Chrystus jako archetyp zjednoczenia przeciwieństw. Ostatni numer tygodnika!
If Jesus had an iPhone
Zwróćmy uwagę, że z jakiegoś powodu Jezus, nie zamienił wina w wodę, bo „to zdrowsze”, tylko odwrotnie. Widocznie nie był „taki święty”.
Gest zamiany wody w wino nabiera głębokiego znaczenia, bo to mniej „cud dla tłumu”, po to, żeby zyskać nowych followersów, a bardziej symbol przeistoczenia materii w świadomość – afirmacji życia, cielesności, radości i przyjemności.
Jednak nadmiar pobudzenia – niezależnie od tego, czy pochodzi ze stresu, ekstazy czy intensywnej pracy symbolicznej – może sprawić, że ludzki system nadawania znaczeń zaczyna działać zbyt szybko i zbyt szeroko (wielopasmowo).
Wtedy człowiek nie tyle „tworzy nowe”, ile sięga po gotowe figury z przeszłości, które mają pomieścić to, co przekracza jego aktualną strukturę psychiczną i zdolności do integracji.
Myśl przewodnia tego tekstu dotyczy zdrady Życia – rozumianej nie jako złamanie norm, lecz jako utrata kontaktu z własną żywotnością. Nie chodzi tu o ocenę terapii trwających latami, farmakologii ani konkretnych historii ludzi, lecz o pytanie bardziej podstawowe, które brzmi:
co musi się wydarzyć, aby siły, która zwykle podtrzymują rozwój, zaczęły działać przeciwko człowiekowi? Dlaczego w przypadku Anneliese Michel, życie obróciło się przeciwko swojej nosicielce?
To prowadzi do rozważań, że „stany mniejszego kalibru” jak depresja mogą być przeżywane, jak radykalne „nie” wobec życia prowadzonego wbrew sobie.
Jak zatrzymanie systemu, który nie chce już podtrzymywać roli stworzonej wyłącznie do przetrwania.
Konflikt nie toczy się wtedy między dobrem a złem, winą, moralnością czy grzechem, lecz między żywotnością a przystosowaniem, które potrafi wyglądać jak cnota, a w rzeczywistości jest tylko elegancko opakowaną formą martwoty.
Marek Aureliusz, Maria Magdalena, Emmanuel Kant i Erich Fromm na piwie o gniewie i żądzy
Rozmyślam o tym od czasu lektury Ewangelii Marii. Na takim spotkaniu każdy mówiłby z innej perspektywy – ale właśnie to napięcie jest ciekawe.
Kant przypomniałby, że człowieka nie wolno traktować wyłącznie jako środka do celu. Gdy pożądanie redukuje kogoś do ciała czy przyjemności, narusza jego godność – i to byłby dla niego pewnie punkt wyjścia.
Marek Aureliusz widział w żądzy formę utraty wewnętrznej wolności. Powołując się na Teofrasta pisał, że cięższe są błędy popełniane z żądzy niż z gniewu.
Fromm przesunąłby rozmowę gdzie indziej: on nie pytał, czy coś jest grzechem, lecz czy służy życiu. Jeśli coś prowadzi do wzrostu, rozwoju – może być początkiem przemiany – nawet wtedy, gdy moralny język nazywa to upadkiem.
W Ewangelii Marii Żądza zostaje uspokojona i właśnie dzięki temu pojawia się wyzwolenie od niewiedzy.
Słowo „Żądza” zapisane wielką literą brzmi raczej jak siła, którą trzeba poznać, nie tylko potępić. Maria Magdalena, ma tym piwie – prawdopodobnie zasnęłaby z nudów.
Tina z kolei widać, że żyła w czasach, w których mężczyźni nie nosili w kieszeni spodni iPhona. Być może stąd pełna radości reakcja. Bez konieczności interpretacji.
Różnica między nimi wszystkimi polega dodatkowo na tonie:
- Aureliusz mówi do siebie samego z pozycji jakiegoś cesarza-strażnika porządku (czyli: opanować, wyprostować, wrócić do logosu).
- Fromm patrzy z pozycji analityka życia, egzystencjalisty czyli nie pytał czy coś jest „żałosne”, „oburzające”, „nie na miejscu” czy „grzeszne” tylko: „czy to jeszcze żyje, czy już jest martwe?”. Tyle go na ogół obchodziło.
- Maria Magdalena patrzyła z pozycji doświadczenia przemiany, w którym to doświadczeniu sens dopiero się wyłania.
- Kant krytykował „czysty rozum”, ale go nie wykluczał. Pokazał, że rozum jest konieczny do poznania, ale kiedy próbuje mówić o rzeczach poza doświadczeniem (np. o duszy jako substancji, świecie jako całości absolutnej czy Bogu), wpada w sprzeczności. On „rozum” zdyscyplinował, pokazując, gdzie przestaje być narzędziem poznania, a zaczyna tworzyć iluzje.
Osobiście próbuję stać trochę między nimi wszystkimi – czyli siedzieć okrakiem na ogrodzeniu – to jest niewygodne, ale pomaga: nie absolutyzować kontroli, ale też nie romantyzować impulsu, a do doświadczeń podchodzić z rozsądkiem.
Równowaga nie polega na braku ruchu, lecz na powtarzalnym wracaniu do centrum, ilekroć życie próbuje przeciągnąć cię w którąś ze stron.
W tych wszystkich procesach, staram się raczej rozumieć głębszą prawdę, że prawdziwą tragedią ludzi, od wieków jest to, że choć są stworzeni do miłości, umierają nie zaznawszy jej w prawdzie nigdy w sensie romantycznym.
Nie dlatego, że idąc przez życie nic nie czuli – przeciwnie. Wielokrotnie myli się jednak napięcie z więzią (pożądanie), a limerencję z relacją (niepewność), lękowe przywiązanie bierze się za „miłość stabilną” itd.
Pożądanie chce posiadać, obsesja chce tylko utrzymać obraz „obiektu”, a miłość potrafi widzieć drugiego poza własną fantazją na jego temat.
Silne pożądanie czy obsesyjna fascynacja potrafią imitować głębię, bo są głośne w ciele, intensywne i pochłaniające.
Miłość zaczyna się tam, gdzie drugi człowiek przestaje być fantazją, a staje się realnym „ty”. Tam widzenie osoby – kogoś, kto czuje i wybiera – zastępuje używanie jej.
Drugi odzyskuje prawo do własnej odpowiedzi: może powiedzieć „tak” lub „nie”, zostać albo odejść. To odbiera kontrolę. I pokazuje najczęściej, że kiedy kontrola się kończy to nagle „znika miłość”.
Biofilia jest postawą wobec życia, jest aspektem miłości, to ruch ku czemuś żywemu, spontanicznemu, twórczemu; „ten świat” – uważa, że to jest grzeszne.
Nekrofilia to przywiązanie do tego, co martwe – sztywnych norm, kontroli, strategii, pieniędzy, pozornej moralności, akceptacji sytuacji w której mężczyznę podnieca bardziej sportowy samochód niż kobieta (Fromm).
I to nie jest niby grzeszne. To jest po prostu odwrócone do góry nogami, powiedziałby Jeszua.
W neurotycznym umyśle ciało zamienia się koncept, uczucia się myśli, a emocje nieustannie analizuje, nie ma spontaniczności, tylko strategia, ale umysł wyćwiczony do analizy może rozumieć to wszystko tak, że;
„grzech jako postęp” nie oznacza afirmacji destrukcji, w rozumieniu róbmy innym źle. Przeciwnie, to jest moment, w którym ktoś wychodzi poza martwą strukturę i zaczyna naprawdę żyć, a jeśli robi sobie dobrze, w stylu Kanta czyli etycznie, to ma szansę zwiększyć poznanie w stylu Marii i później wystawić język Markowi Aureliuszowi (dla zabawy).
Sposoby osiągania poczucia własnej skuteczności bywają rozmaite: wywołanie wyrazu zadowolenia na twarzy dziecka, uśmiechu ukochanej osoby, reakcji seksualnej u kochanka, zainteresowania u interlokutora, wreszcie dzieło – materialne, intelektualne, artystyczne.
Erich Fromm, Anatomia ludzkiej destrukcyjności
Ale tę samą potrzebę zaspokoić można w związkach z innymi ludźmi, podstawową alternatywę stanowi wykorzystanie swej mocy po to, by wywołać miłość albo by wywołać strach i cierpienie. (…)
Badając depresję i nudę, natrafiamy na bogactwo materiału, który ukazuje to samo poczucie skazania na nieskuteczność – tzn. na całkowitą życiową impotencję (której impotencja seksualna stanowi jedynie cząstkowy wymiar) – jedno z najbardziej bolesnych i nieznośnych doświadczeń.
Przekonujemy się, że człowiek jest w stanie zrobić niemalże wszystko, byle tylko wyzwolić się od niego, poczynając od narkomanii i pracoholizmu aż po okrucieństwo i morderstwo.
O co więc chodzi z żądzą i gniewem?
Chodzi o to, że są, że istnieją, nawet jeśli istnieją w wyparciu, to i tak dobrze wiedzieć gdzie swoje źródła mają nuda, depresja, pracoholizm, okrucieństwo i morderstwo.
Jeśli żądza i gniew, nie są wyparte i tłumione, to pojawia się pytanie: czy zdolność ich odczuwania prowadzi mnie do większej żywotności i świadomości siebie, czy zmusza mnie do zamrożenia i utrzymywania tej niekończącej się gry pozorów?
Gniew może być ważnym impulsem, ale nie muszę za nim iść. Żądza też coś przecież mówi. I to nie jest o „reaguj”. Może to jest częściej o POSŁUCHAJ!
Maria dyskutowała z własną Żądzą. Szkoda, że wszystkie strony tej Ewangelii się nie zachowały.
Paradoks podejść stoicyzm i biofilia – jak pogodzić nauki Jeszuy w doświadczeniu?
Stoicyzm, jest formą bardzo konsekwentnej autoterapii, dodatkowo ostrzega przed utratą wolności, zniewoleniem przez popęd – przed sytuacją, w której człowiek staje się zakładnikiem własnych impulsów.
Fromm ostrzega przed czymś odwrotnym: przed utratą życia wskutek nadmiernej kontroli, która odcina wszystko, co spontaniczne, żywe i nieprzewidywalne.
Paradoks polega na tym, że oba podejścia są jednocześnie sensowne. Stoik mówi, żeby nie oddawać wolności popędowi. A Fromm, żeby nie oddawać życia lękowi przed popędem.
Bo między tymi dwoma ryzykami – byciem porwanym przez namiętność i byciem zamrożonym przez obronę – rozgrywa się zwyczajne ludzkie doświadczenie.
Napięcie nie znika, tylko czeka w tle. I to ono przypomina, że człowiek rzadko żałuje pomyłek – częściej żałuje życia, którego nie pozwolił sobie przeżyć, bo świadomość tego napięcia, lęku – nie jest na ogół dostępna w sposób ciągły, no bo to jest neurotyzm.
Ale w moim odczuciu prawie każdy ma neurotyczną część. I paradoks polega na tym, że to ta część, skontaktowana z lękiem, ma potencjał do więzi, a nie do „ustanawiania więzów”.
Nie wiem, jak nauki Jezusa pogodzić w doświadczeniu. Nawet nie wiem czy jest możliwe faktyczne stosowanie się do Jego „zaleceń”.
Kiedy czytam List 6 i fragment o „zajęciu swego prawowitego miejsca po prawicy Boga”, zawsze się uśmiecham, co pozwala mi zachować zdrowy dystans do przekazywanej treści.
Poczucie humoru ma również działanie „antyinflacyjne”.
Nie jest to widocznie decyzja płynąca z osobowości, lecz współpraca najgłębszej istoty z Duchem – z tym, który prowadzi, nawet kiedy zupełnie nie rozumiemy kierunku.
To jest Duch Święty w poglądzie kwartetycznym. Ten gnostycki od łączenia przeciwieństw. On jest specyficzny.
Do tego stopnia, że czasem strach się przeżegnać.
Jezus symbol integracji coniunctio oppositorum
Carla Junga fascynował Chrystus jako archetyp zjednoczenia przeciwieństw (coniunctio, coincidentia oppositorum) czyli moment, w którym nawet to, co „niskie”, zostaje włączone w to, co „święte”.
- Seksualność jest energią życia.
- Cień jest tylko ponoć wypartym aspektem tej energii.
- Jezus jest natomiast symbolem pełnej integracji.
Unus mundus (łac. jeden świat) – w alchemii oraz psychologii Carla Gustava Junga termin ten używany jest naprzemiennie z unio mystica, coincidentia oppositorum, complexio oppositorum, coniunctio (…).
Unus mundus, Wikipedia
Mimo braku kierunkowego wykształcenia – ale w związku z powyższym – mam podejrzenia, że dziś, tłum też uwolniłby Barabasza, dlatego, że tłum ma bardzo specyficzny „zmysł sprawiedliwości”.
Szczególnie widoczny wtedy kiedy zaprzeczenie, wyparcie i projekcja zaczynają się wzajemnie wzmacniać.
Tłum nie kieruje się „sprawiedliwością” w sensie etycznym. Częściej reaguje na czytelność ról i redukcję własnej niepewności.
Barabasz reprezentował zło, które jest znane, oczywiste. A Jezus przekraczał pojęcia. Barabasz jest o tyle mniej zagrażający, że reprezentuje coś rozpoznawalnego dla nas.
Nawet jeśli jest przestępcą i jest jak żywcem wyjęty z filmów Smarzowskiego – zły i brzydki – to jego miejsce w porządku symbolicznym jest jasne, bo wiemy kim on jest, jak go nazywać i że jego postać nie zagraża spójności naszego myślenia.
Łotr jest łotrem i nie podważa przekonań ani przeświadczeń na temat Życia. Więc kiedy tłum mówi „tego nam daj, a tego ukrzyżuj” podtrzymuje swój system przeświadczeń i oddala od siebie lęk.
Berne uważał, że przeświadczenie jest reakcją na potrzebę uległości tkwiącą w fobiach, dla niego to była demonstracja spójnej struktury leżącej u podstaw wszystkich gier.
Większość ludzi, których znam broni swoich przeświadczeń zaciekle. Podobnie jak ja. Czy rozumiemy dlaczego?
„Przeświadczenie” to nie zwykła opinia, tylko wewnętrzna, utrwalona teza o świecie i o sobie, która porządkuje nasze zachowanie. „Muszę być grzeczna, żeby być bezpieczna.” „Bliskość zawsze kończy się utratą.”,. „Kiedy jestem sobą ludzie mnie nienawidzą więc muszę być kimś innym niż jestem”.
W ujęciu analizy transakcyjnej takie przekonania często są częścią skryptu czyli utrwalonego sposobu interpretowania rzeczywistości.
Berne zakładał, że gry rodzą się z lęku. Fobia (w szerokim sensie) to nie tylko kliniczne opisy lęku – ale wewnętrzne unikanie doświadczenia, które wydaje się zbyt groźne dla spójności ja.
Przeświadczenie „na jakiś temat” – staje się narracją, która to wszystko uspójnia. Utrata przeświadczenia rozszczelnia to „uspójnienie”. Dlatego motywacyjni kołcze, po prostu kłamią, kiedy mówią, że zmiana jest kwestią chęci, woli lub motywacji.
Gry psychologiczne nie są chaotyczne. Mają strukturę. Ukryty lęk lub konflikt,
skryptowe przekonanie („przeświadczenie”), powtarzalny schemat relacyjny, przewidywalny finał emocjonalny (np. poczucie krzywdy, winy, moralnej wyższości nad kimś).
Więc szczerze? Jestem w stanie zrozumieć skandowanie: „daj nam Barabasza!”, „ukrzyżuj Go”. W kontekście Listu 6 trudno jest nawet ten tłum osądzać.
Przez wiele waszych dekad usiłowaliśmy przeniknąć Umysł Ludzkości po to, by zarówno obudzić jego rozumienie Hamowania ORAZ by pomóc stworzyć środki do zaprzestania hamowania. Można by postrzegać to pierwsze jako ewolucję psychologii (rozumienia), zaś praktyki energetyczne skupione na „Ciele i Umyśle” można by określić jako sposoby zaprzestania hamowania.
Z perspektywy psychologii tłumu ta Jego postawa, Jego nauki są destabilizujące. I to nawet te „oficjalne”, akceptowane przez kler.
Tłum często reaguje na przekroczenie obowiązujących ram jak na zagrożenie porządku, nawet jeśli przekaz jest w gruncie rzeczy etyczny, integrujący, zwiększający żywotność.
Bo tłum nie wybiera między dobrem a złem, lecz między tym, co znane, a tym, co rozsadza jego sposób widzenia świata.
Figura jawnie kontrowersyjna – jak Barabasz – bywa łatwiejsza do zaakceptowania niż ktoś, kto wymyka się kategoriom i zmusza do rewizji własnych przekonań.
Łączy przeciwieństwa, a nie wypiera się ich, i nie rzutuje na innych.
#coniunctio #oppositorum
Co na diabła?
Czasem nie wiadomo czy wyciągać na niego różaniec, straszyć go krzyżem, czy raczej poprawić włosy, sięgnąć po szminkę i powiedzieć „cześć”.
Tak od niechcenia.
Niezintegrowany cień przyciąga uwagę intensywnością. Nadmierne zainteresowanie ciemnymi treściami jest skutkiem niezintegrowanego cienia w sobie. Wraz z integracją zmienia się nie treść symbolu, lecz reakcja na niego: lękowa fascynacja ustępuje zwyczajności.
To, co wcześniej wydawało się demoniczne, przestaje dominować doświadczenie i zostaje włączone w siebie, nie musi być „widziane” w innych, jeśli jest uznane w sobie.
Łączenie przeciwieństw w alchemii oznaczało moment połączenia tego, co pozornie sprzeczne: światła i cienia, ducha i materii, pierwiastka męskiego i żeńskiego (sol i luna).
Naprawdę nie wiem, o co chodzi Jezusowi, tak w pełni, ale Jungowi nie chodziło o zwykły kompromis, lecz o powstanie nowej jakości – nowej całości, która nie jest redukcją żadnego z biegunów.
Ta nowa jakość, może jest obnażająca, ale nie jest ograniczająca.
Współczesne przekazy, w których pojawia się Głos Jezusa, powracają do tej samej Prawdy – że Bóg nie odrzuca niczego, co prawdziwe, nawet jeśli to co prawdziwe pozostaje ogólnie nieuznane czy niezrozumiane.
Bo to nie jest „harmonia bez napięcia”. To raczej utrzymanie napięcia między biegunami bez ucieczki w jednostronność. Czyli współcześnie mogą to być różne formy uznania sprzeczności np.:
- mogę być wszystkim i zawsze (ekstaza i w konsekwencji inflacja), ale jestem przecież też samą sobą, oddzieloną od innych.
- nie jestem tylko swoją personą czy osobowością, ale nie jestem też autentycznym ja.
- istnieję nawet przy całkowitym zerwaniu poczucia wcielenia i mogę uznać, że to niczego nie rozwiązuje.
- mam w sobie racjonalność, a nawet „czysty mental”, ale jest część, którą pociąga romantyzm.
- nie chcę już oddawać swojej autonomii na rzecz nikogo, ale kusi mnie też świat relacji z ludźmi, a czasem nawet oddanie jej części na rzecz bliskości z kimś.
Rozwój polega nie na eliminacji jednego z biegunów czyli: wybieram „to”, albo „to” lecz na rozszerzeniu pola świadomości tak, by oba bieguny mogły współistnieć. Elastyczne korzystanie z własnej „biegunowości”, sprawia, że życie może nabrać większego sensu. I smaku.
To jest umiejętność, której się nie osiąga i która nie jest dana raz na zawsze. To się raczej wypracowuje, uczy się tego o wiele bardziej niż „się to ma”.
Integracja nie usuwa w nas konfliktu, raczej zmienia relację do konfliktu. Finalnie chyba chodzi o to, żeby móc przesuwać się możliwie płynnie, jak po suwaku, a nie być rzucanym pomiędzy tymi przeciwieństwami.
Przychodzi Jezus do terapeuty
Gdyby współczesny, powiedzmy „przeciętny” terapeuta spotkał Jezusa z czasów biblijnych, mógłby mieć problem, bo przyszedłby do niego człowiek, który:
- Słyszy głosy (Ojca, Ducha).
- Mówi, że ma boskie posłannictwo.
- Doświadcza wizji – dziwacznych, niepokojących.
- Dyskutuje z własnym cieniem (Szatanem).
- Głosi idee, które podważają porządek społeczny.
Terapeutycznie? Masakra.
W klasyfikacjach diagnostycznych prawdopodobnie byłoby to określane jakoś „mądrze”. Nie wiem np. zaburzenie urojeniowe z komponentą mistyczną lub epizod psychotyczny o treściach religijnych.
Nie jestem klinicystą, ale czasem myślę pół żartem, pół serio, że gdyby dziś ktoś mówił, że słyszy głos Boga i ma zbawić świat, prawdopodobnie najpierw dostałby numer do terapeuty, albo od razu psychiatry, a nie „namiary na uczniów”.
Wyobrażam sobie tę scenę: „Proszę pana, tu są pana tabletki, a tu broszura o regulacji układu nerwowego”.
I wtedy historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Jeszua na lekach, może doceniłby bardziej swój talent ciesielski. I tak zamiast ery chrześcijańskiej mielibyśmy jerozolimską manufakturę mebli – solidnych, prostych, robionych we współpracy Ojca i Syna.
Josph&Son.
Najlepiej tak, żeby Jego imię zniknęło z tego biznesu. Ogólnie z historii.
Ten żart mówi dużo o nas, o ludziach współcześnie: o napięciu między doświadczeniem duchowym a językiem psychiatrii. O tym co można zobaczyć i nazwać, a czego nie.
Więc wyobraźmy sobie kontekst, poczujmy to.
Gdyby dziś ubogi cieśla z jakiejś prowincji przyszedł do gabinetu terapeutycznego i powiedział, że zna Boga osobiście, że jest Jego Synem, więcej, że jest z Nim JEDNYM i że inni też mogą do Niego trafić – ale „przez Niego” – to przeciętny, wykształcony systemowo terapeuta, prawdopodobnie najpierw bardzo uważnie by słuchał… a potem, możliwe, że bardzo ostrożnie, nie wykonując gwałtownych ruchów – sięgnąłby po podręcznik diagnostyczny.
Dziwne, że historia pokazuje, że czasem to, co brzmi jak objaw, bywa początkiem religii. Różnica między „objawem”, a „objawieniem” widocznie też jest ruchoma.
W tamtych realiach, to co Jezus głosił było nie tylko szokujące, to rozsadzało system znaczeń i dlatego budziło wściekłość wielu.
Nie wiem czy dziś się to zmieniło. Chyba nie.
Gdyby jakikolwiek współczesny człowiek powiedział: „Jestem Synem Bożym” to, nawet uznając to „teoretycznie” i na głębokim poziomie – pierwsze skojarzenie kliniczne byłoby:
- inflacja ego,
- urojenia wielkościowe,
- identyfikacja z archetypem Jaźni.
I pewnie słusznie. Bo w psychologii treść to nie jest kontekst. Własną pełnię, też lepiej zaprojektować na kogoś np. na Jezusa niż dążyć do uzyskania tej pełni w sobie.
Jezus nie mówił jednak „Jestem Absolutem” tylko: „Jestem w relacji z Absolutem i przez nią działam”. Inflacja to byłoby chyba: „To JA jestem źródłem” albo jakaś inna forma „zawłaszczenia mocy”.
Jego doświadczenie mówiło raczej: „Przeze mnie przechodzi coś większego ode mnie”.
Ważny jest kierunek relacji jaką On miał z Bogiem. Jezus podkreślał;
- że Ojciec jest większy, więc gradacja była utrzymana,
- że nie dzieje się Jego wola, lecz Ojca, czyli nie pompował ego,
- że On sam z siebie nie czyni niczego, czyli był pokorny.
3 poziomy inflacji osobowości
Przygotowałam je kiedyś na własny użytek. I trzymam się tej skali odkąd zaczęłam wpisywać w wyszukiwarkę dziwne hasła.
- Poziom I inflacji osobowości:

Poziom 2 inflacji osobowości:

Poziom 3 inflacji osobowości:

Kiedy zapala się czerwona lampka?
Wracając do rozważań o inflacji ego Jezusa, klinicznie czerwona lampka zapala mi się, gdy Jezus mówił, że jest Drogą, Prawdą i Życiem, i że nikt nie przychodzi do Boga inaczej niż przez Niego.
To jest ryzykowne stwierdzenie. Ma już ten inflacyjny vibe szaleństwa.
Ale inflacja zaczyna się chyba tam, gdzie ego mówi w swoim imieniu, a u Jezusa: „Ja” nie jest prywatnym ego, które On musiał chronić i zabezpieczać na każdym kroku.
Jak ty.
Jak niektórzy.
Wychodzi na to, że Jezus nie był przewrażliwiony na swoim punkcie, dlatego u Niego, Jego „ja” jest funkcją relacyjną czy komunikacyjną, a ciało narzędziem tej komunikacji.
Faryzeuszy traktował inaczej niż Marię, bo On komunikował Miłość, ale – na Boga – tam tylko, gdzie to miało jakikolwiek Sens.
Więc w tym ujęciu komunikacyjnym to zdanie NIE mówi:
„Ja, Jezus z Nazaretu, jestem jedynym ontologicznym bytem i wszystko wydarza się przeze mnie, albo nie wydarza się wcale”.
Tylko:
„Relacja, którą uosabiam, jest drogą do Ojca”.
Jednym z paradoksów jest to, że On, mimo tego zdania o Drodze, Prawdzie i Życiu, na dobrą sprawę, nawet nie „wymaga siebie” jako pośrednika. On zwraca uwagę na to, co uosabia i że każdy człowiek może to uosobić.
W tym sensie, każdy człowiek jest zbawicielem SWOJEGO świata. On przyniósł tu Miłość międzyludzką, a nie „abstrakcyjną”.
Jezus nie budował, jak np. Osho kultu swojej osoby. Nie ma też tego, co klasyczne np. w przypadku przywódców sekt, tj. On nie żąda uwielbienia ego, swoich myśli, przekonań na temat życia itd.
On nie izoluje ludzi od ich własnej relacji z Bogiem, nie mówi też, że „beze mnie jesteście niczym”. Wręcz przeciwnie.
- „Większe rzeczy niż ja czynić będziecie”
- „Królestwo jest w was”
- „Ojciec was sam miłuje”
Na poziomie ukrytych dynamik władzy, które Jeszua, jak każdy człowiek mógł przejawiać – On jest bez zarzutu – bo rozpuszczał zależność od siebie, a nie ją wzmacniał.
On chciał ludziom dać nawet WOLNOŚĆ od Niego samego. Po prostu WOLNOŚĆ.
Inflacja osobowości zawsze centralizuje. W mojej opinii, Jeszua, nie miał inflacji, nawet kiedy mówił te „dziwne rzeczy”. Po prostu był… jaki był.
Specyficzna postać na scenie teatru Świata. Radykalny Szaleniec z naszej perspektywy.
O inflacji
W technikach transowych, intensywnej introspekcji, głębokiej pracy symbolicznej czy w spontanicznych doznaniach, można dotknąć bardzo silnych treści nieświadomości.
Dla osób, które mają doświadczenie w pracy z symbolem, metaforą i językiem wewnętrznym, albo są biegli w pracy z energią, czy mają zintegrowane funkcje psychiczne, takie przeżycia mogą zostać włączone w strukturę „ja” pewnie bez większego „zakłócenia” codzienności.
Jednak dla osób, które nie mają własnej „mapy” poruszania się po świecie wewnętrznym ani szczególnej zdolności pracy z treściami symbolicznymi – i które, jak pisał Jung, za żadną cenę nie chciałyby wystawiać treści archetypowych na pastwę skalpela naukowego i „kategorii diagnostycznych” – to takie przeżycia mogą stać się źródłem poważnej dezorientacji i dezintegracji ja.
To, co ma charakter symboliczny, zaczyna być odbierane dosłownie, bo nie wiadomo co z tym zrobić, a intensywność doświadczenia przekracza możliwości jego spokojnego włączenia w strukturę osobowości.
Wpływa to na kontakt z rzeczywistością przejawioną, na sytuację ekonomiczną i spójność wewnętrzną czyli kiedy nie dochodzi do integracji ego, po jego rozszczelnieniu. Albo dochodzi, ale poziom tej integracji nie jest satysfakcjonujący. Pisałam, co się dzieje, kiedy odłącza się od siebie „Rodzica”. Dużo.
Niekiedy publikacja nie służy utrwaleniu stanowiska, które niosą symbole, lecz służy zakończeniu, symbolicznym domknięciu doświadczenia. Jest tak, jakby kilka obrazów zanieść na strych, nie po to, żeby o nich zapomnieć, ale dlatego, że oneprzestają należeć do teraźniejszości.
Przestały pasować do wystroju wnętrza.
Objawianie wewnętrznej Prawdy
Objawianie wewnętrznej prawdy nie polega na rozstrzyganiu, czy dane doświadczenie jest „prawdziwe” albo „fałszywe” w obiektywnym sensie.
Właściwie to zdolność podważenia własnej narracji zwykle chroni przed … utratą proporcji.
(…) nie sposób zdradzić własnych wglądów poprzez zaprzeczenie im. I nie dlatego, że należałoby je oceniać w kategoriach „prawdy” lub „fałszu” – bo one rzadko mają charakter uniwersalny.
Ewangelia Marii Magdaleny i jej wolność od transakcji
Chodzi raczej o dynamikę, którą wgląd ze sobą niesie. (…) To, co nie może się objawić, zostaje stłumione. (…) Napięcie między wiernością doświadczeniu a brakiem języka i miejsca na jego wypowiedzenie: Maria – jak można przypuszczać – niosła w sobie do końca życia.
Maria podobno żyła w jaskini, pewnie wiedziała, że istniejemy w rzeczywistości współdzielonej, w której znaczenia są negocjowane społecznie. To, co rozpoznaje większość, nie jest jednak ostatecznym kryterium sensu. Ale też nie pozostaje bez znaczenia. Wyznacza przecież ramy, w których komunikacja, odpowiedzialność i wzajemne rozumienie w ogóle stają się możliwe.
Dlatego;
Objawianie nie musi być aktem narzucania, może być zaproszeniem.
Wtedy symbol pozostaje żywy, a relacja z innymi nie zostaje naruszona przez potrzebę przekonywania do własnego sposobu widzenia rzeczy.
Kiedy Jezus mówił: „nie nazywajcie mnie dobrym” – wskazywał chyba na to, że dobro (światło) i cień są jednym ruchem świadomości.
Gdyby był swojego cienia nieświadomy, musiałby go projektować. A skoro nie projektował (albo mniej niż inni) to znaczy, że nie grał, a jeśli nie grał, czyli jeśli był w stanie nie grać… w grze – to znaczy, że widocznie znał swój cień lepiej, niż możemy przypuszczać.
Nie dał żadnego oporu swoim prześladowcom. Żadnego.
Carl Jung, w listach do ojca Victora White’a (O istocie psychiczności), pisał, że w chwili ukrzyżowania Jezusa doszło do zawieszenia przeciwieństw. Nie wiem kiedy ma dojść do ich odwieszenia, ale to jest ciekawe.
Co się stanie, kiedy dojdzie do „odwieszenia przeciwieństw”?
Jezus – jak pisał Jung – poznał swój cień, Szatana, i według Biblii miał się od niego „oddzielić” na początku swojej ziemskiej drogi. Według mnie, możliwe, że właśnie dlatego, że nie oddzielił się od swojego cienia, nie wyparł się tego aspektu człowieczeństwa, został ukrzyżowany.
A Jego poziom integralności wywoływał poważne zakłócenia w ludziach.
Nie wiem – w związku z tym – czy Szatan krzyczał, gdy Syn człowieczy umarł na krzyżu, myślę, że krzyczał ale w zupełnie innym momencie.
Jezus głosił te same treści, które – kilka dekad po spotkaniu z Helen Schucman – przekazał Jayemowi w 6 Liście z „Nowych Listów Jeszuy”.
I to właśnie za te „rewelacje” Jezus poszedł na krzyż. Przypomniał ideę, że pełnia siebie, rodzi się dopiero wtedy, gdy człowiek zintegrował przeciwieństwa. A nie wtedy, kiedy od cienia „uciekł” w Światło.
To nawet dziś poważne odwrócenie klasycznego chrześcijańskiego obrazu.
The End czyli kim jest Chrystus?
JEDNYM z kluczowych celów Mojej misji (ponieważ Esseńczycy i inne tajemne społeczności w dużym stopniu zagubiły tę wiedzę) było reaktywowanie tych sposobów po to, by CHRONIĆ i zachęcać kobiety, aby budziły na nowo swe dziedzictwo jako Kapłanki, Boginie oraz Święte Świątynne Prostytutki, co mogłoby WPŁYNĄĆ na głębokie uzdrowienie rozdwojenia wywołanego Hamowaniem poprzez Wypieranie. To był jeden z powodów, DLA KTÓREGO wzbudzałem nienawiść u tych, którzy bali się OBU kierunków Impulsów, zarówno u mężczyzn, JAK I kobiet.
List 6 z „Nowych Listów Jeszuy”
O integracji duszy, umysłu i ciała/natury – przesłanie od Jeszuy
Copyright by Jayem
Tłumaczenie: Maria i Rafał Wereżyńscy
www.DrogaMistrzostwa.pl
Reasumując, gdyby tu trafiła kiedyś jakaś pani detektyw, która nie przyjmie cudzej teorii i doświadczenia jako własnego, ale będzie miała odwagę, sprawdzić to sama, czasem wbrew „całemu światu”, to zanim zakopie się w świętych księgach na lata, będzie rozważała leki to można się uspokoić.
Po pierwsze dlatego, że ON NAPRAWDĘ nad WSZYSTKIM czuwa. Rozumie lęk, rozumie dyskomfort, rozumie poziom niezrozumienia ludzkiego umysłu, siebie samej, rozumie inflację, opiekuje to i ma masę pomocników.
Dużo miłości wszystkim bez wyjątku. Naprawdę. Jest w porządku. Takie lustro. 🙂
Happy Valentine’s Day ❤️
The End
***
