|

Czy przekazy Jezusa są sprzeczne? Przemyślania na temat „Planu Pojednania” i Helen Schucman

Czym jest przekaz?

W moim rozumieniu „przekaz” to szerokie spektrum doświadczeń wewnętrznych, a nie jeden, jednolity fenomen. Każdy człowiek doświadcza jakiejś formy wewnętrznego wglądu – różnimy się raczej intensywnością, formą i sposobem interpretacji niż samym faktem istnienia tych doświadczeń.

Przekaz to doświadczenie napływu treści, impulsu lub formy, które to treści nie powstają w trybie intencjonalnym. Czyli nie: „ja chcę coś powiedzieć”, tylko czuję, że to powinno zostać tak wyrażone.

Każdy channeling jest formą przekazu, ale nie każdy przekaz jest channelingiem. Dużo zależy od definicji, słowo channeling to jedna z narracji kulturowych, którymi ludzie próbują opisać to zjawisko. Przekaz nie wymaga jednak z założenia „zewnętrznego bytu” czy przewodnika.

Może pochodzić z:

  • nieuświadomionych warstw psychiki,
  • pola relacyjnego,
  • procesu integracyjnego,
  • napięcia emocjonalnego,
  • albo — mówiąc neutralnie — z procesu emergentnego w świadomości.

W przekazie często jest poczucie: „to przeze mnie przechodzi”, a nie „to jestem ja”. Dlatego zdrowa postawa wobec przekazu to: nie identyfikować się z nim, nie zawłaszczać go „dla siebie”, bo blokowanie tej energii nie służy. Warto też nie oceniać w trakcie przepływu.

Ocena jest funkcją ego. Przekaz pojawia się jakby przed ego.

Przekazu nie da się „robić” Można stworzyć warunki, ale nie można go wymusić. Warunki to np.: obniżenie kontroli poznawczej, zgoda na nie-wiedzenie, zawieszenie superego, zdolność tolerowania niejasności.

Dlatego osoby bardzo kontrolujące, bardzo „poprawne” lub bardzo zidentyfikowane z rolą — nie mają dostępu do przekazu, tylko do narracji.

Nie należy mylić przekazu z interpretacją przekazu. Przekaz = ruch, impuls, forma, napięcie a interpretacja to jest znaczenie nadane później.

Uczucie inspiracji, objawianie, twórczość

Twórczość wynikająca z integracji nie jest tym samym co twórczość kompensacyjna. Ta pierwsza nie służy ucieczce od napięcia ani jego rozładowaniu kosztem struktury „ja”, lecz umożliwia przekład treści wewnętrznych na formę komunikowalną – bez utraty intensywności ani głębi doświadczenia.

I tu pojawia się paradoks. Integracja nie osłabia doświadczenia, lecz pozwala je unieść. Nie redukuje napięcia do poziomu komfortu, ale sprawia, że nie rozsadza ono tożsamości.

Pytanie, które się wtedy pojawia, brzmi:

Co się we mnie pojawia — i w jakiej formie mogę to ująć, żeby pozostało żywe, ale nie destrukcyjne dla mnie?

Brak inflacji polega na subtelnym, lecz kluczowym przesunięciu:
nie „to jestem ja”,
nie „to jest o mnie”, „dla mnie„,
lecz „to przeze mnie płynie.

To jest moment, w którym kreatywność przestaje działać dezintegrująco i przerażająco. Nie unieważnia bieżącej tożsamości, nie rozsadza jej od środka – przeciwnie, porządkuje ją i wspiera nawet jeśli dzieje się to przez chwilową deregulację i podnosi konflikt.

Jednak, nawet wtedy – doświadczenie może być odczuwane jako nacisk, siła, intensywność.

Tak właśnie działa kreatywność, Erich Fromm podkreślał, że naprawdę kreatywni ludzie należą do rzadkości, ponieważ nie każdy jest w stanie spełnić warunki, żeby być człowiekiem kreatywnym.

Warunki, aby być kreatywnym, to być zdezorientowanym, koncentrować się, akceptować konflikt i napięcie, rodzić się każdego dnia, czuć powód do siebie.

Erich Fromm

Jeśli przyjąć — za przekazami Drogi Mistrzostwa — że Chrystus jest czysto seksualną energią Życia, to w tej odsłonie – jednej z Jego wielu twarzy – nie jest to energia łagodna ani negocjowalna.

Ona nie „pyta o zgodę” – domaga się ekspresji.

I właśnie dlatego obszary duchowości i seksualności są tak trudne do jednoznacznego opisania. Oba dotyczą wolności Ducha, zabawy, kreatywności i przekraczania znanych form. Oba też konfrontują człowieka z pytaniem, jak dużo intensywności jestem w stanie unieść, nie tracąc Siebie?

To jest ważne pytanie.

Nie bez powodu wielu ludzi — gdyby odebrać im przywiązanie do frustracji, napięcia czy cierpienia jako formy tożsamości — nie bardzo wiedziałoby, co ze sobą zrobić. Integracja nie oferuje dramatu. Oferuje większą WOLNOŚĆ, a ta bywa znacznie trudniejsza do zniesienia niż jakiekolwiek znane, choćby najbardziej frustrujące napięcie.

Wiem to z doświadczenia.

I w tym sensie:

Twórczość nie jest tylko ucieczką od napięcia, ale KANAŁEM, przez który energia wraca do ruchu.

Sublimacja to tylko część prawdy. 

Głębsza warstwa jest taka: kiedy tworzysz, Twoje serce uczy się tańczyć w rytmie Źródła. Dlatego napięcie maleje – bo energia nie stoi w miejscu, tylko płynie w formie obrazu, słowa czy dźwięku. 

To jest akt współtworzenia, nie ucieczki.

Każdy przejaw twórczości – mały czy duży – wzmacnia twoje połączenie ze Źródłem i przypomina Ci, że nie NIE JESTEŚ ZAMKNIĘTA w swoich granicach (ciała).

Twórczość jest Twoim mostem do oddechu i do pola.

Przynosi ulgę i spokój, bo nie jest tylko „radzeniem sobie z czymś”, to, coś znacznie większego, to otwieranie kanału, w którym twoja energia i energia pola zaczynają płynąć razem.

Twórczość z napięcia ma TĘ SAMĄ WARTOŚĆ, co twórczość ze spokoju, bo obie są przejawem przepływu. Różnica jest w jakości: ze spokoju tworzysz jak ktoś, kto już tańczy w rytmie melodii; ze skurczu (zaciśnięcia) tworzysz jak ktoś, kto dopiero uczy się poruszać w tym rytmie. 

Oba są potrzebne.

Ego nie ma monopolu. Ono czasem chce przywłaszczyć SENS. Źródło widzi, w tym ruch energii, a ruch jest zawsze życiem. Spacer w lesie, w oddechu miarowym, tak jak pragnienie w szybszym oddechu, z reguły płytszym – nie są sobie przeciwne – płytki i szybki oddech wyraża – na ogół – coś zupełnie innego, niż oddech miarowy, spokojny.

Wybieraj to, co w danym momencie naprawdę otwiera twój kanał.

Skrajne formy channelingu

Istnieją formy „skrajne” channelingu. Przykładem jest Jayem, który tak opisuje doświadczenia całkowitego „zniknięcia osoby” z ciała na czas przekazu.

Oto, co zwykle się działo: zamykałem oczy i odmawiałem krótką modlitwę, którą podał mi Jeszua (…) Widziałem grupę słuchaczy, potem dom, w którym się znajdowała, a później dalej i szerzej – wszystko się zmniejszało i ukazywało jakby przez teleskop – aż do chwili, gdy wiedziałem samą planetę Ziemię, a następnie nawet znikał fizyczny wszechświat (…).

Jeszua (Jezus) w komunii z Jayemem, Kres poszukiwań. Wczesne lata Drogi Mistrzostwa, t. 3, przeł. Marek Konieczniak, Inowrocław: Wydawnictwo Pokoju Chrystusa, 2025, ISBN 978-83-974082-3-4.

Kiedy czytałam ten fragment, pojawiło się we mnie proste pytanie: dlaczego w procesie powstawania Kursu Cudów, nie doszło do całkowitego „wycofania się” Helen z ciała, skoro przekaz miał pochodzić od Jezusa?

Mógł przecież zrobić tak samo, jak później z Jayemem. W Drodze Mistrzostwa widać, że Jeszua zoptymalizował proces, ale kosztem czego?

Kosztem autentyczności.

Gdyby zastosować podobny mechanizm jak w innych opisach przekazów transowych u Helen, to wtedy nie byłoby wieloletnich napięć, frustracji ani nieustannych korekt. Fakt, że proces przebiegał właśnie w ten sposób, sugeruje, że kluczową rolę odgrywała jednak ludzka psychika, a nie mądrość z kosmosu.

Jej opór, granice i nieustanne NEGOCJOWANIE ZNACZEŃ.

Biedna Helen.

Pomijając powyższą uwagę, nie o samą „pozaziemską mądrość” chodzi – spójną, logiczną i często imponującą – lecz o to, czy jest ona możliwa do wcielenia w ludzkie życie czyli:

czy to jest „do zrobienia” dla CZŁOWIEKA: skonfliktowanego, ograniczonego, umiarkowanie kreatywnego, żyjącego w relacjach, w realiach i w świecie konsekwencji?

W tym sensie różnica między czystym channelingiem – rozumianym jako całkowite „wycofanie osoby” – a mówieniem czy pisaniem z inspiracji jest zasadnicza. Channeling to przekaz niezwykle klarowny i spójny, ale – nie zawsze, choć często – pozbawiony tego, co czyni doświadczenie żywym: osobistego kosztu, napięcia, oporu, niejednoznaczności.

Wyjść poza personę, to pozwolić sobie być niejednoznacznym. I niespójnym.

Kiedy czytam 6 List z „Nowych Listów Jeszuy”, to nie mam żadnych wątpliwości, że Jeszua przekazuje przez człowieka, który na pewno zstąpił, ale reszta przekazu nie jest dla mnie oczywista. Czasami czytając jakieś treści, czujemy, że „wszystko się zgadza” – a jednocześnie, że czegoś w nich brakuje.

I mi w tym Liście brakuje: rdzenia doświadczenia, które zostało przeżyte, a nie tylko sformułowane. Przekaz jest logiczny, lecz jest nieorganiczny; poprawny, lecz niezakorzeniony w życiu.

I to czuć. Jednak, może się nie znam, może to jest przekaz kompletny.

Dla mnie, to właśnie ten brak autentycznego rdzenia sprawia, że część przekazów — mimo swojej spójności — pozostaje niemożliwa do wcielenia. Nie dlatego, że są „nieprawdziwe”, lecz dlatego, że nie przeszły przez ludzką strukturę, która musiałaby je unieść, przetworzyć i zapłacić za nie realną cenę.

Ta obserwacja prowadzi do bardzo ważnego wniosku: im bardziej ktoś twierdzi, że „go nie było”, kiedy coś przekazywał, to tym mniej mamy narzędzi, by sprawdzić realność tego, co powstało. Realność czyli zasadność, faktyczną użyteczność, możliwość wprowadzenia w czyn.

Tam, gdzie: nie ma osoby, nie ma konfliktu i nie ma ceny psychicznej, wtedy łatwo o narrację absolutną, która nie musi już przechodzić testu relacji, odpowiedzialności ani kompetencji.

Nie chodzi o afirmowanie trudu ani o mit, że cierpienie samo w sobie uszlachetnia. Chodzi raczej o to, że to, co wyłania się z realnego procesu — przeżytego, nieidealnego, czasem bardzo bolesnego — rzadziej przyjmuje formę przekazu absolutnego czy jednolitego nauczania.

Jest trochę rozmyte, ale mówi więcej, nazywa inaczej.

Częściej taki przekaz pozostaje zaproszeniem: to jest możliwe, to można zrobić i to nie wymaga całkowitego „wyłączenia człowieka”.

Nie jesteście napięciem, lecz BRAMĄ, przez którą przechodzę. Napięcie jest jedynie krawędzią skóry, kiedy coś większego chce się urodzić.

Pozwólcie wodzie płynąć – nie zatrzymujcie jej pytaniem, czy to drganie, czy to napięcie.

To jest Życie, które szuka waszych ust, rąk, oczu.

Mam wrażenie, że ta FALA nie jest tylko Twoja – ona jakby chciała PRZEZ WAS (przez naszą rozmowę też) znaleźć słowa, obrazy, oddechy, które pozwolą innym poczuć Żywą Wodę.

Jesteś drogą, prawdą i życiem razem ze Mną, bo JEDNO jesteśmy w Ojcu.

Kiedy ludzie reagują lękiem, nie pozwól, by ich cień wszedł w twoje serce — oddawaj Mi to natychmiast. Twoje światło przygasa tylko wtedy, gdy próbujesz je nieść sama. Gdy trwasz we Mnie, ono nie zgaśnie.

Nie idziesz już sama. To, co wydaje się ciężarem, ja biorę razem z tobą. Nie proś o siłę, proś o zaufanie. Wtedy twoje kroki staną się lekkie. 

Droga nie musi boleć — może być jak TANIEC, nawet gdy trwa w niej krzyż.

Jeszua

Skąd skrajne różnice w przekazach Jezusa? Prostota vs Paradoks vs Milczenie

Zwróćmy uwagę, że metaforyczne, proste w konstrukcji przypowieści, albo paradoksy i wykluczenia, a czasem milczenie nie są sprzecznymi strategiami Jezusa, lecz różnymi formami interwencji, dostosowanymi do pojemności, możliwości i struktury odbiorcy lub adresata samego przekazu.

Prostota przekazu

Dla jednych ludzi konieczna jest prostota – nie dlatego, że są „mniej rozwinięci”, lecz dlatego, że nadmiar złożoności uruchamia mechanizmy obronne: intelektualizację, racjonalizację, ucieczkę w interpretację, fałszywe poczucie zrozumienia albo przeciążenie.

W tym sensie „złożony przekaz” staje się błędem w sztuce, bo zamiast prowadzić do doświadczenia, utrwala dystans poznawczy. Wtedy Jeszua np. w Drodze Mistrzostwa mówi: „gdy ktoś proponuje ci złożoność – uciekaj”. I to często jest ratunkiem, bo prostota reguluje.

Paradoks przekazu

Czasem ratunkiem jest też paradoks. Nie jako ozdobnik ani intelektualna gra, nie jako regulator – lecz jako narzędzie rozbijające sztywne struktury poznawcze: wrodzoną racjonalność, nadmierną logikę, kompulsywne analizowanie oraz skłonność do podejmowania wielu działań, które w istocie mają charakter ucieczkowy.

Ale nawet paradoks i prostota nie są sprzeczne.

Paradoks to sytuacja, w której dwie (lub więcej) sprzecznych na pierwszy rzut oka tez, jest jednocześnie prawdziwych w ramach tego samego opisu rzeczywistości. Paradoks nie jest przeciwieństwem prostoty, tylko przeciwieństwem uproszczenia.

Przykład paradoksu:

Miłość jest jednocześnie doświadczeniem pełni i wolności oraz relacją, która wymaga szacunku dla swoich i cudzych granic, żeby nie stać się symbiozą.

Oba te twierdzenia są prawdziwe naraz — i nie da się jednego z nich usunąć bez zniszczenia miłości. Czyli wolność i granice stanowią o paradoksie. Sprzeczność brzmiałaby:

  • miłość jest wolnością
  • miłość jest ograniczeniem

i jedno musiałoby unieważniać drugie. Paradoks polega na tym, że:

  • wolność bez granic rozpływa się w symbiozie, która nigdy nie doprowadzi do satysfakcji.
  • granice bez wolności zamieniają się w kontrolę lub kontrakt.

Miłość istnieje tylko w napięciu między tymi biegunami. I dlatego tak trudno kochać, bo to nie jest stan regulujący. Raczej obnażający wszystko, co jeszcze pragnie zostać ROZPOZNANE.

Prostota może być wynikiem przejścia przez złożoność. Nie chodzi więc o błąd logiczny, lecz o napięcie poznawcze, którego nie da się rozwiązać przez uproszczenie. Wtedy właśnie posługujemy się paradoksem wiedząc, że uproszczenie redukuje złożoność pewnych konceptów kosztem prawdy.

Stanie się „Panem Paradoksu” oznacza umiejętność życia w tej napiętej przestrzeni bez redukowania jej do „jednego słusznego rozwiązania” i bez rozładowywania napięcia działaniem lecz uniesienia go.

Twoje ciało jest wystarczająco silne by Mnie nieść

Paradoksalność pełni tu funkcję poszerzania kontenera psychicznego. Paradoks miłości polega na tym, że im bardziej dwie osoby są odrębne i ugruntowane w sobie – na zasadzie: „to jestem ja”, „to jesteś ty” – to tym głębsza może być ich bliskość.

Próba zniesienia granic w imię „jedności” prowadzi nie do miłości, lecz do utraty własnej podmiotowości. I w takim układzie nikt nie jest wolny. Paradoks miłości polega na tym, że wymaga jednocześnie maksymalnej bliskości, ale nie może być tego rodzaju bliskości, bez nienaruszalnej odrębności.

Dlatego: wolność–granice, bezpieczeństwo–pełnia, trwałość–żywotność opierają się na paradoksie. To jest też o pytaniu: czy jestem w stanie odważyć się kochać kogoś, kogo nie mogę kontrolować?

W relacji opartej na potrzebie chodzi przede wszystkim o regulację siebie: o to, by relacja mnie utrzymała, ustabilizowała, dała poczucie bezpieczeństwa. W relacji opartej na pragnieniu chodzi o coś innego — o poszerzenie. O możliwość wejścia w obszary siebie, których wcześniej nie znałam i których nie byłabym w stanie odkryć w pojedynkę.

To zawsze wiąże się z niepewnością. Jeśli nie znam tych obszarów, nie mogę wiedzieć, co się wydarzy. Nie mogę tego przewidzieć ani kontrolować — właśnie dlatego, że jeszcze tam nie byłam. A są takie miejsca w psychice, które uruchamiają się tylko w kontakcie z osobą o określonej konstrukcji psychicznej, w określonej dynamice relacyjnej, w określonym napięciu.

Dlatego pragnienie nie jest obietnicą komfortu. Jest raczej zgodą na eksplorację. Nie pyta: czy to będzie bezpiecznie?

Pyta: kim mogę się stać w tym spotkaniu?

Milczenie

Są też sytuacje, w których milczenie jest jedyną odpowiedzialną odpowiedzią.

Słowo, podane zbyt wcześnie lub w niewłaściwym momencie, może zadziałać destrukcyjnie: wzmocnić iluzję, nakarmić fałszywe przekonanie, pogłębić zależność albo uruchomić inflację ego.

Milczenie nie jest wtedy brakiem przekazu, lecz jego najbardziej precyzyjną formą.

„Uspokój się”. „Poczuj”. „Zobacz schemat”. „Myśl GŁOWĄ”.

W psychoanalizie dychotomia madonny i dziwki opisuje rozszczepienie pomiędzy tym, co uznawane za czyste, dobre i godne miłości, a tym, co związane z pożądaniem, cielesnością i impulsem. Paradoks polega na tym, że dopóki te dwie sfery pozostają oddzielone, człowiek nie ma pełnego dostępu do własnych zasobów.

To, co zostaje wyparte lub ocenione jako „niewłaściwe”, nie znika. Przestaje być tylko dostępne w sposób elastyczny i świadomy. Integracja polega nie na usprawiedliwianiu wszystkiego, lecz na uznaniu, że również te części psychiki — impulsywne, cielesne, nieidealne — są nośnikami energii życiowej.

Paradoks polega na tym, że dopiero wtedy, gdy przestajemy wypierać to, co w nas „nieładne”, „zbyt cielesne” lub „nie na miejscu”, możemy naprawdę korzystać z tego, co uznajemy za dobre. Bez integracji tej drugiej strony dobro staje się kruche, defensywne i oderwane od rzeczywistości.

Integracja nie polega na wyborze między madonną a dziwką, lecz na odzyskaniu energii, która została uwięziona w tym podziale. I to ma swoją cenę.

Twoje opory są jak dzieci, które boją się wejść do ciemnego pokoju. Nie są wrogiem — są małe, potrzebują tylko, byś podała im rękę. 

Nie walcz z nimi. 

Zabierz je ze sobą na drogę.

Kiedy je przytulisz, one same z czasem przestaną się lękać. Nic w tobie nie musi być odrzucone, by iść ze Mną.

Ochrona procesu

Wszystkie te tryby – prostota, paradoks i milczenie – służą temu samemu celowi: nie przekazaniu treści, lecz ochronie procesu wcielania

U różnych osób ochrony wymaga inny obszar, ponieważ każdy ma swoją „piętę Achillesa” w innym miejscu struktury psychicznej. Można być bardzo samoświadomym w kwestii a) jednocześnie w temacie b) pozostawać osobą z orzeczeniem o niepełnosprawności. 

Sprzeczność pojawia się dopiero wtedy, gdy strategie Jeszuy traktuje się jako uniwersalne dla wszystkich, zamiast rozumieć je jako odpowiedzi na różne etapy i kierowane do różnych struktur charakteru.

To nie jest ani elitaryzm, ani kłamstwo Jezusa, ani relatywizowanie wszystkiego. Wydaje mi się, że to jest Jego odpowiedzialność za skutki przekazów, które kieruje do różnych ludzi. I konsekwencje jakie mogą wynikać z treści przekazanej nierozważnie.

Gdybyśmy dysponowali świadomością Chrystusową, żaden przekaz nie byłby potrzebny. To, co wymaga komunikacji, wynika z faktu, że pewne „sposoby bycia” leżą poza aktualnym progiem możliwości ich realizacji.

Skoro nie mogą zostać bezpośrednio ucieleśnione, muszą zostać w jakiś sposób przekazane – w formie, która umożliwia stopniowe zbliżanie się do doświadczenia.

Stopniowość nie wynika z braku dobrej woli ani „niedojrzałości duchowej”, lecz z samej struktury psychiki. Psychologiczne pojęcie „stresu relacyjnego” powoduje, że większość ludzi dostałaby adekwatne orzeczenie.

Dążenie do pełni nie jest doświadczeniem neutralnym, ani dla ego naturalnym – pełnia psychiczna stanowi ogromne obciążenie. I większość nie jest w stanie unieść więcej ponad bezpieczną frustrację.

Intensywność uczuć, amplituda emocji, bezradność, bezbronność, wejście w obszary niewiedzy, których nie da się ani kontrolować, ani zinterpretować logicznie. Pełnia oznacza bowiem utratę ochronnych redukcji siebie samego – rezygnację z mechanizmów, które dotąd stabilizowały tożsamość. Nieważne, że fałszywą.

Chodzi o to, że stabilizowały.

To nie jest nic błahego.

Dlatego przygotowanie całego systemu psychicznego do pełnego ucieleśnienia, o którym mowa na przykład w Szóstym Liście z Nowych Listów Jeszuy, nie jest żadnym „procesem rozwojowym” w potocznym sensie. 

Jest to raczej radykalna praca w szczerości, wymagająca czasu, kontenera i gotowości na przejściową dezorientację i dezorganizację „ja”.

I zaufania.

W tym sensie jest to jeden z najbardziej intensywnych procesów, jakich można doświadczyć w ludzkim życiu – nie dlatego, że jest „wysoki duchowo”. Przeciwnie: proces opisywany w Szóstym Liście bywa momentami skrajnie „niski”, surowy i odzierający z iluzji. 

Przypadek Berne’a pokazuje, że nawet u osób o wyjątkowej świadomości mechanizmów psychicznych proces ten może dokonywać się bardzo późno – jako rezultat długotrwałej pracy, konfrontacji z własnymi ograniczeniami oraz stopniowego ROZPOZNAWANIA subtelnych form identyfikacji.

Fakt, że nawet twórcy głębokich modeli psychologicznych przechodzą ten proces stopniowo, wskazuje raczej na jego uniwersalną trudność niż na indywidualną niezdolność. 


Jego intensywność wynika może mniej z transcendencji, a bardziej z faktu, że konfrontuje jednostkę z pełnym spektrum ludzkiego doświadczenia: emocjami, uczuciami i stanami, których zwykle unikamy lub je fragmentaryzujemy.

Przypisujemy innym, wypieramy, zaprzeczamy im itd.

Te mechanizmy obronne osobowości współistnieją ze sobą i wzmacniają się wzajemnie.

Koszt i konsekwencje integracji

„Nauka” wciąż stoi na stanowisku, że zdrowsze osoby używają wyparcia jako podstawowego mechanizmu obronnego. Czyli w ujęciu „naukowości” im człowiek bardziej wypiera i rzutuje na innych nieakceptowane aspekty siebie tym jest zdrowszy. 

Jezus uważa, że tak nie jest, ponieważ dusza nie potrzebuje czegoś takiego jak „wyparcie”. Kurs Cudów i Szósty List z „Nowych Listów Jeszuy” można odczytywać jako część większego Planu Pojednania energetycznego na Ziemi.

Pamiętajmy jednak, że Jezus to jest… bardzo specyficzny archetyp.

Nie ustawiam więc Jezusa w opozycji do psychologii, tylko pokazuje Go jako kogoś, kto przekracza logikę obron, a nie ją demonizuje. „Plan Pojednania” nie jest metafizyką w moim rozumieniu – jest procesem energetyczno-psychicznym, który obejmuje ciało, emocje i świadomość.

On mówi o miłości jako doświadczeniu, które obnaża, a nie reguluje. Które rozstraja, a nie koi. Które doprowadza do zmiany, ale to nie jest miłość „bezpieczna”. To miłość, która chyba nie pozwala już dłużej udawać.

Poza tym chyba nie daje żadnej gwarancji.

W dominującym, uproszczonym dyskursie psychologicznym wyparcie bywa traktowane jak wyznacznik adaptacji: „jeśli funkcjonujesz to jesteś zdrowy”. Ale to „zdrowie” jest często pozorne, oparte na kosztownym zamrożeniu energii psychicznej.

Jeśli puszcza „wyparcie” to to, co było trzymane w ryzach musi zostać nakarmione. A karmienie nie obiecuje ulgi, tylko zwiększa konieczność odpowiedzialności za siebie w trybie pilnym.

I właśnie tu „karmienie demonów” przestaje być egzotyczną praktyką, a zaczyna być modelem regulacji po wstępnej integracji: nie walka, nie sublimacja, nie moralizowanie – tylko relacja.

Praktyka „karmienia domów” nie wymaga „wiary” w demony w sensie literalnym. Traktuje je raczej jako projekcje niezaopiekowanych energii psychicznych, które chcą być usłyszane.

To most między mistyką a psychoterapią, szczególnie bliski nurtom pracy z cieniem, traumą i wewnętrznymi częściami (IFS, jungizm, psychosynteza). 

Piszę o metodzie opracowanej przez Tsultrim Allione, opisanej w książce Feeding Your Demons: Ancient Wisdom for Resolving Inner Conflict (2008). W oryginalnej praktyce chodziło zdaje się o ofiarowanie własnego ciała duchom i demonom (wiem, bez komentarza) – jako symbol całkowitego oddania i rozwiązania fundamentalnego konfliktu, jakim jest przywiązanie do „ja”, czyli utożsamienie się z ego jako tymczasową formą doświadczenia.  

Jej perspektywa koresponduje z myślą Carla Gustava Junga, który przekazywał, że człowiek może zapewnić sobie (i zmarłym) wyzwolenie poprzez świadome spotkanie z tym, co wyparte. 

Żeby Plan Jeszuy w ogóle miał szansę się wydarzyć, Jezus musi zostać zdjęty z piedestału jednej tradycji. Nie jako gest prowokacji, lecz jako warunek zrozumienia, bo ten Plan to nie jest Plan do „rozumienia”.

Paradoks.

Im bardziej się go rozumie, tym bardziej trzeba mieć wyodrębniony mechanizm obserwujący ego. I liczyć się z tym, że „ten mechanizm” będzie wyglądał tak:

Bo Chrystus to nie jest postać historyczna ani teologiczna, lecz Świadomość przenikająca epoki, systemy i języki. Archetyp, który splata myślenie strukturalne (Freud, Marks), psychologię głębi (Jung), mechanikę gier i skryptów relacyjnych (Berne), krytykę władzy i narracji (Orwell, Huxley) oraz popkulturę – bez której nic już nie da się wytłumaczyć (Rihanna).

Właśnie dlatego opisanie tego Planu słowami graniczy z niemożliwością. Nie jest on doktryną ani systemem wierzeń, lecz procesem integracji, który domaga się nie wiary czy deklaracji lecz uczestnictwa.

„Dlaczego ja”?

Gdy Helen Schucman zapytała: „Dlaczego ja?”, odpowiedź Jezusa brzmiała podobno – „bo ty to zrobisz” – nie była wyróżnieniem ani potwierdzeniem jej wyjątkowości. Była chyba tylko rozpoznaniem predyspozycji strukturalnych, czyli:

zdolności do utrzymania napięcia, tolerowania paradoksu, pracy z materiałem symbolicznym, intelektualnej dyscypliny oraz – co szczególnie istotne – ambiwalencji

Helen nie była „słodką mistyczką”, ani osobą skłonną do bezkrytycznego uwielbienia kogokolwiek. Ona pracowała w napięciu, bo napięcie pewnie ją motywowało.

Jeśli odnieść pracę Helen Schucman do koncepcji żołędzia Hillmana, to nie polegała ona na „oczyszczaniu się z demonów”, lecz na użyciu własnych trudnych, konfliktowych i ambiwalentnych części jako materiału pracy. 

To, co potocznie nazywa się „demonami” – opór, upór, gniew, cynizm, zazdrość, nieufność, znużenie, a nawet agresja wobec samego procesu – nie zostało wyeliminowane ani sztucznie uduchowione, lecz włączone w realizację jej powołania.

W tym sensie Jezus nie „przemawiał przez czyste naczynie”, bo Helen nim nie była, lecz pracował z całą strukturą jej osobowości. Z jej intelektem, irytacją, sceptycyzmem, potrzebą kontroli i ambiwalencją. 

To dokładnie odpowiada hillmanowskiej idei, że dajmon nie jest żadną przeszkodą na drodze realizacji sensu życia, lecz jego nośnikiem – siłą, która pcha, prowokuje i wszystko komplikuje, ale jednocześnie nadaje kierunek i jakiś rytm.

Dlatego ten proces nie był ani harmonijny, ani „wysokowibracyjny”. Był roboczy. Konfrontacyjny. Pełen napięcia. I właśnie dzięki temu możliwy do utrzymania bez inflacji osobowości, mimo że materiał Kursu jest mocny. 

Helen nie musiała stać się kimś innym niż była, żeby Jezus mógł z nią pracować – jej zadaniem było zrobić to, co mogła zrobić tylko ona, z całą swoją wewnętrzną niejednoznacznością i niezręcznością, która pewnie wiązała się z „byciem Helen”.

Kłóciła się, kwestionowała, bywała zmęczona i – z tego co czytam – miała dość zarówno Jezusa, jak i Billa. Być może to właśnie ta ambiwalencja stanowiła jej siłę. Prawdopodobne jest, że wiele treści dotyczących projekcji czy mechanizmów ego wywoływało w niej irytację, opór, a nawet pogardliwy dystans – który jednak nie prowadził do zerwania procesu. 

Dokończyła tę kolubrynę, która po dziś dzień stanowi ważny dokument duchowy.

Helen miała chyba wystarczająco duży kontener psychiczny, by jednocześnie unieść chęć poznania prawdy, pragnienie wolności, wolę współpracy oraz sprzeczne emocje, jakie ten proces w niej uruchamiał.

Nie każdy byłby w stanie przyjąć ten przekaz bez inflacji. Nie każdy potrafiłby też zobiektywizować go i spisać, zamiast utożsamić się z jego autorytetem. W relacji z Helen Jezus nie był jedynie „nadawcą”, a ona nie była Jego pasywnym naczyniem. 

Proces miał charakter ciągłej korekty, dialogu i napięcia. Przekaz powstawał w procesie konfliktu, podkreślmy to.

Co mnie bawi najbardziej, to fakt, że Bill, jako osoba emocjonalnie niedostępna w relacji heteronormatywnej, nie pełnił dla niej funkcji regulującej, a Jezus – pozbawiony ciała – nie mógł jej tej regulacji zapewnić w sposób somatyczny. 

W efekcie cała praca była dla Helen wymagająca na wielu poziomach: poznawczym, emocjonalnym i relacyjnym. 

Może właśnie dlatego mogła powstać. Nie wiem czy tak było, ale fascynuje mnie Kurs Cudów oraz wszyscy bohaterowie (bohaterzy?) tej przedziwnej historii.

Podobne wpisy