Dlaczego Ojciec Niebieski jest super?

Nie to, że On nie pozwala testować Hioba.
Pozwala, ale podobno „zna drogę”.

Zachęcam cię, byś podążał za głosem serca i nie pokładał ufności w przekonaniach świata, ale ufał wyłącznie światłu naszego Ojca, które jest w tobie.

Listy Jeszuy

***

Wstęp: My ich leczymy, ale to Bóg ich uzdrawia

Dopiero od niedawna rozumiem, dlaczego Eric Berne, autor książki W co grają ludzie, pisał: „My ich leczymy, ale to Bóg ich uzdrawia”.

Jednak, kiedy człowiek naprawdę doświadczy bezwarunkowej miłości, trudno już mówić o Bogu jak o abstrakcyjnej idei.

Zaczyna się raczej mówić o Nim jak o konkretnej sile, która ma moc przywracać człowieka do zdrowia, życia i wewnętrznej spójności.

Myślę, że można to rozpatrywać w kategorii cudu.

Wielu z nas nie trafia jednak do Niego bezpośrednio. Ani przez jedną książkę czy przez samotną praktykę duchową, nagłe objawienie albo totalnie „spontaniczne przebudzenie”.

Może Bóg, jeśli naprawdę jest Bogiem żywym, a nie martwą katedrą nie potrzebuje jednego schematu dojścia do siebie.

Może wystarczy, że w każdym człowieku zostawił wewnętrzną nić, po której – prędzej czy później – będzie mógł zacząć wracać na własne wezwanie.

Ktoś może przecież leżeć krzyżem w kościele i uważać, że jest bardzo religijny, a jednocześnie w środku pozostawać zamknięty, nieufny w stosunku do świata i ludzi.

Ktoś inny może medytować pięć godzin dziennie, przechodzić przez kolejne praktyki, poziomy, komnaty i inicjacje – wciąż próbować się gdzieś dostać – jakby Bóg był ukryty za jeszcze jedną techniką, jeszcze jednym doświadczeniem, jeszcze jednym stanem świadomości.

A ktoś trzeci może teoretycznie w ogóle się nie modlić. Może nie mieć rozbudowanego języka duchowego, nie znać map, praktyk ani pojęć. Może po prostu zamknąć oczy, wziąć jeden świadomy oddech – i już być bardzo głęboko osadzonym w sobie.

Nie ma reguły.

Bardzo często ta droga prowadzi przez ludzi: przez terapię, relacje, spotkania, rozmowy, przez obecność tych, którzy nie budują strategii i zależności od siebie, lecz pomagają nam odzyskać połączenie z Życiem i własne granice.

Jeśli Kurs Cudów mówi, że Bóg jest Myślą, że Jego wola jest myślą, a ciało jest czymś, co należy raczej do porządku oddzielenia – a według Junga jest „kryjówką diabła” przez którą tak łatwo pomylić lęk, głód, napięcie, impuls albo emocjonalne wzburzenie z prawdą – to może wcale nie jest wykluczone, że poznanie Boga może być także czysto intelektualne.

Chodzi o intelekt rozumiany jako rodzaj poznania, w którym myśl nagle staje się czysta. W którym coś w człowieku rozpoznaje prawdę nie przez emocjonalne uniesienie, nie przez trans, nie przez silne doświadczenie w ciele, ale przez pełną jasność, która nie odbiera nam rozumu, tylko przywraca nas do własnej osi.

Np. przez ciche zdanie, które nagle ustawia wszystko na swoim miejscu. Przez pojęcie, które rozszczelnia stary lęk. Przez zrozumienie, które nie zostaje tylko w głowie, ale cudownie zaczyna porządkować całe istnienie.

Może to nie jest „dane na zawsze”, ale nawet jeśli jest dane tylko na chwilę – już potrafi niesamowicie wzbogacić perspektywę.

Człowiek może być bramą i myślę, że ludzie bardzo często są dla siebie takimi bramami. Czasem nawet przez zwykłą życzliwość albo miłe, ciepłe spojrzenie.

Dobry terapeuta, nauczyciel czy drugi człowiek nie staje się źródłem uzdrowienia, staje się raczej miejscem, przez które człowiek przypomina sobie, że to Źródło istnieje – i że może do niego wrócić, a przynajmniej zrobić sobie małą „aktualizację systemu”, żeby być nieco bliżej.

I czasem warto przypomnieć sobie, że Niebo to nie jest tylko „dobre miejsce dla naiwnych”. Dlatego dla mnie Bóg jest czymś albo może nawet Kimś, kto realnie ratuje człowieka przed nim samym.

Bóg w tobie jest bardzo łagodny, lecz także bardzo potężny. Jego tchnienie oczyszcza wszystko, co powinno zostać z ciebie „wymiecione”, co trzeba uprzątnąć.

Daje ci siłę, nowy dynamizm, daje ci ŻYCIE.

Yves Boulvin, Powtórnie się narodzić

W moim odczuciu przebudzenie duchowe jest spiralne i odbywa się etapami.
Jest ich oczywiście wiele, ale zawsze jest to dopasowane do możliwości danej osoby.

Jeśli ludzka psychostruktura w dużej mierze składa się z lęku – szczególnie z lęku przed samym sobą – doświadczenie Boga, łaski czy miłości musi przychodzić w dawkach możliwych do przyjęcia.

Czyli „po trochę”.

Tak aby ta nasza struktura wciąż mogła się utrzymać.

Wiemy od Junga, że Ego nie da się zniszczyć, ale można na Ego nie reagować.

Jeszua w Liście 6 podkreśla, że Chrystusowy Umysł NIE REAGUJE NA EGO. Zakładam więc, że ten Umysł jest świadomy siebie, swoich ograniczeń i mechanizmów działania, ale człowiek będący w tym stanie umysłu nie jest reaktywny.

Regulowanie procesu i łagodność Boga

Chcę też powiedzieć, że Bóg nie rozbija człowieka brutalnie.

Ciekawostką w procesach duchowych jest to, że one również podlegają regulacji. Można prosić: „tak szybko, jak to możliwe, i tak dużo, jak jestem w stanie unieść, ale bez utraty kontaktu z rzeczywistością i bez rozpadu funkcjonowania”.

Można też powiedzieć: „mniej”, „wolniej”, „wystarczy”.

Tam, gdzie człowiek ma poczucie, że czegoś jest za dużo, nie chodzi o to, żeby samemu jeszcze bardziej się napinać i ryzykować „rozerwanie własnej jaźni realizmem wyobraźni” jak śpiewał Turnau w Natężeniu świadomości.

Chodzi raczej o poddanie: o zgodę, żeby to, co większe, prowadziło proces w tempie możliwym do przyjęcia i bezpiecznym dla nas.

Jeśli wybrałam oddzielenie, jeśli weszłam w tę grę i przez lata budowałam swoją psychostrukturę wokół lęku, kontroli i obron, to nie mogę nagle przyjąć całej jedności naraz.

Mogę przyjąć tylko taką dawkę spójności, bliskości i życia, na jaką pozwala mi mój system. I w tym właśnie objawia się łagodność Boga.

Prowadzi proces z szacunkiem dla pojemności człowieka.

Właśnie dlatego w Kursie Cudów tak ważne jest zdanie, że Jezus przybędzie na jedno jednoznaczne wezwanie.

Kto tego doświadczył, ten rozumie, że jeśli On prowadzi proces, to jest zabezpieczony o wiele głębiej, niż zlęknione ego potrafi sobie to wyobrazić.

I to odpowiada niemal jeden do jednego myśli Junga, że najwyższym, najbardziej decydującym doświadczeniem jest bycie sam na sam ze sobą. Jung pisał, że człowiek musi być sam, aby dowiedzieć się, co go wspiera, kiedy stwierdza, że nie może się utrzymać.

Uważał, że tylko to doświadczenie może dać niezniszczalny fundament.

Bo fundament nie może ostatecznie leżeć w opinii świata, grupie, autorytecie ani w cudzym potwierdzeniu.

Musi być głęboko wewnętrzny.

Wydaje mi się, że każdy, kto w jakikolwiek sposób doświadczył Boga, boskości albo bezwarunkowej miłości czy wsparcia Królestwa, zostaje w pewnym sensie zachęcony – a może nawet zobowiązany – do tego, żeby nieść to doświadczenie dalej.

Można to nazwać faktycznie „dobrą nowiną”, ale nie w znaczeniu propagandy religijnej, tylko bardzo prostego świadectwa: istnieje Miłość, która nie działa według logiki ludzkiego potępienia i nie mówi do człowieka w logice systemu, w którym ten człowiek żyje.

George Orwell daje temu lajka.

Nasz lęk przed Bogiem – jest w gruncie rzeczy głęboko nieuświadomionym lękiem przed Miłością, która zobaczy wszystko. Całych nas. I to co wyparte. I to czemu zaprzeczyliśmy.

I to co zostało zaprojektowane na świat.

Projekcja, wyparcie, zaprzeczenie

To fascynujące, że nie widzimy ludzi takimi, jacy są. Widzimy w nich własne treści, których nie umiemy jeszcze w sobie pomieścić.

Od napisania tekstu „Jezusoterapia. Nie zabijaj posłańca” pracuję właśnie z trzema niezręcznościami dotyczącymi ludzkiej natury: projekcją, wyparciem i zaprzeczeniem.

Jak mi ta praca wychodzi? Różnie.

Każdy, kto wie, jak głęboki może to być rodzaj konfrontacji wewnętrznej, rozumie, że nie chodzi o lekką duchową inspirację „świętymi postaciami”, a o konfrontację z tym, czego człowiek najczęściej nie jest w stanie w sobie zobaczyć, przyjąć ani unieść.

W metodzie karmienia demonów jest dokładnie tak samo. Tam też nie jesteś sam. Pojawia się postać, która cię chroni, wspiera i „ogarnia temat”. Nie po to, żeby człowieka wyręczyć, ale po to, żeby móc wejść w kontakt z tym, co do tej pory było zbyt trudne do spotkania bez wsparcia.

Nie sądzę, żeby ktokolwiek, kto naprawdę rozumie, co zostało zaprojektowane na ten świat, mógł sądzić, że wystarczy tu kilka miłych słów, trochę medytacji i dobra intencja.

W takiej pracy człowiek może potrzebować rozbudowanego systemu wsparcia i zaawansowanego przewodnictwa duchowego.

A finalnie i tak Bóg przejmuje ster i … nie trzeba nic robić. #masz #wolne

To jest najlepsze co może się wydarzyć.

Treści wyparcia

W moim przypadku treści wyparcia, pewnie za sprawą praktyk Drogi Mistrzostwa, Kursu Cudów, Listu Szóstego czy zajęć z Body Balancing – Human Skills Development – organizują się w obrazy.

Czyli psychika pokazuje mi to, co wypieram. Nie jako teorię, lecz jako bardzo żywe doświadczenie, w którym jeśli chcę, mogę uczestniczyć i „wejść” do tego obrazu wyparcia. Czyli dosłownie „stworzyć sobie świat”, którego mogę doświadczać tak, jakby on był prawdziwy.

„Psychoza: brak kontaktu z rzeczywistością”.

Od tego czasu starałam się dowiedzieć, czym jest rzeczywistość, żeby móc nawiązać z nią kontakt.

Jeanette Winterson, Podtrzymywanie światła

(…) czym jest rzeczywistość? Skąd wiemy, że to, o czym śnimy, jest nierealne, to zaś, czego doświadczamy w naszym życiu na jawie, jest realne? Trafnie wyraził to pewien chiński poeta: „Śniło mi się tej nocy, że byłem motylem, i teraz nie wiem, czy jestem człowiekiem, który śnił, że jest motylem, czy może motylem, który śni teraz, że jest człowiekiem”.

Erich Fromm, Zapomniany język. Wstęp do rozumienia snów, baśni i mitów

Czasami to doświadczenie jest naprawdę trudne. List 6 mówi „złe” i „obrzydliwe” – czasem to jest za mało powiedziane.

Miałam sen, którego nie mogłam przerwać. To nie była wizja czy obraz, od którego można odejść, wstać, napisać coś albo się rozproszyć.

Sen trzeba było dośnić.

Musiałam zobaczyć coś, co najwyraźniej było we mnie głęboko wyparte. Naprawdę głęboko.

Kiedy się obudziłam, przez mikrosekundę miałam pewność, że to będzie fatalny dzień. Że obudzę się w autoagresji, w nienawiści do siebie, w poczuciu obrzydzenia. Ale stało się coś dokładnie odwrotnego.

Spłynęło na mnie morze łaski i Miłości. I pojawił się „myślogłos”, który mówił: „Czy kochasz siebie taką? Bo Ja kocham cię nawet taką”.

I choć wcześniej słyszałam, że ludzie miewają podobne doświadczenia i dzielą się nimi, czymś zupełnie innym jest usłyszeć o bezwarunkowej miłości, a czymś innym zostać nią dotkniętym w miejscu, w którym człowiek spodziewał się potępienia.

Zaufanie i „Bóg jest super”

Dlatego kiedy mówię, że Bóg jest super, nie mówię tego z tej infantylnej części siebie, choć pewnie z tej części też sporo tu płynie, ale w przeciwieństwie do Freuda nie mam obsesji na punkcie ukrywania źródeł moich inspiracji.

Piszę to raczej z tej części, która potrafi jeszcze zaufać, czemuś innemu niż „przekonaniom tego świata”, a nie tylko się chronić przed tym światem.

I potrafi dać się poprowadzić. I czasem śmiać się z tego prowadzenia.

Maria Peszek śpiewa, że zła się nie ulęknie i nie klęknie. Bardzo lubię tę piosenkę i Marię. Choć ja akurat kleknęłam. I nie żałuję.


Dorosły człowiek zwykle chce prowadzić się sam. Ale w głębokiej nieświadomości trudno prowadzić się samemu, bo zupełnie nie widzimy terenu, po którym idziemy. Ani nie wiemy co stanie się za chwilę.

Wtedy potrzebne jest zaufanie do kogoś albo czegoś większego – w tym sensie człowiek naprawdę czasem potrzebuje Pasterza.

I tak właśnie Go doświadczam: jak łagodną, potężną, żywą obecność, która nie przychodzi po to, żeby człowieka złamać albo potępić.

Doświadczam Go jako energii głęboko cielesnej, twórczej, seksualnej. Nie piszę o tym po to, żeby dokonywać tu jakiejś profanacji Pana. Nie zależy mi też na prowokacji żadnych środowisk, ani na przesuwaniu granic dobrego smaku dla efektu.

Chodzi mi o pokazanie, że może gdyby więcej osób wiedziało, że Bóg nie jest żadną martwą ideą, abstrakcyjną siłą ani kimś odłączonym od życia – to może więcej ludzi chciałoby Go faktycznie doświadczać (mimo lęku).

Bóg jest czystą siłą życia, która nie brzydzi się tego życia. Ani widocznie żadnym z jego przejawów.

W Kursie Cudów jest takie zdanie dotyczące świętowania tego, że Chrystus jest teraz z nami.

Oh wow!

To doświadczenie zmienia. Bo jeśli zostałeś obdarowany miłością dokładnie tam, gdzie spodziewałeś się odrzucenia, to naturalnie chcesz nieść tę wiadomość dalej.

Nie dlatego, że „masz rację”. I nie dlatego, że ludzie mają ci wierzyć. I nie dlatego, że chcesz kogokolwiek przekonać do swojej „wizji Boga”, albo do tego, że „ten świat” jest tylko kompensacją innego świata.

Tylko dlatego, że wiesz już, że istnieje miłość większa niż można sobie to wyobrazić.
I niczego od ciebie nie oczekuje.

Żadnego rodzaju zmiany.

Jesteś taka. Ok. Pokochaj to.

I być może właśnie tego najbardziej się boimy: Boga, który istnieje i który nie mówi językiem naszych systemów wartości. Boga, który nie potwierdza naszych małych porządków moralnych, tylko widzi nas głębiej.

Widzi to, co wyparte, chore, destrukcyjne i zawstydzające a jednak nie przestaje kochać.

Człowiek prowadzony przez Boga nie musi być od razu Mojżeszem z wielkim zadaniem, kamiennymi tablicami i efektami specjalnymi w postaci rozstępującego się morza.

Nie musi być prorokiem przemawiającym do narodów. Nie musi mieć misji, którą da się łatwo uznać za wielką z zewnątrz. Czasem to prowadzenie dotyczy rzeczy dużo mniejszych.

Tego, żeby czegoś nie powiedzieć. Żeby przestać uczestniczyć w logice przemocy. Żeby zobaczyć własny mechanizm. Żeby nie zdradzić siebie. Albo żeby odejść. Albo żeby zostać. Żeby przyjąć coś, czego całe życie się w sobie bało. Żeby nie uzależniać już własnej drogi od cudzej akceptacji tej drogi.

I nawet taki rodzaj prowadzenia, który nie wymaga niczego spektakularnego już może budzić w nas ogromny opór.

„Odpowiednio przygotowani Marsjanie”, Abstrakcyjny Wszechświat czy Bóg Ojciec?

Dlatego jestem przekonana, że Eric Berne miał rację, kiedy pisał, że dopiero odpowiednio przygotowani Marsjanie mogliby wyeliminować na Ziemi pewne nieszczęścia.

I podkreślam, że to nie Bóg miażdży człowieka, tylko ego, lęk i wyparte treści potrafią zamienić proces przemiany w samoudręczenie.

Nie Bóg.

Sam Bóg jest raczej łagodną, ale potężną obecnością, której można ufać.

I nawet jeśli pozostaje tajemnicą, to nie jest sadystą.

Nie przychodzi po to, żeby człowieka złamać, tylko, żeby oczyścić w nim to, co i tak od dawna nie pozwala mu żyć naprawdę.

I chyba właśnie taką informację chcę zostawić w tym tekście: Bóg jest. Można Mu ufać. Nie trzeba rozumieć wszystkiego, żeby zacząć ufać temu, co jest o wiele większe od naszego lęku.

I myślę, że ten Plan Pojednania naprawdę jest planem Jezusa – jakkolwiek szalenie może to brzmieć dla racjonalnej części umysłu.

Wszystko, co nie jest to kolejnym religijnym (albo niereligijnym) „programem kontroli człowieka przez innego człowieka”, może brzmieć nieprawdopodobnie. „Śmiesznie” i „niedorzecznie” – według Erica Berna, dokładnie te określenia są używane przez Rodzica.

Na tym blogu próbuję przekazać o co Mu chodzi, kiedy proponuje proces odzyskiwania człowieka spod władzy sił, którym – na mocy wolnej woli, nieświadomie – pozwolił się ograniczyć i uwięzić.

Ważne jest też to, że Jezus zawsze mówił o Bogu inaczej niż wiele współczesnych i również dawnych nauk duchowych. We współczesnych przekazach też nie mówi wyłącznie o abstrakcyjnym Wszechświecie, o energii, Życiu czy polu.

On przecież mówił o Bogu jak o Ojcu.

Bardzo konsekwentnie mówi o Bogu jako o Ojcu w relacji żywej, intymnej, bezpośredniej.

Nie tylko: „Bóg jest Ojcem narodu” albo „Ojcem stworzenia”, ale: „Ojciec wasz”, „Ojciec mój”, „módlcie się: Ojcze nasz”.

Dlaczego warto zainteresować się Ojcem Niebieskim? O wybieraniu „jeszcze raz”

Bóg nie jest tylko zasadą, energią albo prawem istnienia. Staje się Kimś, do kogo można się zwrócić. Kimś, kto może odpowiedzieć. Kimś, kto może prowadzić człowieka jak Ojciec – nie w sensie kontroli, lecz opieki, obecności i głębokiego poznania.

Warto się zainteresować „tym Ojcem”, bo w przeciwieństwie do tego ziemskiego – z którym i tak mam całkiem niezły kontakt – to jednak ten „Niebieski” jest Wszechmogący.

Jeszua w wielu przekazach podkreśla, że zawsze można „wybrać inaczej”.

Że zawsze jest się wolnym, żeby wybrać jeszcze raz.

Stwierdzenie, że diabeł jest wybrany na zastępstwo ukochanego ojca, brzmi naprawdę dziwacznie, ale tylko wtedy gdy słyszymy o tym po raz pierwszy, albowiem dysponujemy pewnym zasobem wiedzy, który może złagodzić nasze zaskoczenie (…). Powiedzmy więc przede wszystkim, że Bóg jest zastępstwem ojca, czy słuszniej: jest on ojcem wywyższonym.

Zygmunt Freud, Charakter, a erotyka, s. 247 Nerwica diaboliczna w VII wieku, Diabeł jako zastępstwo ojca

Podobne wpisy

  • Dlaczego Jezus był zagrożeniem?

    Przemyślenia o Jezusie i cytat Historia Jego śmieci nie jest przecież o tym, że „źli ludzie zabili dobrego człowieka”. W wielu tradycjach Mistrz bywa kimś, kogo można podziwiać z bezpiecznego dystansu. Jezus trudniej zostaje w dystansie, bo On właściwie pyta bezpośrednio: czy naprawdę chcesz kochać tak, jak Ja kochałem? Czy tylko chcesz mnie czcić? Myślę,…

  • |

    A jeśli nie ma żadnego Planu Pojednania? Konflikt między ryzykiem ośmieszenia a ryzykiem zaniechania

    Oczywiście całe to „Pojednanie” można potraktować jako żart, nadinterpretację albo próbę nadania sensu własnym doświadczeniom. Nie zamierzam rozstrzygać za innych, czym ono jest. Może rzeczywiście nie ma żadnego Pojednania. A może Jung nie był wybitnym psychiatrą, lecz człowiekiem, który poświęcił życie na tworzenie rozbudowanego uzasadnienia dla własnych zaburzeń. Myślę, że również taką interpretację dałoby się…

  • Nieświadomość

    Spis treści Tekst jest dopełnieniem opracowań i rozwinięciem opracowań: Czego boją się ludzie Brytyjski Psychiatra R.D. Laing napisał, że ludzie boją się trzech rzeczy: Nie należy zakładać, że w pewnych głowach znajdują się elementy, które w innych głowach nie wstępują. Nie możemy również zakładać, że nieświadomość ma zdolność autonomizowania się jedynie w przypadku pewnych ludzi,…

  • Defekt nerwicy ukształtowany kulturowo

    Spis treści Defekt ukształtowany kulturowo czyli patologia normalności Jeśli człowiek nie jest wolny, spontaniczny i nie potrafi autentycznie wyrażać siebie, można uznać to za poważny defekt, pod warunkiem, że przyjmiemy, że wolność i spontaniczność są obiektywnymi celami (…) Jeśli takiego celu nie osiągnie większość społeczeństwa, mamy do czynienia ze zjawiskiem defektu ukształtowanego społecznie. Jednostka dzieli…

  • Lex Szarlatan. Moja opinia

    Kto powinien zostać objęty ustawą w pierwszej kolejności? Moja opinia jest taka, że w pierwszej kolejności powinien zostać nią objęty Eric Berne. Nadal trwa intensywna dyskusja nad tym, czy zwycięzcy są zwycięzcami dzięki wygrywającym skryptom, czy też dlatego, że posiadają przyzwolenie na autonomię. Nie ma jednak prawie wcale wątpliwości, że przegrani postępują zgodnie z tym,…

  • 8 okresów w życiu człowieka

    Poniższych okresów i związanych z nimi wyborów i odczuć „nie należy rozpatrywać w kategorii całkowitej realizacji czy osiągnięcia jednego z tych dwóch stanów, ale raczej jako „korzystny stosunek” tego, co pozytywne, do tego, co negatywne, z zastrzeżeniem, że to, co negatywne, pozostaje w nas jako „dynamiczne przeciwieństwo” do końca życia„.1 Uważam, ze przynajmniej na tej podstawie powinniśmy się wszyscy…