Czy to znak? I o cenie uczestnictwa w życiu
- Czy to znak?
- Artyści są wrażliwi a naukowcy są niewrażliwi?
- To nie świat mówi do jednostki
- Zatrzymaj się na chwilę i zapytaj siebie
Czy to znak?
Wszystko jest treścią świata.
Ludzie mają naturalną tendencję do nadawania znaczeń temu, co widzą i słyszą – szczególnie w momentach wyostrzonej percepcji, napięcia emocjonalnego albo wewnętrznego przełomu.
Problem zaczyna się w momencie, gdy każdą treść zaczynamy traktować jako komunikat „do mnie”.
Cienka jest przecież granica między nadawaniem znaczenia a projekcją znaczenia.
Artyści są wrażliwi a naukowcy są niewrażliwi?
Ciekawe, że z tej samej piosenki można by wydobyć obraz człowieka zupełnie nieprzystosowanego do dzisiejszego świata. Ale ponieważ ta jego nieprzystawalność zostaje złagodzona melodią, głosem i formą, nie odbieramy jej jako słabości.
Odbieramy ją jako „wrażliwość artysty”.
Ale to też nie jest takie proste, że wrażliwość należy wyłącznie do artystów. Na przykład Carl Sagan był naukowcem – amerykańskim astronomem, pisarzem i popularyzatorem nauki – a według mnie trudno powiedzieć, że był mniej wrażliwy niż artysta muzyk, malarz czy rzeźbiarz.
Może różnica nie polega na tym, że artysta czuje więcej, a naukowiec mniej. Może różnica polega na języku, którym ta wrażliwość się wyraża.
Artysta może opowiedzieć o tęsknocie przez melodię, obraz albo metaforę. Naukowiec może patrzeć w kosmos i mówić o kruchości życia, samotności człowieka, zachwycie nad istnieniem i odpowiedzialności za świat.
To też jest wrażliwość. Tylko ubrana nie w piosenkę, ale w poznanie.

To nie świat mówi do jednostki
To jednostka rozpoznaje siebie w tym, co już istnieje.
Świat jest przecież gęsty od znaczeń, a niektórzy z nas są wrażliwi na te, które nas dotyczą.
I pewnie ci którzy czytają tego bloga wiedzą, że fantazja o pełnym samostanowieniu o sobie samym jest… fantazją, ale to nie jest tak, że człowiek w ogóle nie ma żadnej autonomii.
Naprawdę możemy nad tym pracować.
Autonomia nie polega na tym, że biernie odczytuje się znaki i za nimi podąża, ona zaczyna się wtedy, kiedy człowiek sam nadaje kierunek własnemu życiu, albo próbuje to robić mimo przeszkód.
Mogę dostać piętnaście „znaków”, żeby czegoś nie robić, a mimo to zdecydować: chcę to zrobić i zrobię to. Nawet wbrew światu i logice.
I odwrotnie: mogę dostać dziesięć „znaków”, żeby coś zrobić, a jednak tego finalnie nie zrobić, bo zatrzyma mnie lęk albo stwierdzę, że ja po prostu nie chcę tego robić, mimo że znaki się „sypią z nieba”.
Więc ostatecznie nie chodzi o same znaki ani o okoliczności zewnętrzne. Chodzi o to, co człowiek robi z własną wolą. I czy w ogóle ma do niej dostęp, czy została mu już niemal całkowicie odebrana.
Zatrzymaj się na chwilę i zapytaj siebie
Czy ja w ogóle mam jakieś pragnienie? To nie musi być od razu wielka życiowa misja.
Na przykład: „Chcę dziś wieczorem zrobić pizzę z … Wagyu”, albo „Marzę o włosach zrobionych metodą airtouch, bo to wygląda pięknie”. A może być coś naprawdę dużego: „Chcę zrobić doktorat”.
Nieważne, od jakiej skali zaczynasz.
Ważne, żeby w ogóle usłyszeć: czego ja chcę? czy ja w ogóle czegoś chcę? Poza tym co czuję, że muszę lub jest na mnie wymuszane?
A potem zapisz na kartce dwie albo trzy największe przeszkody, które realnie stoją między tobą a tym pragnieniem.
Jeśli przeszkodą jest: „Nie stać mnie na japońską wołowinę”, to może pytanie brzmi: co mogę zrobić, żeby trochę lepiej zarabiać albo inaczej gospodarować pieniędzmi?
Jeśli przeszkodą przy airtouchu jest: „tak naprawdę to boję się, że nie wyjdzie albo jak będę wyglądać”, to może nie chodzi o fryzurę, tylko o odwagę. Może warto zaryzykować i zobaczyć, co się stanie. Może się zaskoczysz.
Idź do fryzjera i poczuj co to znaczy „żyć na krawędzi”.
Jeśli przy doktoracie pojawia się myśl: „Boże, ile to będzie pracy”, no to dobrze – będzie dużo pracy. Ale nie cała naraz.
Żaden doktorat nie spada człowiekowi na głowę w piątek i nie musi być gotowy na poniedziałek.
Często nie chodzi o to, żeby od razu mieć siłę na całą drogę. Chodzi o to, żeby podjąć decyzję i zrobić pierwszy ruch w stronę własnego pragnienia, a potem życie to skoryguje.
Albo da przeszkody, które trzeba będzie pokonać, żeby osiągnąć ten cel, albo drzwi się zamkną, bo życie samo zdecyduje, że np. coś jest nie dla ciebie, nie rezonuje z tobą albo zupełnie stracisz do tego energię i po prostu odpuścisz.
I warto też zapytać siebie czy każdy cel, który wymaga nieco wysiłku, od razu jest zły? I czy coś, co przyszło całkiem bez wysiłku, naprawdę daje człowiekowi poczucie sprawczości?
Według mnie myślenie, że wszystko w życiu powinno przychodzić lekko, bez oporu, bez ryzyka i bez pracy, jest pewną utopią.
Nie chodzi o to, żeby wybierać drogę tylko dlatego, że jest trudna. Chodzi raczej o to, że samo bycie tutaj – naprawdę bycie w życiu, w decyzjach, w pragnieniach, w konsekwencjach – musi nas coś kosztować.
Jungowi jego wężowa dusza tłumaczyła, że życie musi go coś kosztować. I pewnie każdego z nas musi. Nie jako kara, ale jako cena uczestnictwa. Bo jeśli nic nas nie kosztuje, to często znaczy, że nie jesteśmy w tym naprawdę obecni.
Dobrze znam ten stan „nieobecności”.
Opór albo lęk nie oznacza: „to nie dla mnie”. Czasem opór oznacza po prostu: „muszę się tu pojawić jako osoba, która decyduje”. I nawet jeśli to jest drobna rzecz – naprawdę drobna – to ona może mieć znaczenie.
Nie dlatego, że przyszedł wielki znak z nieba. Tylko dlatego, że człowiek w pewnym momencie powiedział: „kurczę, chcę tego”.
I zrobił to.
Zamówił to wagyu. Zapisał się na kurs. Poszedł do fryzjera. Wysłał zgłoszenie. Otworzył dokument z doktoratem. Nie dlatego, że świat go popchnął, albo „dał znak”.
Tylko dlatego, że dał sobie przyzwolenie i sam ruszył.
