Becoming a Teacher of God
Podobno wielu słyszy wezwanie, ale niewielu odpowiada. Ja również, kiedy dzwoni Bóg, zazwyczaj wciskam MUTE. Potem zastanawiam się, czy oddzwonić, po czym dochodzę do wniosku, że nie, bo minęło już za dużo czasu. Na końcu tłumaczę sobie, że to pewnie wcale nie był Bóg, tylko ktoś z fotowoltaiki, a ja znowu sobie coś wkręcam.
Zaufanie do wewnętrznego nauczyciela
W samym Kursie istnieje mocny element zaufania do wewnętrznego Nauczyciela, który bywa przedstawiany jako źródło bardziej pewnego prowadzenia niż własne interpretacje.
Duch Święty to Głos przemawiający za obecnością Boga w umyśle, który uwierzył w oddzielenie. Bezpośrednia wiedza o Bogu i samo doświadczenie Boga zostały przesłonięte przez ego, potrzebny jest więc pośrednik, który potrafi posługiwać się językiem symboli, decyzji i relacji.
Tym pośrednikiem jest właśnie Duch Święty. On uczy nowej percepcji.
Percepcja – proces odbierania, organizowania i interpretowania bodźców, dzięki któremu nadajemy znaczenie temu, co postrzegamy.
Daleko posunięty sceptycyzm utrudnia jednak pełne zaufanie temu prowadzeniu.
Być może drogą wielu ludzi obecnie jest bycie nauczycielem, który pozostaje badaczem (choćby to było badanie siebie) czyli uczy nie przez pewność, lecz przez zwykłą uczciwość wobec własnego doświadczenia i gotowość do jego nieustannej weryfikacji.
Jednak osobom o bardziej badawczym, krytycznym sposobie myślenia może być naprawdę trudno utożsamić się z określeniem „nauczyciel Boży”, nawet jeśli ich doświadczenie wewnętrzne prowadzi w tym kierunku.
Jeśli dobrze rozumiem Kurs, nauczycielem Bożym nie staje się przez przynależność do określonego środowiska ani przez deklarację światopoglądową. Funkcja wydaje się ważniejsza od etykiety.
Można inspirować się Kursem, nie czyniąc z niego swojej tożsamości.
Nie sądzę też, by pełnienie funkcji nauczyciela Bożego wymagało nieustannego odwoływania się do Kursu Cudów.
Jeśli dobrze rozumiem jego przesłanie, ważniejsze od nazwy wydają się intencja serca i cel, któremu Jeszua może partnerować.

Oczywiście Helen Schucman i William Thetford wykonali ogromną pracę, aby tekst został opublikowany, więc pewnie zależało im na tym, by był czytany. Nie oznacza to jednak, że wyłącznie jego czytelnicy czy wyznawcy mogą pełnić funkcję nauczyciela Bożego.
Znam kilka osób, które prawdopodobnie nie czytały Kursu, a spokojnie mogłoby nauczać Jego idei.
Potrzeba różnych języków, rożnych dróg, różnych przewodników
Jezus – w przekazach Drogi Mistrzostwa – podkreśla, że choć stoi na czele Planu Pojednania, nie jest nauczycielem dla wszystkich. Ludzie potrzebują różnych języków, różnych dróg i różnych przewodników. Jeśli celem jest uzdrowienie i pojednanie, to czasem najlepszym nauczycielem okaże się psychoterapeuta, czasem przyjaciel, czasem artysta, a czasem autor książki, która nie ma nic wspólnego z Kursem Cudów.
Być może właśnie dlatego uniwersalne nie są słowa ani systemy, lecz doświadczenie, do którego mogą prowadzić. A do tych samych wniosków można przecież dojść bardzo różnymi drogami.
Nauczanie nie polega na wymaganiu od kogokolwiek określonego działania. Polega na dzieleniu się tym, co okazało się pomocne, aby druga osoba wiedziała, z jakich możliwości może skorzystać, gdy przyjdzie jej zmierzyć się z podobną sytuacją.
Nauczyciel nie musi mówić: „Rób tak” ani: „Jest dokładnie tak”. Może powiedzieć: „Moje doświadczenie i moje rozumienie wynikają z drogi, którą przeszłam, z pracy z ciałem, z lektury autorów, którzy pomogli mi lepiej rozumieć siebie i innych, oraz z przekazów, które okazały się dopasowane do mojej osobowości. Być może coś z tego okaże się pomocne również dla ciebie. Może zaoszczędzi ci czasu, cierpienia albo kilku złudzeń.”
Dlaczego słyszymy wezwanie ale nie odpowiadamy?
Pewnie z tego samego powodu, dla którego klikamy MUTE, kiedy dzwoni Bóg.
Żeby wyjaśnić dlaczego nie odpowiadamy, posłużę się cytatami, które trzy lata temu przepisywałam w panice, może dla kogoś również okażą się przydatne.
Myślę, że wiele osób słyszy wezwanie do pełnienia funkcji nauczyciela Bożego, ale niewielu na nie odpowiada, bo myślenie Boga jest odwrócone do góry nogami względem standardów i logiki ego.
Czasem ludzie nie odpowiadają na to wezwanie nie dlatego, że nie chcą, lecz dlatego, że wydaje im się, iż musieliby stać się nieomylnym autorytetem albo przybrać nową tożsamość.
Osobiście uważam, że Jung wykonał ogromną i niezwykle wartościową pracę. Większość z nas ceni go chyba nie tylko dlatego, że widzi w nim Wielkiego Mędrca, lecz także dlatego, że dostrzega w nim prawdziwego człowieka.
Dlatego tak wiele osób wciąż go czyta, a jego idee – mimo rozwoju badań i pojawiania się coraz nowszych narzędzi – nadal pozostają niezwykle inspirujące i rzucają światło na nieświadomość.
Nigdy przecież nie ukrywał, że sam był w drodze. Jego droga była momentami wyjątkowo wyboista. Właśnie dlatego dla wielu osób jest wiarygodny. Nie sprawia wrażenia kogoś, kto zawsze wszystko wiedział. Wręcz przeciwnie, widać, że zmagał się z własną psychiką, sam był uwikłany w siły, które opisywał.
Co powstrzymuje przed nauczaniem?
Jedną z rzeczy, które mogą powstrzymywać nas przed nauczaniem, jest onieśmielenie wybitnymi postaciami. Jung, Berne i inni wielcy autorzy potrafią inspirować, ale ich dorobek może też budzić poczucie, że sami wiemy zbyt mało, by zabierać głos.
Wystarczy otworzyć bibliografię przypadkowej książki, żeby zacząć się zastanawiać, czy w ogóle mamy prawo mówić na dany temat.
Złożoność zagadnienia, świadomość własnych braków i ogrom tego, czego jeszcze nie rozumiemy, mogą łatwo przerodzić się w przekonanie: „To mnie przerasta”.
Do tego często dochodzi coś jeszcze głębszego: poczucie niegodności. Nie tylko lęk, że powiemy coś nieprecyzyjnie, albo zwyczajnie błędnie, lecz także przeświadczenie, że nasze doświadczenie, myśli czy odkrycia nie są wystarczająco wartościowe, by się nimi dzielić.
Tymczasem nauczanie nie musi oznaczać wyczerpania tematu ani zajęcia miejsca obok Junga czy Berne’a. Można mówić z własnego poziomu wiedzy, jasno zaznaczając jego granice. Zresztą granicą często nie jest sam brak wiedzy, lecz brak doświadczenia, które pozwala ją naprawdę zrozumieć, a nie tylko przyswoić.
Można nie mieć odpowiedzi na wszystko, a mimo to przekazać coś, co dla drugiej osoby okaże się ważne, pomocne albo po prostu pojawi się we właściwym momencie.
Od czego zacząć?
Na początek warto zacząć, nie od pytania, czego mam nauczać? Ani jak mam tego nauczać, ale od pytania: co dzisiaj powiedziałabym temu wypartemu aspektowi siebie, który kiedyś najbardziej potrzebował wsparcia?
To pytanie zmienia perspektywę i ściąga z nas presję.
Nie chodzi już o pouczanie innych, o porównywanie się do kogokolwiek ani o udowadnianie, że ma się rację. Chodzi o podzielenie się tym, czego samemu udało się nauczyć.
W tym sensie nauczanie staje się jednocześnie uczeniem się.
Zwłaszcza wtedy, gdy mówimy z miejsca równości – nie stawiając nikogo ani ponad sobą, ani poniżej siebie. Kiedy widzimy drugiego człowieka jako „wyższego”, pojawia się onieśmielenie i lęk przed własną niewystarczalnością.
Kiedy widzimy go jako „niższego”, również pojawia się lęk – tylko tym razem przed utratą tej pozornej przewagi, pozornego autorytetu albo równie pozornej kontroli.
W obu przypadkach znika spotkanie albo możliwość dzielenia się. Zostaje hierarchia.
Jak rozumiem nauczanie polega na tym, że bierzemy pod uwagę własne doświadczenie – czasem temat, z którym właśnie się mierzymy, a najlepiej może taki, który już udało nam się wstępnie zintegrować – i próbujemy opisać go lub wyjaśnić najuczciwiej, jak potrafimy.
Dodatkowa trudność w nauczaniu polega na tym, że w Liście 6 Jeszua podkreśla, dlaczego pewnych informacji nie mógł przekazać przez Helen i Billa. Tym trudniej więc mówić dziś o Pojednaniu, bo najwyraźniej same książki już nie wystarczą.
Do poważnego i rzetelnego omówienia potrzebne są również materiały pomocnicze, na przykład nagranie live Justina Timberlake’a „SexyBack”. Trudno jednak wiarygodnie nauczać o wyzwoleniu energii, jeśli samemu ledwo ma się siłę pozmywać po śniadaniu.
Kolejna trudność jaką widzę to fakt, że tego planu czasem zwyczajnie głupio jest nauczać, a sam List 6 ma kilka poziomów doświadczenia. Dlatego liczę, że trafi tu kiedyś jakiś artysta, że powie kolegom i koleżankom, że jest ważny List do przeczytania.
Tym bardziej że polscy artyści w niczym nie ustępują zagranicznym gwiazdom. Kiedy słucham piosenki Dawida Podsiadło „Diable”, to myślę, że do przekazywania idei Pojednania nadawałby się nawet lepiej niż Justin Timberlake.
Wymóg autentyczności jako jedna z największych trudności
Wymaganiem, a zarazem jedną z większych trudności, jest autentyczność.
Jezus wymaga autentyczności, ale ona nie zawsze oznacza pełną spójność. Żeby być autentycznym, trzeba przynajmniej uchylić własną maskę i dopuścić do głosu także te części siebie, które nie mówią jednym tonem.
Artyści mają pod tym względem trochę łatwiej. Sztuka z natury dopuszcza sprzeczność, przesadę, maskę, symbol i zmianę perspektywy.
Piosenka nie musi przedstawiać kompletnego, logicznego stanowiska autora. Może przemówić przez jedną część jego osobowości, przez chwilowy stan albo wykreowaną postać, a mimo to przekazać coś prawdziwego.
Od nauczyciela częściej oczekuje się natomiast spójności, odpowiedzialności za słowa i wyjaśnienia, z jakiego miejsca mówi i „o co mu właściwie chodzi”.
Muzyka może ominąć część tych wymagań, bo działa nie tylko przez treść, lecz także przez rytm, głos, obraz i emocję. Czasem artysta przekazuje więc coś ważnego, zanim sam potrafi to w pełni nazwać albo uporządkować.
Trzeba zaakceptować, że człowiek autentyczny nie zawsze jest spójny. Tak jak człowiek szczery nie zawsze jest spójny. Kiedyś w jednym nagraniu powiedziałam: „Nie czuję presji, żeby nagrywać, ale czuję nacisk”, a chwilę później: „Gdybym teraz tego nie nagrywała, pewnie chodziłabym po ścianach”.
Oba zdania były prawdziwe. Jedna część mnie, bardziej racjonalna, odczuwała jedynie lekki nacisk i z tego poziomu mówiłam. A druga, twórcza, była już tak pobudzona, że naprawdę nie mogłaby znaleźć sobie miejsca, choć tę część poczułam w sobie dopiero chwilę później.
I paradoks polega na tym, że nie musiała to być sprzeczność, tylko dwa prawdziwe głosy opisujące dokładnie ten sam stan ale z różnych poziomów.
Czyli postać mówi jednym głosem, ale z różnych platform wewnątrz siebie.
I na zakończenie można powiedzieć, że jedna część może twierdzić, że w przebudzeniu czy procesie zdrowienia najważniejsza była samodzielna praca, kontakt z naturą, książka, która coś otworzyła, twórczość własna, kontakt z Bogiem, spływ światła, wspierające środowisko, przebywanie w lasie, dotykanie skał, spotkanie z guru w Tybecie, medytacje albo terapia, która zaopiekowała się najbardziej zranionymi miejscami.
I to wszystko może być całkowicie prawdziwe.
Ale może istnieć też druga część, która niczego z tamtych doświadczeń nie unieważnia, a jednak mówi: jedno rzeczywiste zastosowanie tego, o czym mówi List Szósty, dało mi więcej niż dwadzieścia sesji terapeutycznych.
I myślę, że to również trzeba uczciwie powiedzieć.
