|

Dlaczego tak trudno pisać o Drodze Mistrzostwa i Planie Pojednania. Paradoks sztuki

Kiedy zestawiam ideę Pojednania choćby tylko z wiedzą płynącą z W co grają ludzie oraz z bardzo przewrotnym zakończeniem książki Dzień dobry… i co dalej? to Plan Pojednania wydaje mi się zaskakująco logiczną odpowiedzią na skrypty relacyjne i społeczne, które każą nieustannie odtwarzać te same konflikty, role i sposoby zadawania sobie cierpienia.

Nie potrafię udowodnić prawdziwości tego Planu, ale potrafię udowodnić, że odpowiada na problem, który psychologia opisuje od dawna. Bo jeśli istnieje sposób, by przejść od nieustannej walki do większej zgody ze sobą (wewnętrznie) i z drugim człowiekiem, to niezależnie od tego, skąd ta idea pochodzi, wydaje mi się przynajmniej warta rozważenia.

Nie będę teraz tego dowodzić. Na razie odpowiem na pytania:

Dlaczego tak trudno rozmawiać o Drodze Mistrzostwa?

Bo nie tylko dyskusje, lecz nawet zwykłe rozmowy zbyt często rządzą się zasadami erystyki, a nie „poszukiwania prawdy”.

Droga Mistrzostwa opisuje przede wszystkim proces odsłaniania nieświadomości. Dotyka tego, czego o sobie nie wiemy, co zostało wyparte, czego bronimy, czego się boimy albo czego jeszcze nie potrafimy zobaczyć – a być może także tego, co naprawdę rządzi ludźmi i światem.

Trudno więc rozmawiać o tych treściach wyłącznie na poziomie logicznych argumentów, ponieważ mogą one poruszać dokładnie te mechanizmy obronne, które próbują pozostać niewidoczne.

W takiej sytuacji spór nie zawsze dotyczy już samej treści. Czasem dotyczy również tego, czego dana treść nieświadomie dotknęła w uczestnikach rozmowy.

Innymi słowy Droga Mistrzostwa prowadzi nas w obszar cienia i obnaża mechanizmy nieświadome. Problem polega na tym, że wiele naszych przekonań działa poza świadomością, a ich podważanie niemal automatycznie uruchamia lęk.

Wtedy człowiek zaczyna bronić nie tyle samej prawdy, ile własnych ram orientacji w świecie. I koło się zamyka.

Treści Drogi Mistrzostwa to nie są treści, które łatwo obronić wobec świata ani nawet wobec samego siebie.

Na czym polega paradoks sztuki?

Na tym, że z Arturem Rojkiem nikt nie kłóci się wtedy, gdy w piosence „A miało być jak we śnie” glitchuje mu się rzeczywistość. Artysta może dotknąć materiału psychicznego, który przeciętny człowiek rozumie, czuje to w sobie, rozpoznaje albo przynajmniej coś przeczuwa, nawet jeśli sam nigdy nie wszedł w stan psychiczny, z którego ten materiał został wydobyty, opracowany i potem pokazy ludziom.

Sztuka daje takiemu doświadczeniu formę i bezpieczny dystans.

Można przeżyć „pewne stany” — które zresztą są przemijające — i nie uznawać ich od razu za opis natury rzeczywistości ani za świadomą deklarację np. Artura Rojka na temat tego, czym rzeczywistość jest.

Bądźmy poważni.

Artur Rojek jest przede wszystkim artystą, a nie ideologiem czy filozofem, choć oczywiście może mieć filozoficzne zacięcie.

Kiedy jednak ktoś próbuje napisać o tym samym wprost, bez osłony symbolu i bez „artystycznej licencji”, zaczyna naruszać wspólne ramy orientacji. I wtedy niemal natychmiast pojawia się silny opór.

Pisanie o nieświadomości wprost jest więc ryzykowne nie dlatego, że dotyka treści całkowicie obcych ludziom. Przeciwnie – bywa niebezpieczne właśnie dlatego, że dotyka czegoś, co wielu ludzi w jakimś stopniu już rozpoznaje, ale czego nie chce zobaczyć kiedy jest nazwane dosłownie.

W tym sensie jest to niemal samobójstwo społeczne.

Większość z nas funkcjonuje dzięki względnie stabilnym ramom orientacji w rzeczywistości. Ja również desperacko trzymam się mechanizmu obronnego racjonalizacji – w pewnym sensie dowodem jest właśnie ten blog.

Mogę przecież traktować go bardziej jak piosenkę niż jak manifest. Zabroni mi ktoś? Jeśli podchodzić do niego życzliwie, można po prostu czytać i coś sobie nucić pod nosem.

Co podoba mi się w Planie Pojednania? O radości życia

W Planie Pojednania podoba mi się to, że Jezus z Drogi Mistrzostwa jest trochę jak Bruno Mars z krzyżem na piersi. Uważam, że to całkiem dobry sposób na zbawienie. Bo ujmuje Pojednanie i odwagę do życia Pełnią Życia.

Dodatkową wartością Planu Pojednania jest to, że nie wprowadza kolejnego konfliktu opartego na prostym podziale ludzi na „dobrych” i „złych”, „kobiety” i „mężczyzn” czy inne przeciwstawne obozy, które tak łatwo napędzają internetową popularność.

„Dziel i rządź”.

Jego celem jest raczej pokój, uznanie wspólnych interesów oraz rozpoznanie tego, czemu służy ego i do czego służy. Nie trzeba ego niszczyć (nie da się tego zrobić). Można jednak nauczyć się czasem wychodzić poza obszar, w którym najważniejszym interesem pozostaje podtrzymywanie własnego poczucia oddzielenia.

Samo poczucie oddzielenia nie jest czymś złym. Sama je lubię. Daje autonomię, wyraźne granice i możliwość bycia sobą. Dobrze jednak umieć od czasu do czasu wyjść poza ten obszar i zobaczyć, że interes drugiego człowieka nie musi pozostawać w konflikcie z naszym własnym.

Próbuję chyba powiedzieć, że Dusza Junga, z którą prowadził ożywione rozmowy w Czerwonej Księdze, mówiła mu, że przebudzenie zacznie się wtedy, gdy żywi naprawdę zaczną żyć.

Jeśli tak, to twarzą Pojednania nie może być ktoś ascetyczny, ponury i odwrócony od świata. Mógłby nią zostać Bruno Mars – z krzyżem na piersi, energią, zmysłowością i wyraźną radością życia.

Byłby w tej roli bardzo wiarygodny.

Podobne wpisy