewnętrzne o charakterze religijnym”, którego nie bierze się serio, o wiele bardziej niż sztuki (w moim środowisku),
  • oraz „to objaw kliniczny”, co natychmiast przenosi je w porządek diagnozy.

Pomiędzy nimi pojawia się jeszcze jakiś osobny język duchowy, który bywa rozmyty, nieprecyzyjny, przez co zamiast porządkować doświadczenie, nierzadko je dodatkowo zaciemnia.

Tymczasem wierzę, że istnieje przestrzeń pomiędzy – nie należąca ani do artystycznej wyjątkowości, ani do spektrum psychiatrycznego – w której doświadczenie symboliczne może być rozumiane bez redukowania go do fantazji autora lub patologii.

Język pośredni ma tę zaletę, że nie neguje faktów klinicznych ani wartości metafory, lecz pozwala uchwycić ich wspólny obszar znaczeń.

Dlatego poniższe zdanie nie traci dziś na aktualności;

musimy z wolna podnieść na wyższy poziom ów niedorozwinięty umysł i powiększyć liczbę tych, którzy będą w stanie, przynajmniej intuicyjnie, przeczuć nośność prawdy paradoksalnej.

C.G. Jung, Psychologia a alchemia, s. 25

„w odleglejszej perspektywie”, „z wolna”…

Żeby się nie okazało, że trzeba będzie kiedyś przyspieszyć.

Zawsze mnie zastanawiało dlaczego według Junga to było tak ważne? Dlaczego on pisał „musimy”. Nie ostrożniej, mniej ofensywnie np.:

  • „dobrze by było się tym zająć”, albo;
  • „przydałoby się zwrócić uwagę społeczeństwa”, i też nie;
  • „proponuję, żebyśmy to zrobili”.

On pisał, że musimy to zrobić.

Aparat skryptowy zwycięzcy zbudowany jest podobnie, lecz programowanie jest tutaj bardziej adaptywne. Człowiek dysponuje zazwyczaj większą autonomią, gdyż otrzymuje więcej przyzwoleń. Jednak przynoszący niespodziewaną przyjemność lub smutek demon tkwi we wszystkich istotach ludzkich.

Berne, E. (2015) Dzień dobry… i co dalej? Przeł. M. Karpiński. Wydanie II poprawione. Poznań: Dom Wydawniczy Rebis.

W Uniwersum Marvela Venom nie jest jednostką, lecz jest połączeniem człowieka i obcego symbionta.

W obu ujęciach chodzi więc o tę samą intuicję – że napięcie między tym, co własne i obce, nie dotyczy „ludzi wybranych”, ale stanowi po prostu element ludzkiej kondycji.

Relacja symbiont-gospodarz

Komiksowy Venom jest bardziej jak dajmon. W komiksach on nie jest klasycznym złoczyńcą ani bohaterem, jest antybohaterem. W rozumieniu: działa według jakiegoś własnego kodeksu – niezrozumiałego dla ludzi czyli on nie myśli nie po ziemsku – bywa brutalny, ale często chroni niewinnych.

Berne powiedziałby: BRAWO!

W uniwersum Marvela symbiont jest pozaziemską, ale żywą formą, która potrzebuje gospodarza, żeby funkcjonować. Najbardziej znanym gospodarzem w popkulturze jest właśnie Eddie Brock.

Eddie jest ryzykowny, bo znów, nie jest tak jednoznaczny jak np. Barabasz. Trudno go nazwać „dobrym”, ale nie jest – jak wynika z opisu – jednoznacznie zły.

Relacja symbiont–gospodarz nie jest na ogół jednością, to Jeszua ma „takie szalone pomysły” łączenia przeciwieństw, na ogół to jest proces negocjacji. Scena tańca -moment, w którym Eddie chce wstać, a Venom podważa jego sprawczość – ujawnia napięcie między prowadzeniem a wpływem, czyli pytanie o to, kto faktycznie ma kontrolę.

Włożyłem niemało wysiłku by utwierdzić się poza własnymi myślami. Był we mnie demon i to on dawał decydujący impuls. On mnie uskrzydlał. A jeśli zdarzało mi się być bezwzględnym to tylko dlatego, że on wywierał na mnie presję. (…) wyjąwszy pacjentów nie miałem cierpliwości do ludzi, wciąż musiałem podążać za wewnętrznym prawem, które zostało mi narzucone i nie dawało wolności wyboru.

Carl Gustav Jung, Wspomnienia, myśli, sny, s. 404-406

Venom przypomina cień w rozumieniu jungowskim czyli surową, instynktowną energię, która może niszczyć albo wzmacniać, bo to połączenie tego, co ludzkie i tego, co pierwotne, obraz tego, co dzieje się, gdy energia, której się boimy, zostaje zintegrowana zamiast wyparta.

Może ów niewidzialny świat ma demoniczną naturę i wobec tego należy się go wystrzegać? Czego nie widzę, tego nie jestem w stanie poznać; to, czego nie znam, budzi we mnie strach; to, czego się boję, wywołuje moją niechęć i wrogość, a czego nienawidzę, to pragnę zniszczyć.

James Hillman, Kod duszy

W tym sensie dajmon nie był w tradycji czymś demonicznym w potocznym rozumieniu czyli złym, lecz pośrednikiem: łącznikiem Nieba i ziemi, widzialnego i niewidzialnego. Problem pojawia się wtedy, gdy racjonalny umysł próbuje usunąć pomost i pozostawić jedynie rozdział.

Podział wygodny dla ziemskiego umysłu. Dla Kościoła czy szerzej: religii.

racjonalny umysł woli otchłań od pomostu; rozziew między obu tymi sferami zupełnie mu nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Dla naszej świadomości, spoglądającej na świat z wnętrza swojego betonowego bunkra racjonalizmu i sceptycyzmu, wszystko, co niewidzialne, wydaje się takie samo – a do tego złe i groźne. (…) moje miłosne powołanie, moje przeznaczenie, jest tak silne. Oczywiście jestem udręczony, zaborczy, zależny i cierpiący. Tym bardziej, że dajmon w całkowicie bezceremonialny sposób obchodzi się z moją mapą miłości, drąc ją na strzępy.

James Hillman, Kod duszy

To, co nie mieści się w „prostym podziale” zaczyna wydawać się jednolicie groźne lub podejrzane. Niepotrzebnie. Bo kiedy coś zostaje wyparte, nie znika. Jeszua pokazuje, że działa pośrednio, przez impulsy niezgodne z naszą wolą, projekcje czy przymus reagowania.

Spontaniczność u Berne’a jest funkcją możliwie zintegrowanego stanu Dorosłego i Wolnego Dziecka. Impulsywność pojawia się wtedy, gdy coś wyparte próbuje znaleźć ujście. I musi je znaleźć. Czyli impulsywność to nie spontaniczność. Przymus to nie wolność.

Warto mieć wewnętrzne przekonanie, kiedy działanie nie wynika z wolności i indywidualnego pragnienia, a z przymusu regulacji napięcia. Dlaczego to ważne? Bo żadna relacja nie da nam satysfakcji jeśli nie potrafimy sami regulować swojej impulsywności.

Nauka jazdy „L” – o samoregulacji

Problemem w pracy z bardzo silną energią jest to, że – z mojego doświadczenia – brakuje „przełożeń pośrednich”.

„Venomowa” energia jest szybka, impulsywna, intensywna, bardzo dynamiczna. Kiedy pojawia się nagle, układ nerwowy próbuje ruszyć z miejsca maksymalnego napięcia.

Taki sposób ruszania, to jest jak próba ruszenia samochodem z szóstego biegu. Czy też z 25 biegu. Wiesz, że możesz jechać, ale nie możesz ruszyć.

Z szóstki można odpalić samochód. I tak, silnik działa, ale w praktyce auto stoi albo gaśnie.

Wygląda to jak zamrożenie, chaos albo wycofanie – nie dlatego, że brakuje siły, tylko dlatego, że jest jej za dużo naraz. I to generuje lęk przed utratą kontroli nad sobą czyli #zaburzenia #lękowe #starterpack

Częsty błąd to próba wyłączenia sobie silnika. Albo wyrzucenia połowy swojego życia do kosza. Na zasadzie: przeczekam to w jaskini, dopóki – jak ironizował Berne – nie przyjedzie przyjaciółka menopauza, które z automatu rozwiąże „wszystkie problemy”, albo większość z nich.

W tym sensie: nasilenie stanów depresyjnych nie wynika wyłącznie z indywidualnej podatności, lecz także z klimatu społecznego.

Tam, gdzie maleje doświadczenie sensu, nadziei i miłości do życia, a rośnie nacisk na przystosowanie, zarabianie pieniędzy i funkcjonalność, pojawia się napięcie między wewnętrzną energią jednostki i jej jakością, a wymaganiami otoczenia i kultury, w której ta jednostka żyje.

Cena nadmiernego dostosowania bywa wysoka: energia psychiczna zostaje zahamowana, co może prowadzić do represji, spadku witalności albo – przeciwnie – do inflacji, wtedy gdy tłumiona siła powraca w formie niekontrolowanego … przyspieszenia.

Nie chodzi więc o całkowite wyhamowanie siebie ani o gwałtowne przyspieszanie. Kluczowy staje się moment regulacji: stopniowe wprowadzanie energii tak, aby ego mogło ją pomieścić i nadać jej kierunek.

To jest dla mnie definicja negocjowalności tego, co prowadzi. W tym sensie rozwój przypomina redukcję biegów.

Czyli nie 6 bieg, albo od razu 0 czyli wyłączam sobie silnik, bo ja nie umiem jeździć samochodem panie instruktorze, tylko 6 redukcja na 3 i redukcja na 2 i może to nie jest płynne, ale dopiero po takiej „pracy z energią”, można uczyć się ruszać z jedynki.

Albo na luzie, a potem dopiero jedynka. I wtedy podobno tak nie szarpie.

Co na to Instruktor Jazdy? Jak zawsze pełen profesjonalizm.

Myślę, że chodzi o to, żeby to się nie skończyło jak film na yotube pt.: „Conrado Moreno wjeżdża do studia”.

Czy to co ostatecznie prowadzi, nas wspiera?

Im więcej integracji, tym mniej przymusu, a więcej świadomego ruchu między biegunami ziemskiego doświadczenia. To w teorii.

U Hillmana dajmon nie jest figurą moralną – dobrą czy złą – lecz dynamiczną: rozsadza (dosłownie) gotowe mapy życia, rozrywa nasze stabilne narracje o miłości czy przeznaczeniu, właśnie po to, by ujawnić napięcie, które łączy przeciwieństwa zamiast je rozdzielać.

Myślę, że jeśli ludzie nie będą tego rozumieli, to jednocześnie będą, zupełnie niepotrzebnie, cierpieć o wiele bardziej, niż to konieczne w tych i tak niełatwych przecież procesach wewnętrznych.

Pojawia się pytanie czy to, co ostatecznie prowadzi jednocześnie nas wspiera? Czy raczej determinuje? Nie wiem czy jest sens aby to rozważać, bo relacja między przeznaczeniem a wolnością nigdy nie była oczywista. Dla mnie.

Trudno odpowiedzieć na pytanie czy przeznaczenie zniewala, czy raczej otwiera przestrzeń wyboru w jego obrębie? Albo: czy przeznaczenie zamyka człowieka w konieczności, czy otwiera przestrzeń świadomego współuczestnictwa?

Definicja autonomii u Berna – świadomość, spontaniczność i zdolność do bliskości -wskazuje na kierunek rozwoju, który nie polega na izolacji, lecz na odzyskaniu żywej relacyjności.

Człowiek pozostaje istotą energetyczną, potrzebuje zasilania psychicznego, choć nie zawsze przyjmuje ono formę miłości czy autentycznej więzi.

Często energia krąży w postaciach zastępczych – w grach, napięciach lub kompensacjach – mimo że ludzki, pierwotny potencjał relacyjny wskazuje raczej na możliwość kontaktu niż na jego unikanie.

Trzeba jednak wiedzieć, że przedstawiciele obojga płci;

potrafią zdobywać partnerów, nie angażując się osobiście. Robią to poprzez zachęcenie drugiej osoby do patrzenia na nich wprost i swobodnego mówienia, podczas gdy sami stwarzają tylko pozory wzajemności.

Berne, E. (2025) W co grają ludzie. Psychologia stosunków międzyludzkich. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN SA.

Podobne wpisy